Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berlin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berlin. Pokaż wszystkie posty

1.12.2011

Charles Craftword napisał Sikorskiemu berlińskie wystąpienie?



Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć samemu. Wystarczy pobrać ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych zamieszczone tam wytąpienie pana ministra Sikorskiego, co radzę natychmiast uczynić, bo zapewne zaraz zniknie:


Proszę otworzyć dokument, następnie kliknąć nań prawym klawiszem, następnie kliknąć na "Properties" (Właściwości) i przyjrzeć się uważnie. Widzicie Państwo to samo, co ja? Prawidłowo sporządzony dokument w dziale „Properties“ posiada tytuł oraz autora. Mowa Radosława Sikorskiego została zatytułowana „More Europe“, a jako autor figuruje Charles Crawford. Kim jest spin-doktor Sikorskiego?
Jak sam podaje w biograficznym wpisie na Wikipedii , jest to były ambasador wielkiej Brytanii w Polsce (do 2007 roku), przedtem dwukrotny ambasador w Belgradzie, a jeszcze przedtem zawodowy pisarz przemówień na służbie Jej Królewskiej Mości. Przede wszystkim najogólniej mówiąc – jest to wesoły chłopak, który dobry dowcip ceni sobie nade wszystko. I tak – wedle własnych słów-wsławił się tym, że w Belgradzie przybył na pewne przyjęcie biznesowe w towarzystwie dwóch kangurów, które wypożyczył z miejscowego ZOO, jak ten hollywoodzki dobry szeryf ściągał podobno na siebie lokalne gromy walcząc zawzięcie w Belgradzie, Sarajewie i Podgoricy z zorganizowaną przestępczością, a jego największe dyplomatyczne osiągnięcie, to zaproszenie do swojej rezydencji sporej grupy brytyjskich kiboli, którzy przyjechali na mecz Newcastle United – Partisan Belgrad, a którym miejscowa policja zabroniła (nie bez kozery) opuszczać hotel.
Charles Crawford po swoim przejsciu na emeryturę w r. 2007 dorabia sobie jako konsultant i spin-doktor (m.in. całego rządu Malty)w dziedzinie dyplomacji

Sprawa autorstwa berlińskiego wystąpienia Radosława Sikorskiego wzbudziła spore zainteresowanie zachodnich mediów. Charles Crawford zapytany wprost, odpowiedział na Twiterze zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji:

Did I write Radek Sikorski's awesome Berlin speech?!? No. He
did. 
http://t.co/E5f4N6MF

Czy to ja pisałem wspaniałe przemówienie Radka Sikorskiego w Berlinie? Nie.
To on pisał.

No doubts. I dlatego zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji wierzymy tylko informacjom zdementowanym.
I jeszcze zupełnie nieistotny drobiazg na koniec.
Obowiązkiem niemieckich polityków jest używanie w publicznych wystąpieniach macierzystego języka. Nie chodzi tu nawet o szacunek do własnego języka, ale przede wszystkim o polityczną odpowiedzialność urzędników państwowych, którzy w pierwszej kolejności mają powinności wobec własnego narodu. Mało kto w tych sferach tak doskonale włada obcym językiem, aby nie zaistniało niebezpieczeństwo błędnego jego użycia. A wtedy trudno się wyłgać. Jeśli natomiast coś we własnym języku powiedziane jest niezbyt zgrabnie, idzie to zawsze na konto tłumaczy.
Podobny obowiązek mają politycy francuscy, brytyjscy, amerykańscy, rosyjscy i... długo by jeszcze wyliczać. Mowa Radosława Sikorskiego wygłoszona została po...angielsku. Jakie są rządowe przepisy w tym względzie? To nie jest sprawa protokołu dyplomatycznego. Polski Minister Spraw Zagranicznych jest - zdaje się - wciąż jeszcze na służbie narodu polskiego. Pensję płacą mu polscy podatnicy. Czy ktoś płaci mu więcej?




9.11.2011

Jak obalaliśmy berliński Mur


Oficjalnie Berliński Mur „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989 roku po 28 latach istnienia,

Ósmego sierpnia 1988 roku wjechaliśmy do Berlina, o którym wiadomo było, że jest podzielony na sektory amerykański, brytyjski i francuski i poza tym stoi w nim wschodnioberliński Mur. Za nim znajduje się sektor sowiecki czyli Berlin Wschodni. W polskich gazetach nie było nigdy zdjęcia Muru, więc trudno było go sobie wyobrazić. Szczerze mówiąc, nie było takiej potrzeby.Wschodni Berlin nas nie interesował, nawet wręcz przeciwnie…Jak śpiewał kiedyś Leonard Cohen: „first we’ll take Manhattan, then we’ll take Berlin...” Westberlin, oczywiście.

1.
Najpierw była była jednak stacja Ostbahnhof, gdzie wysiedli podróżni udający się do NRD. Pociąg musiał na niej swoje odstać, choć według rozkładu jazdy przystanek miał tam trwać kwadrans. Trwał jednak około dwóch godzin, które ciągnęły się niemiłosiernie. Do wagonu wdarli sie umundurowani osobnicy płci obojga z formacji Bahnhofpolizei – policji dworcowej i zaczęli gwałtowne przeszukiwanie. Opukiwali, oświetlali latarkami wszystko: przedziały, ściany, sufity, podłogi. Wprawnymi ruchami rozbierali wagon na części pierwsze, zaglądali pod ławki, zdejmowali tapicerkę. Robotnicy kolejowi na zewnątrz opukiwali cały skład, sprawdzali podwozia. Wszystko to w umiarkowanym pośpiechu, z lekkimi pokrzykiwaniami. Nawet mysz nie miała prawa z własnej woli opuścić Niemiecką Republikę Demokratyczną – jedyną słuszną ojczyznę niemieckiej klasy robotniczej, żołnierzy i sportowców. Wreszcie pociąg drgnął i zaczął przesuwać się jak żelazