29.06.2011

St.Michalkiewicz-Co Polska ma z Unii? Wariant rozbiorowy.

Archiwizacja/Dokumentacja

Wariant rozbiorowy

Felieton  •  specjalnie dla www.michalkiewicz.pl  •  26 czerwca 2011
Rozpoczyna się polska prezydencja w UE. Przez pół roku będziemy faszerowani szczególnie intensywną propagandą unijną, która będzie starała się ukryć fakt, że coraz wyraźniej widać, iż Polska żadnej roli do odegrania w UE nie ma - poza dostarczaniem gotówki i rąk do pracy. Poniższy wywiad jest fragmentem książki „Michalkiewicz - wariant rozbiorowy” (dostępna w księgarni: http://sklep-niezalezna.pl/pl/p/Wariant-Rozbiorowy-Michalkiewicz-Sommer/472)
(Ze STANISŁAWEM MICHALKIEWICZEM rozmawia TOMASZ SOMMER)
Zacznijmy bardzo ogólnie. Jaka jest siła sprawcza polskich polityków w UE? Co oni mogą, a czego nie mogą?
Siła sprawcza polskich polityków w UE jest pochodną ciężaru gatunkowego Polski w UE. Jest on bardzo niewielki z uwagi na różne okoliczności, toteż i siła sprawcza polskich polityków w UE nie może być duża. Weźmy takiego charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka - niby jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, ale tak naprawdę to nie potrafił nawet zapobiec ocenzurowaniu wystawy na terenie Parlamentu w rocznicę katastrofy smoleńskiej, chociaż podobno faktem ocenzurowania był „wstrząśnięty”. Mechanizmy decyzyjne w UE nie dają Polsce, zwłaszcza po wprowadzeniu w życie traktatu lizbońskiego, specjalnych możliwości, toteż polscy politycy pełnią raczej rolę pasa transmisyjnego Komisji Europejskiej do Polski - tak samo jak związki zawodowe za komuny były transmisyjnym pasem polityki partii do szerokich mas pracowniczych.
Jednak z propagandy rządowej wynika, że polscy politycy w UE odnoszą same sukcesy. Odnosili je w kontaktach z UE Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, a Kazik Marcinkiewicz to nawet ciągle krzyczał „Yes, yes, yes”. Potem bardzo zadowoleni byli Lech i Jarosław Kaczyńscy, a teraz uszczęśliwiony nadzwyczajnym powodzeniem jest Donald Tusk. Czy te wszystkie sukcesy to blaga?
Oczywiście. Co Polska miała z tych sukcesów? Nie potrafię podać ani jednego przykładu, natomiast na pas transmisyjny - proszę bardzo! Komisja Europejska bombarduje Polskę dyrektywami w liczbie co najmniej jednej dziennie - które nasi mężykowie stanu przekuwają potem własnymi słowami na ustawy. To jest właśnie przyczyna owej biegunki legislacyjnej, o której na Kongresie Nowej Prawicy mówił pan Krzysztof Habich.
Jak wytłumaczyć fakt, że w Polsce przedstawiciele „bandy czworga” - jak określamy obecne partie parlamentarne - kłócą się zawzięcie o każdą, wydawałoby się najbłahszą sprawę, a jeśli chodzi o UE to stoją na stanowisku podziwu godnej zgody - nawet konstytucję zmieniają jednogłośnie, gdy trzeba, a wszystkie unijne ustawy przechodzą bez najmniejszego wahania i zastanowienia?
No właśnie tak - że są pasem transmisyjnym. Wprawdzie Jarosław Kaczyński w retoryce polemicznej z Donaldem Tuskiem czasami odsłania rąbek prawdy, mówiąc o „kondominium” rosyjsko niemieckim nad Polską - ale w sprawie Anschlussu mówi jednym głosem z Platformą, PSL i SLD. Widać skądś wie, że unio sceptycyzm jest największą zbrodnią przeciwko ludzkości, wobec której nie ma przebaczenia.
Bawiąc się w adwokata diabła, można by powiedzieć, że w sumie to nic dziwnego, bo wchodząc do ekskluzywnego klubu, nuworysze zwykle dość długo nie mają prawa głosu. Tylko się słuchają i cieszą z uczestnictwa.
Jest jednak różnica, że nuworysze w końcu przestają być nuworyszami i zaczynają zabierać głos, podczas gdy Polska została wciągnięta do UE w celu zoperowania jej pod kątem niemieckich oczekiwań. Nasze możliwości zatem nie zwiększają się z upływem czasu, tylko się zmniejszają.
Jednak w UE można działać co najmniej na dwóch zupełnie różnych poziomach. Poziom pierwszy jest systemowy - chodzi o ogólne pomysły ustrojowe. Nie widziałem z polskiej strony właściwie żadnego pomysłu, który wypłynąłby na ogólno unijnym gremium - może poza promowaniem przyjęcia Ukrainy. Poziom drugi to poziom bardziej partykularnych interesów. Tutaj też chyba przede wszystkim brakuje jakiejkolwiek strategii poza przyjmowaniem szmalu, które w sensie bilansowym być może jest po prostu dobrze ufryzowanym płaceniem szmalu. Może ta impotencja wynika nie tyle z braku możliwości, co z braku pomysłów?
Polska nie kształtuje ustroju UE - co było widać podczas prac nad traktatem konstytucyjnym. Przygotował go Walery Giscard d’Estaing z jakimiś swoimi masońskimi pomocnikami, zaś dla Polski i podobnych jej krajów tubylczych pozostawiono rolę cmokiera i klakiera. Przecież wszystko to nam się podobało, z wyjątkiem „Nicei albo śmierci” - o czym wykrzykiwał Jan Maria dwojga imion Rokita z sejmowej trybuny. Ale i to, przeciwko czemu protestował Jan Maria, nam się teraz podoba - skoro taki jest rozkaz. Jak już wspominałem, proszę zwrócić uwagę na przyjętą w traktacie lizbońskim zasadę lojalnej współpracy - zobowiązującą państwo członkowskie do powstrzymania się przed każdym działaniem, które mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów UE. To jest zasada przyznająca pełną suwerenność władzom UE, bo tylko one mogą miarodajnie ocenić, jakie działanie państwa członkowskiego mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów UE - niezależnie od zakresu przekazanych kompetencji. Jeśli chodzi o przyjęcie Ukrainy, to Polska na tamtym etapie realizowała linię amerykańskiej dywersji wobec strategicznych partnerów - za co prezydenta Kaczyńskiego zgodnie krytykowało i Stronnictwo Pruskie i Stronnictwo Ruskie - że „skłóca” Polskę z sąsiadami. Kiedy jednak USA wycofały się z forsowania czy udawania forsowania udziału Gruzji i Ukrainy w NATO, to i Polska dała sobie spokój - zwłaszcza że Niemcy stanowczo mówiły „nein”. A jeśli idzie o partykularne interesy, to są one realizowane, ale na poziomie poszczególnych osób: jeden zostanie komisarzem, drugi - przewodniczącym PE, trzeci dostanie trafikę w Brukseli, czwarty - prezesurę europejskiego towarzystwa wagonów sypialnych - i wystarczy. Przecież poza futrowaniem różnych Danut Hübnerowych i Róż Thun Polska z UE nie ma korzyści - biorąc pod uwagę składkę, jaką wpłaca. 11 mld złotych rocznie wystarczyłoby na zbudowanie 500 km autostrady.
Czy obecność tych osób rzeczywiście postrzega Pan jako jedno wielkie przekupstwo?
Ci, których znam, zawsze byli wrażliwi na takie argumenty - a cóż dopiero, gdy w grę weszły naprawdę duże pieniądze, dzięki którym za jedną kadencję można założyć nawet nową rodzinę? Któż z naszych gołodupców oprze się takiej pokusie? Przecież widzimy, jak się sprzedają za znacznie mniejsze pieniądze - i to w jakich podskokach!
W Unii Europejskiej istnieje, jak wiadomo, Parlament Europejski, którego kompetencje są dość ograniczone. W dodatku jego wielkość oraz wielonarodowość, nie wspominając już o przeprowadzkach, sprawiają, że w zasadzie jest dysfunkcjonalny. A może w rzeczywistości jest jednak w stu procentach sprawny, tyle że jego prawdziwa funkcja jest inna niż deklarowana? Może to parawan dla deficytu demokracji oraz oczywiście gigantyczna międzynarodowa łapówka służąca zaspokojeniu chciwości lokalnych kacyków?
Najlepiej określił Parlament Europejski nasz wspólny znajomy Władimir Bukowski - że to „obóz cygański” kursujący między Brukselą a Strasburgiem. On nie tylko nie ma żadnych ważnych kompetencji, ale - jak Pan wie - każdy mężyk stanu może tam przemawiać najdłużej dwie minuty. Cóż można powiedzieć w dwie minuty? Najwyżej „ch** w d*** komunistom”. A że parlamentarzyści się przed nami nadymają, to całkiem inna sprawa. PE jest takim demokratycznym kwiatkiem do biurokratycznego kożucha. Retoryka demokratyczna używana jest w UE aż do obrzydzenia - ale decyzje podejmują gremia rekrutowane na zasadzie kooptacji, o której decyduje dyrektoriat rzeczywiście kierujący całym interesem: Niemcy, Francja i Wlk. Brytania.
Formalnie w tym dyrektoriacie mamy polskich przedstawicieli. Są jacyś komisarze - teraz Janusz Lewandowski zajmuje się unijnymi finansami, co zresztą Unii nie najlepiej chyba wróży. Czy może jednak to też tylko pozór, a w rzeczywistości ci polscy przedstawiciele nie mają zbyt wiele do powiedzenia?
Janusz Lewandowski się czymś tam „zajmuje”. To zdaje się on wpadł na pomysł wprowadzenia unijnych podatków, które miałyby zastąpić składki wpłacane przez poszczególne państwa? Nie sądzę, żeby ten pomysł był zgodny z polskim interesem państwowy. Jeśli już, to z niemieckim - bo to Niemcy forsują regionalizację.
Właśnie - jak to właściwie jest? Polscy przedstawiciele w UE to są jeszcze ciągle polscy przedstawiciele czy już przedstawiciele unijni, nie związani narodowym interesem? U nas też jest przecież niby taki model przedstawicielstwa, że poseł nie jest związany interesem lokalnym?
Komisarz nie jest żadnym „polskim przedstawicielem” - nawet formalnie. Jest raczej przedstawicielem KE na Polskę. Podobnie europosłowie. Przecież zakazane jest tworzenie na terenie PE reprezentacji narodowych, a dozwolone tylko politycznych. Nie ma zatem żadnych „przedstawicieli”. Jeśli ci ludzie uważają się za jakichś przedstawicieli, to tylko biurokratycznej międzynarodówki wobec krajów swego pochodzenia.
Jak Pan ocenia pomysł tworzenia list ponadnarodowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Moim zdaniem, nikomu nie będzie się chciało iść na takie wybory, gdzie będzie miał głosować na ponadnarodową listę polityczną.
Te listy ponadnarodowe, podobnie jak unijne podatki, to tylko kolejne kroki na drodze do likwidacji państw członkowskich, przynajmniej niektórych, i zastąpienia ich „regionami”, które mogłyby pełnić również rolę „ponadnarodowych” okręgów wyborczych. Nikomu nie będzie chciało się chodzić na takie wybory - uważa Pan? No to niech nie chodzi! Wystarczy, jak pójdą kandydaci z rodzinami - i się wybiorą. Co to w końcu za różnica, ilu ludzi wybiera jakiegoś fagasa, który w Brukseli załatwi sobie swoje problemy socjalne?
Wspomniał Pan o problemie unijnego „prawa powielaczowego”, które chyba obecnie, w związku z tym, że powielaczy już nie ma, powinno się nazwać „prawem skanowanym”. Czy słyszał Pan o nowym pomyśle - żeby było zabawniej, posłów PiS, w dodatku uważających się za liberałów gospodarczych - znanym pod roboczym hasłem „prawo UE + 0”?
Nie, nie słyszałem - a co to takiego?
Otóż jeden z posłów PiS wpadł na genialny pomysł - by nie komplikować życia obywateli oczywiście - żeby parlament nie przyjmował poza unijnymi żadnych innych regulacji. W tym pomyśle jest rzeczywiście jakiś sens, choć poseł być może nie zwrócił uwagi na to, że w takim razie powinniśmy wybierać do parlamentu już tylko tłumaczy. Co Pan sądzi o takim pomyśle?
No cóż, myślę, że to było szczere. Po cóż posłowie mają sobie „myśleniem zbytniem głowy psować” - jak pisał nasz Jan Kochanowski? Rzeczywiście - tłumacz by wystarczył. To pewnie dlatego Jarosław Kaczyński radził Zbigniewowi Ziobrze, by uczył się angielskiego.
Podobno w najbliższym czasie ma zostać zmieniona konstytucja, do której ma zostać dołączony zapis, z którego wynika, że w gruncie rzeczy konstytucją będzie to, co przychodzi z UE. Czy to nie jest zbyt bezczelna zabawa prawem i wszystkimi pojęciami związanymi z państwem, którymi faszeruje się ludzi?
Drogi Panie Tomaszu! Przecież właśnie o to chodzi. Środki ostrożności, jakie podjęte zostały w traktacie lizbońskim, skierowane są tylko na to, by narodów europejskich niepotrzebnie nie płoszyć, ale w perspektywie konstytucją będzie traktat lizboński - może z wyjątkiem państw tworzących dyrektoriat, które zachowają fundamenty własnej państwowości. To nawet może być dobry test - które kraje członkowskie zmieniają swoje konstytucje i w jakim kierunku. Proszę zwrócić uwagę, że nowa węgierska konstytucja nie spodobała się Komisji Europejskiej. Znaczy: poszła pod zatwierdzony prąd.
Wszystkie partie, w tym PiS, ogłosiły, że poprą tę zmianę, która de facto oznacza likwidację polskiej konstytucji. Czy oznacza to, że spośród tzw. nowych członków polscy politycy są najbardziej zdecydowani, by jak najszybciej zlikwidować atrybuty niezależności?
Jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”. Przecież większość polityków PiS, podobnie jak PO, PSL i SLD, poparła w 2003 roku Anschluss, a 1 kwietnia 2008 roku głosowała za upoważnieniem prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Brak między nimi sporu w sprawach zasadniczych jest właśnie przyczyną takiego zajadłego jazgotu w kwestiach z punktu widzenia egzystencji państwa drugorzędnych albo w ogóle pozbawionych znaczenia. No bo jakie znaczenie dla egzystencji państwa ma sprawa pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej - i to w dodatku hurtem, że niby wszyscy byli niezwykle zasłużeni i w ogóle. I wokół takich spraw gotowi są rozhuśtywać emocjonalnie swoich zwolenników i przeciwników, podczas gdy o sprawach z punktu widzenia egzystencji państwa naprawdę ważnych - cyt!
Konkludując: doszliśmy do wniosku, że polscy uniokraci w zasadzie pozbawieni są jakichkolwiek kompetencji, nic samodzielnie nie mogą postanowić, a ich jedyny całościowy pomysł to zarzucenie jakiejkolwiek aktywności i przyjmowanie bez zastanawiania się unijnego prawa. Udział Polski we władzach UE to fikcja, tym bardziej że z uwagi na deficyt demokracji i nieprzejrzystość tych struktur, trudno do końca się zorientować, kto właściwie tam rządzi. O samych Polakach w UE wypowiedzieliśmy się skrajnie negatywnie, pomawiając ich w gruncie rzeczy o sprzedawczykostwo połączone z pieczeniarstwem. Czy ten obraz nie jest jednak malowany w zbyt czarnych barwach? Może jakieś pozytywy tej naszej obecności w UE i postawy polskich polityków w UE da się jednak wskazać?
Ja nie potrafię i szczerze mówiąc, nie mam specjalnie ochoty podejmować się tego zadania. Bo cóż z tego, że w Sodomie i Gomorze znalazłbym jednego czy dwóch sprawiedliwych? Czy to cokolwiek zmienia? A pozytywów polskiej obecności w UE nie widzę, bo UE wcale nie zamierza położyć kresu kapitalizmowi kompradorskiemu w Polsce - od czego trzeba by zacząć wszelkie działania reformatorskie. Gdzież zatem miałbym wskazać ten pożytek? Układ z Schengen, polegający na otwarciu granic, mógłby funkcjonować i bez Unii, podobnie jak jednolity obszar celny - więc to, co jest dobre, nie jest organicznie związane z Unią.
Stanisław Michalkiewicz


http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2102

27.06.2011

Anita Gargas vs oszołomy


Wczoraj, w niedzielę 26 czerwca wstąpiłam na krótko na wielogodzinne spotkanie z redaktor Anitą Gargas i Tomaszem Sakiewiczem, którzy byli gośćmi Klubu Gazety Polskiej w Berlinie (link do informacji:http://niezalezna.pl/12441-100410-w-berlinie). W tym miejscu składam wielkie wyrazy szacunku dla energicznych i zaangażowanych działaczy, którzy stanowią polski zdrowy zaczyn w tej amorficznej, wielokulturowej berlińskiej dzieży. Dobrze, że nareszcie się coś dzieje, choć jak słyszę, niektórzy z klubowiczów woleliby chodzić razem na ryby i grzyby, zamiast radzić o Polsce. Być może nawet - niezależnie od tego, kto im te pomysły podsuwa -mają rację. 
 Na wstępie pokazywany był film Anity Gargas "10.04.11", którego osobiście w pierwszych dniach po premierze, mimo najlepszych chęci  nie zdołałam obejrzeć więcej, jak połowę i odrzucam w całości z mnie samej znanych względów, podobnie jak film "Mgła". Myślę, że niektórzy mnie rozumieją. 
Gazeta Polska nie ma wątpliwości. Na Sewernym doszło 10 kwietnia do katastrofy Tu154M z polskim prezydentem na pokładzie. 15 metrów nad ziemią, jak ustalono w Zespole Antoniego Macierewicza.  Dobrze się składa, bo tego samego zdania jest rząd Rosji i MAK, a tym samym rząd Donalda Tuska. Tę wersję podtrzymuje także pokazany publicznie w Berlinie w Klubie Gazety Polskiej w obecności autorki film dokumentalny „10.04.10”.
Anita Gargas, jak ją nazwał Tomasz Stankiewicz, Kobieta-Instytucja po przedstawieniu swojego filmu ustosunkowała się do wielu kwestii, w tym oczywiście do „co najmniej dziwnego” zachowania się Rosjan.
„-Miejsce tej katastrofy to maleńka łączka – opowiadała widowni Anita Gargas – dwie i pół długości Tupolewa. Dlaczego Rosjanie tego terenu nie ogrodzili? Przecież to byłoby bardzo łatwo zrobić. Mało tego, już na drugi dzień przychodzili tam ludzie, mieszkańcy sąsiednich bloków całymi rodzinami, żeby się tam fotografować, a nawiasem mówiąc tego samego dnia, była to niedziela, pod skrzydłem znaleziono jeszcze trzy ofiary katastrofy. No, to jak to tak można – tu gapie, a tu wydobywane ofiary?”
Anicie Gargas coś się w tym przebiegu śledztwa nie podoba. Coś się nie zgadza, bo odbiega ono wyraźnie od znanych standardów. Nie wie jednak dokładnie, co. „No na przykład w Lockerbie wszystkie znalezione części były układane do skrzynek i dokładnie opisane, a tutaj? Pan.... znalazł ważną część pokładową, a Rosjanie bez oglądania wrzucili ją z rozmachem na ciężarówkę. Może nawet przeleciała na drugą stroną. Nikogo to nie obchodziło. Nasza delegacja z panią Hejke (kilka tygodni później) znalazła ważne części pokładowe. Jeszcze we wrześniu znajdowano części ludzkiego ciała! A przecież minister Kopacz twierdziła, że ziemię przeczesano na głębokość metra!” Jest wyraźnie oburzona zachowaniem i lekkomyślnością Rosjan.
„-Albo usuwanie dowodów – na przykład okna. Przecież wiadomo, że okna są ważne. W przypadku, gdyby miało na pokładzie coś wybuchnąć, to na szybach byłyby mikroślady. Taka pajęczynka. A tu – widzieliście Państwo na filmie – Rosjanie te okna rozbijają. Niszczą ślady. No, jak tak można?”
Ktoś zapytał o tzw. film Koli
"-Tak, wiem, nawet wiem, kto to wrzucił, nie będę tego zdradzać, gdyż chodzi o dobra osobiste osoby, która z tego powodu mogłaby ponieść jakieś konsekwencje."
Zagadnięta o blogerskie śledztwo powiedziała, co następuje (z tym słodkim anglosaksońskim "ja" na początku każdego zdania, co się tak rozpleniło wśród polskich elit):
"- Ja słyszałam te różne blogerskie teorie, że prawdziwy wrak Tupolewa leży gdzie indziej...Ja nie mam powodu, żeby wierzyć w te historie. Wszystkie one – mam wrażenie – służą temu, żeby krytyków oficjalnej wersji zdarzeń wrzucić do jednego wora z oszołomami, tzn. z tymi, którzy te fantastyczne teorie tworzą. To utrudnia pracę dziennikarzom, którzy wątpią w wersję oficjalną, ale nie fantazjują.Nie fantazjują. Bo ja nie mam na przykład, jeśli chodzi o tę wersję związaną z samolotem, który miał rzekomo gdzie indziej wylądować i tam mieli być zlikwidowani wszyscy, ja nie mam powodów, żeby nie wierzyć w to, co mówią dla mnie najbardziej wiarygodni świadkowie, czyli urzędnicy z Kancelarii Prezydenta, którzy czekali na niego, żeby go powitać na lotnisku i jako jedni z pierwszych dobiegli na miejsce katastrofy. Oni widzieli, to co widzieli. Nie mam powodów przypuszczać, że fantazjują. Podobnie, jak nie mam powodów przypuszczać, że fantazjuje Safonienko, bo niby dlaczego miałby fantazjować, skoro jego wypowiedź jest spójna i pokrywa się z innymi opowieściami świadków."
A teraz pytanie ode mnie:
-Pani Anito, żeby nie fantazjować i nie bawić się w oszołomstwo - krótkie pytanie i prośba o krótką odpowiedź. Wspomniała Pani o 3 osobach, które na drugi dzień, czyli w niedzielę zostały wydobyte spod skrzydła. Kto to był? I podobnie- 15 ofiar przywieziono jakiś czas potem do kraju we fragmentach i je skremowano. Czy wiadomo, kto to był i czy jest jakaś dostępna lub też choćby tylko Pani dostępna lista z nazwiskami?
"-Tak, z tych piętnastu osób parę nazwisk jest znanych. Ja tych nazwisk podawać nie będę, przepraszam."
Dlaczego nie?
"- Bo rodziny sobie tego nie życzą. To jest w końcu jakiś ból. Natomiast, co do ciał wydobywanych na miejscu katastrofy, to ja nie wiem, czy ktoś ma jakieś informacje, co do tego, w jakim położeniu były jakie ciała. To jest ciekawe, że chyba nie dokonano oględzin miejsca katastrofy i chyba nasza prokuratura nie ma takich informacji w jakim położeniu były jakie ciała. Mam wrażenie, że nasza prokuratura nie ma informacji, kogo tak naprawdę znaleziono pod tym skrzydłem."
-No to skąd Pani wiadomo, że kogokolwiek tam znaleziono i że były to akurat trzy osoby? - dociekałam. I oto charakterystyczny unik:
"-Nie, ja nie mówiłam, że trzy, mówiłam, że parę ciał znaleziono. Trzy, to mogło się Państwu nałożyć z informacją, którą podawał Turowski, że trzy osoby przeżyły. Mnie nie. Ja mówiłam, że parę."
I tyle. Żadnej odpowiedzi na moje pytanie. Pani Anita oburzająca się jeszcze przed chwilą faktem wydobywania ciał ofiar spod skrzydła w niedzielę, w obecności smoleńskich gapiów, nie umiała wytłumaczyć, czy informacja ta jest w ogóle prawdziwa. Wygląda na to, że nie sprawdzała  czy i gdzie jakiekolwiek ciała wydobywano. Rosjanie podali. Nawiasem mówiąc.
Ale oddaję jeszcze na chwilę głos Anicie Gargas:
„- Można było także usłyszeć czasem pytania że nie ma zdjęć z Okęcia, że nie było dziennikarskich relacji z wylotu. Są takie relacje, jeśli prezydentowi towarzyszą dziennikarze. A Jemu towarzyszyli dziennikarze. Proszę sobie przypomnieć, że był cały JAK, sąsiedni samolot, który wcześniej trochę odleciał (..bez?...) pożegnania Prezydenta. I takiego obyczaju, że przyjeżdża specjalna ekipa, żeby Prezydenta w chwili odlotu filmować – nie ma. Bo nie ma takiej potrzeby, skoro Prezydent będzie udzielał wypowiedzi na miejscu zdarzenia na dany temat, np. w tym przypadku miał Prezydent umówionych parę rozmów na temat zdarzeń sprzed 70 lat. „
Otóż pani Gargas – jak to się modnie w Polsce w elitarnych kręgach mówi, najzwyczajniej „nie ma takiej wiedzy”. Codzienne fotografowanie i filmowanie prezydenta, jakiegokolwiek prezydenta we wszystkich demokracjach, jest niezbywalną częścią procedur bezpieczeństwa i nie ma nic wspólnego z udzielaniem wywiadów na lotnisku lub powiewaniem chusteczką. Stąd zasadne pytania dociekliwych blogerów, którymi Anity mainstreamowych mediów,nieważne czy z prawa czy z lewa, nie zaprzątają sobie główek.
Co do reszty- no comments.
__________________________________________
PS
O Wołodii Safonience u Pluszaczka:




9.06.2011

Berlin: już jutro rehabilitacja "ówczesnych" Polaków ?

Już jutro, 56 lat po wojnie i w 20 rocznicę przełomowego dla układu sił w Europie  Traktatu Polsko-Niemieckiego  ma zostać w niemieckim Bundestagu przegłosowany specjalny zapis o rehabilitacji "ówczesnej mniejszości polskiej", zdelegalizowanej hitlerowskimi dekretami i prześladowanej podczas II wojny światowej
Trzeba było naprawdę wybitnych myślicieli-słowotwórców, aby wymyśleć rehabilitację "ówczesnej mniejszości polskiej". Myśliciele - autorzy tego sformułowania zakładają, że aktualnie nie istnieje żadna mniejszość polska w Niemczech, ergo nie ma komu zwrócić zagrabionego w 1939 roku majątku o dzisiejszej wartości 350-400 mln. euro. 
To kuriozalne sformułowanie to podobno o tyci palec więcej, aniżeli wcześniejsza wersja mówiąca o "ludziach o polskich korzeniach". Cudo! Po 56 latach od zakończenia wojny nie jesteśmy już podludźmi, a całymi ludźmi! Lingwiści z Bundestagu dostaną zapewne pokojową nagrodą Nobla. A jeśli nie, to na pewno specjalne premie od pani Merkel za wybitne osiągnięcia na polu realizacji dalekosiężnych planów Bismarcka w podboju Europy Wschodniej. 
Zawarty 20 lat temu Traktat był warunkiem sine qua non zjednoczenia Niemiec wymaganym przez USA i Wielką Brytanię (głównie zasługa Margaret Thatcher - ostatniego wielkiego polityka na świecie, cała reszta później to cyrkowe clowny). Pamiętajmy, że Polska i Niemcy nie miały żadnego dokumentu regulującego granice, własności  i dobrosąsiedzkie współistnienie.  Traktat zresztą na żądanie Niemców zostawił problemy własności nieuregulowane, co otworzyło dzisiejszą Puszkę Pandory.
Traktat, ze strony polskiej przygotowywany przez ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Krzysztofa Skubiszewskiego(TW "Kosk"), który działaczy emigracyjnych nazywał łotrami, oraz sygnowany przez premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego (przed 1989 r. wielokrotnego gościa w Berlinie - z kim się spotykał, co sobie załatwiał śpiąc u goszczących go Polaków na dmuchanym materacu?- to widań na załączonym powyżej obrazku) umożliwił Niemcom ekspansję gospodarczą i polityczną w Polsce. Niemiecki desant jest widoczny na każdym kroku. poszczególne polskie instytucje i stanowiska zajmowane są wprost przez obywateli niemieckich lub beneficjentów rządu w Berlinie (Władysław Bartoszewski jest tu sztandarowym przykładem, zaraz za nim premier Donald Tusk).
W najmniejszym ułamku nie poprawił sytuacji Polaków w Niemczech.
Podobnie jak za PRLu, Polacy w Niemczech nie mogą liczyć ani na pomoc w obronie własnych interesów przez przedstawicelstwa RP czyli ambasadę, ani też jakiekolwiek instytucje w Warszawie powołane do współpracy z Polonią. Ludzie przysłani w końcówce lat 80-tych przez ówczesnego ministra Kiszczaka aby "pokierowali" Polonią zdają się funkcjonować w najlepsze.
Dwudziesta rocznica Traktatu miała być z przyczyn propagandowych hucznie obchodzona przez rządy obu krajów. Tymczasem żądanie rehabilitacji mniejszości polskiej w Niemczech zwarzyło apetyt na wspólne piwo i kiełbasę z grilla. Ale nie na długo.  Określenie "ówczesna"  mniejszość pojawiło się na czas. Urzędnicy kondominium niemiecko-rosyjskiego nie będą narażali swoich przyszłych karier w Brukseli w obronie jakichkolwiek polskich interesów - tym bardziej interesów polskiej mniejszości w Niemczech. Rząd Angeli Merkel może spać spokojnie. A ona sama może wysyłać miłe pozdrowienia do niemieckich mniejszości w Polsce, która - o dziwo - rośnie w siłę, znaczenie i potągę i ochoczo pielgrzymuje na Górę Swiętej Anny, aby tam, niekoniecznie i nie zawsze w świetle pochodni, za to przy niemieckim piwie i polskich parówkach otrzymać błogosławieństwo kolejnego kanclerza Niemiec. Schlesien ist sowieso unser. 
A Polacy w Niemczech muszą w końcu wbić sobie raz na zawsze do głowy, gdzie kto rządzi, i gdzie kto sprząta.
Uzupełniająco tutaj: "Polsko-niemiecki" okrągły stół

24.05.2011

Antoni Macierewicz o Smoleńsku w Berlinie

Nareszcie – chciałoby się powiedzieć. Nareszcie Polacy w Berlinie skutecznie przez całe lata pozbawiani jakiegokolwiek kontaktu z politykami dużego formatu (z wyjątkiem krótkiej wizyty Prezydenta Kaczyńskiego na Uniwersytecie Humboldta 5 lat temu) mogli całe długie niedzielne popołudnie spędzić z legendą polskiej prawicy, jaką bez wątpienia jest Antoni Macierewicz. A była to twarda próba.




Wszyscy mieli za sobą już ponad dwie godziny spotkania z Mariuszem Pilisem, twórcą filmu „List z Polski”. Kameralna sala kina „Filmbühne“ była przepełniona , a nawet- jak to widać na zdjęciach, które wczoraj zamieściłam (patrz tutaj), wiele osób wytrwale stało.


Minister Macierewicz przybył na zaproszenie berlińskiego Klubu Gazety Polskiej i dzięki długim staraniom adwokata Stefana Hambury, przede wszystkim po to, aby opowiedzieć o dotychczasowych ustaleniach Zespołu Parlamentarnego ds. Katastrofy Smoleńskiej, którego prace koordynuje. I chociaż na całość wniosków po blisko 10 miesiącach pracy Zespołu trzeba jeszcze poczekać (końcowy raport zostanie przedstawiony po ogłoszeniu ciągle przesuwanego raportu tzw. Komisji Millera), to było to spotkanie dla wszystkich stron bardzo owocne.
Minister Antoni Macierewicz – tu zgodzą się wszyscy- jest człowiekiem o wielkiej, autentycznej charyzmie, dlatego jest zawsze słuchany uważnie i jego słowa zapadają głęboko w serce. Czasem jednak słowa te z serca odbywają drogę do mózgu słuchającego i jego większy, mniejszy lub całkiem tyci rozsądek  cichutko dokonuje analizy logicznej wypowiedzianych tez.

Tak było – przynajmniej w moim przypadku – i tym razem. Przede wszystkim z tego względu, że przedstawiane przez min. Macierewicza i popularyzowane przez Gazetę Polską (m.in.film „Mgła”) okoliczności „katastrofy” z grubsza nakładają się na oficjalny Raport MAK i raport płk. Grochowskiego, z-cy min.Millera z 18 grudnia 2010 r.
Według ustaleń Zespołu Parlamentarnego katastrofa rządowego Tu154M miała miejsce 15 metrów nad ziemią 10 kwietnia o godz. 10:41' 5”. O tej bowiem godzinie stanął komputer pokładowy ze „znikniętego” cztery godziny później kokpitu i uprzejmie jakiś czas potem przekazany do zbadania amerykańskiemu producentowi przez Rosjan.
Ta katastrofa o nieznanej etiologii, której nikt nie widział i nie słyszał, spowodowała zniknięcie 60% masy 80-tonowego żelaznego cielska samolotu, zniknięcie podłogi, foteli, wszelkiego typowego ustrojstwa i urządzeń pokładowych. Trzynaście ton paliwa samolotowego wyparowało bezwonnie i bezgłośnie (18 ton paliwa miał w bakach samolot przed wylotem, 5 ton powinien zużyć na lot do Smoleńska ) w tej samej sekundzie. Co gorsza, wyparowała większość osób. „Wsie pogibli” - stwierdzili oficerowie Specnazu. Jakakolwiek akcja ratunkowa była tym  samym zbyteczna, co min. Macierewicz ma za złe Rosjanom. Niewyparowane ciała niektórych ofiar znajdowały się w zdumiewająco rśżnym stanie- jede były zwęglone, inne nagie, za to z porywanymi kończynami, inne wyglądały, jakby spały, ale za to były ubłocone. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób zginęły i zupełnie nie rozumiem, dlaczego tej wiedzy dzięki ekshumacji nie domaga się Zespół Parlamentarny. Dlaczego „katastrofa” miała taki zastanawiający i nietypowy dla katastrof przebieg- tego zespół jeszcze nie wie. Jak na ironię ostała się tylko nietknięta flaga polska z prezydenckiej salonki oraz czerwony żakiet na krzaku. Obie rzeczy – niezwęglone, niewyparowane, nieubłocone.
Trudno pojąć, dlaczego obszar zainteresowania Zespołu ogranicza się jedynie do ostatnich 10 kilometrów lotu.   Niezrozumiałe, dlaczego z obszaru zainteresowania wykluczono punkt wyjścia, czyli lotnisko (właśnie-Okęcie czy Bemowo?) oraz dlaczego nie bada się trajektorii lotu, która przecież radiolokacyjnie obowiązkowo MUSI być udokumentowana. 
Niestety, ani dla mnie, a tym bardziej dla wielkiej grupy osób rozrzuconych po świecie, która od roku zajmuje się tym tragicznym momentem polskiej Historii badając detalicznie wszelkie okoliczności, daty, fakty, dokumenty etc. nie znalazł się w narracji Zespołu min. Macierewicza ani jeden dowód na to, że na płycie lotniska  Sewernyj 10 kwietnia 2010 r. (o której godzinie dokładnie nie wiadomo) zginęło 96 wybitnych Polaków. Bo oparcie całego przewodu dowodowego na fakcie, że o godz.10:41'05” zatrzymał się pokładowy komputer, bo tak stwierdził jego producent z Redmonton/USA sprowadza się do manipulowalnej informacji, że o tej to godzinie przerwany został zapis danych do pamięci FMS (Flight Management System). Tyle i NIC WIECEJ. Amerykanie po prostu dostali od Rosji JAKIES DANE. Niczego to nie dowodzi w kwestii czasu domniemanej katastrofy. 
Kiedy minister Macierewicz w przejmujący sposób odmalowywał krajobraz po katastrofie na zaśmieconej łączce nieopodal warsztatu samochodowego, w sali panowała śmiertelna cisza. Mówił, jakby tam był i my byliśmy w tym momencie z nim. Jednak Antoniego Macierewicza tam nie było. Oto, co potrafi kunszt urodzonego narratora. Opowiadali o tym- mniej lub bardziej zbornie, ale zastanawiająco niespójnie - zaproszeni przed oblicze Zespołu Parlamentarnego uczestnicy tamtej chwili – montażysta filmowy Sławomir Wiśniewski (w mediach rosyjskich przedstawiany jako Sliwiński), minister J.Sasin i minister M.Wierzchowski – obaj z Kancelarii Prezydenta i inni. Wiem, bo niektóre z tych wypowiedzi odsłuchałam w internecie po kilka razy. I właśnie za tę wspaniałą działalność Zespołu Parlamentarnego dziękowałam ministrowi Macierewiczowi publicznie: za ten wielki wysiłek zaproszenia i przepytania ze szczegółów, które w ludzkiej pamięci tak szybko ulegają zatarciu, świadków tamtego wydarzenia. Jest to zupełnie bezcenne świadectwo, ale i związana z jego uzyskaniem ciężka praca. Mam głęboką nadzieję, że inicjatywa ta będzie kontynuowana. Wielkie dzięki należą się także tym wszystkim, którzy – dzięki własnemu poczuciu obywatelskości i przyzwoitości oraz autorytetowi Antoniego Macierewicza przed obliczem Zespołu Parlamentarnego się stawili. Wielka szkoda, że te zapisy nie zostały przepisane albo choćby pokawałkowane w numerowany sposób, przez co powrót do jakiegoś fragmentu wymaga odsłuchania całości po raz kolejny, ale wobec znikających taśm, zdjęć, filmów, dowodów i last but not least ludzi, należy pochylić się z szacunkiem nad tymi nielicznymi, którzy podjęli ryzyko i trudy wyjaśnienia tego co się stało – właśnie: GDZIE? KIEDY? 10 kwietnia 2010 roku.
Nie dajmy zginąć POLEGŁYM.

P.S.

Organizatorzy, czyli nowopowstały Klub Gazety Polskiej z braku doświadczenia wrzucili dwa duże grzyby w przysłowiowy barszcz. Najpierw, o 14 po południu, już po mszy, lecz jeszcze w porze niedzielnego obiadu zaczęła się projekcja filmu „List z Polski” oraz spotkanie z jego twórcą, Mariuszem Pilisem. Niestety, sprzęt się przegrzał, projekcję musiano przerwać. Rada na przyszłość-przygotować zawczasu zastępczy sprzęt. Druga- niemniej ważna rada kulinarna na przyszłość- lepiej jeden grzyb w barszcz!


23.05.2011

Antoni Macierewicz w Klubie GP w Berlinie - 22 maja 2011

Najpierw mały fotoreportaż, aby oddać nieco atmosferę długiego niedzielnego popołudnia:




Wczoraj, w niedzielę 22 maja 2011 r. w niedawno powstałym Klubie Gazety Polskiej w Berlinie w kameralnej sali  kina Filmbühne (stąd ta Marlena Dietrich na ścianie) gościł min. ad. oraz poseł Antoni Macierewicz, który kieruje parlamentarnym zespołem badającym okoliczności "katastrofy smoleńskiej" z 10 kwietnia 2010r. Wyniki dotychczasowej pracy były tematem spotkania z rodakami w Berlinie. Spotkanie było niezwykle ciekawe, tym bardziej, że cały szereg wypowiedzi pana ministra wzbudził wśród publiczności,która nie jest gapami karmiona, niejakie kontrowersje. Wszyscy jednakże byliśmy panu Macierewiczowi wdzięczni za przyjazd i spotkanie. Z drugiej strony on sam mógł się przekonać, że Polska jest także w Berlinie. 
Miejmy nadzieję, że relacja wideo z tego spotkania będzie wkrótce dostępna w sieci. Moje własne wrażenia i krytyczną ocenę wkleję tu za kilka godzin. Zapraszam jutro, we wtorek 24 maja 2011.



20.05.2011

Smoleńsk - nie dajmy zginąć poległym

 „Trzeba przyznać,że niedocenialiśmy rodzimych zbrodniarzy, koronkowa robota -z jednej strony: cyrk w Smolensku i kpiny naOkęciu - rzucone dla ogłupienia ludu
z drugiej strony: zapakowanie Delegacji do 2
autobusówi wywiezienie w niewiadome miejsce, przy jednoczesnym starcie pustego samolotu zOkęcia-też dla ogłupienia luduPrzerażajac ezaangażowanie intelektualne w przygotowaniu i wykonaniu tego mordu
a
ż nieprawdopodobne,że w Polsce są ludzie do tego zdolni
zdolni do zimnego zaprojektowania zamachu stanu na 
zamówienie
zapewne 
młodzi,wykształceni z dużychmiast
gdzie oni si
ę tego nauczyli ?
czy w Polsce jest jaka
ś szkoła morderców?
czy 
może studiowali gdzieś za granicą?
Polacy ? morduj
ą innych Polaków?Czy jest to możliwe?“ -
-napisał jeden z blogerówSalonu24.plna blogu FYMa dziś, w dn20 maja o godz.9:32(link tutaj)

Słowa te odnoszą się do opierającej się na dedukcji oraz kilku faktach roboczej hipotezy, że Delegacja Katyńska wystartowała nie z Okęcia, lecz z leżącego nieopodal lotniska Bemowo. Tzn. może wystarowała, a może nie, albo nie cała.
Zastanowiły mnie te pytania, bo ich autor chyba wie, w jakim kraju żyje. Chciałby jednak – jak wszyscy normalni ludzie - myśleć dobrze o swoich współrodakach. To jest przecież conditio sine qua non zdrowego umysłu. „Szanuj bliźniego swego, jak siebie samego”.
Przebija z nich jednak rozpacz i bezsilność.
Niecałe trzy miesiące temu, 1 marca obchodzono w Polsce po raz pierwszy Dzień Wyklętych Żołnierzy (uwaga! „Dzień żołnierzy wyklętych” to rusycyzm!) Do 1956 zginęło ich – najlepszych synów Polski skazanych wyrokami rozmaitych Stefanów Michników co najmniej 5 tysięcy. Cytuję z wpisu blogera „Beton” (link tutaj):

"...W całkowicie beznadziejnej sytuacji, przy obojętności świata, żołnierze wyklęci prowadzili walkę z sowieckim okupantem i rodzimymi kolaborantami. Walczyli z komunistami w obronie naszej wiary, niepodległości i tradycji. We wrześniu 1945 roku, kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”, dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego napisał; (…) „Dziś, gdy byle męt społeczny jest oficerem, a im większa szuja, tym dość często wyższą otrzymuje rangę, najwyższym odznaczeniem jest przeświadczenie, że jest się człowiekiem zasad i honoru, wiernym synem Ojczyzny”.
Trzeba mówić o nich i wspominać, aby starsi nie zapomnieli, a młodzi pamiętali, że byli tacy żołnierze w tamtych czasach, którzy walczyli o wolną Polskę, a przecież aparat propagandowy PRL przez prawie pół wieku świadomie i celowo starał się zohydzić uczestników ruchów niepodległościowych przed społeczeństwem, przypisując im wszystkie zbrodnie, przedstawiając ich jako rabusiów, wykolejeńców, którzy mordują kobiety i dzieci 
Na mocy wyroków sądowych w Polsce Ludowej do 1956 roku, zostało zamordowanych ok.5000 żołnierzy podziemia, lecz wielokrotnie wyższa, trudna do oszacowania jest liczba zamordowanych bez wyroków sądów, chowanych potajemnie w lasach, na polach i w innych miejscach. Ponad 100.000 żołnierzy przeszło przez komunistyczne wiezienia, około 100.000 przeszło przez obozy pracy, a ilu zginęło w sowieckich łagrach, a ilu wywieziono w niewiadomym do dziś kierunku i wszelki ślad po nich zaginął. Taki był bilans wolności i demokracji przyniesionej do Polski na ostrzach sowieckich bagnetów.
Komuniści dobrze wiedzieli, że ofiara ze swojego życia, jaką złożyli żołnierze wyklęci, nie pójdzie w zapomnienie, wiedzieli, że powstanie w przyszłości mit, z którego nowe pokolenia Polaków będą czerpały siłę do walki z komuną. Wiec używali wszystkich możliwych chwytów, fizycznej eksterminacji, ale i propagandy, aby unicestwić ich moralnie. Za cenę korzyści materialnych, sławy czy dostępu do stanowisk pomagali im w tym pisarze, historycy, ludzie kina, dziennikarze, a nawet niektórzy działacze niedawnej, tzw. „opozycji demokratycznej” i związani z nimi historycy, którzy kiedyś i jeszcze teraz nie potrafią wyjść poza oficjalne wtedy schematy, nazywając kiedyś i teraz żołnierzy podziemia „bandami”. W marcu 1946 roku mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” (AK) napisał:
(…) „Nie jesteśmy żadną bandą tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. My chcemy, by Polska rządzona była przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć i życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

Nie wolno nam nigdy zapomnieć tysięcy żołnierzy podziemia zbrojnego, działaczy stronnictw politycznych Polski Podziemnej i aktywnych, uczciwych ludzi mających odwagę myśleć i mówić prawdę – mordowanych, osadzanych w więzieniach i łagrach sowieckich, skazywanych przez sądy sowieckie, lub sędziów i katów w mundurach Ludowego Wojska Polskiego, którzy do dnia dzisiejszego nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, część z nich żyje i mieszka obok nas, spokojnie dożywając „pogodnej jesieni życia” na wysokich, „zasłużonych” emeryturach.
Wspomnijmy więc tych Żołnierzy Wyklętych z ugrupowań : ARMII KRAJOWEJ, NARODOWEGO ZJEDNOCZENIA WOJSKOWEGO, Zrzeszenia WOLNOŚĆ i NIEZAWISŁOŚĆ, NARODOWYCH SIŁ ZBROJNYCH, KONSPIRACYJNEGO WOJSKA POLSKIEGO, 5 i 6–tej BRYGADY WILEŃSKIEJ ARMII KRAJOWEJ i innych organizacji, oraz grup podziemia niepodległościowego. ..."
"Nie dajmy zginąć poległym"Z. Herbert

Być może ten długi cytat uświadomił komuś, kto te słowa z uwagą przeczytał, że to jest nadal ta sama wojna. To jest ten sam front i krew leje się nieprzerwanie od 17 września 1939 roku. Raz więcej, raz mniej. A jeśli idzie o szkoły morderców- tak, są także szkoły morderców. I przedszkola. I wyższe szkoły morderców. Po to, aby Polacy mogli mordować Polaków. A co najmniej ich wyniszczać, pomiatać nimi, wyśmiewać, gardzić i opluwać.
Nie dajmy zginąć Poległym 10 Kwietnia 2010- gdziekolwiek oni polegli.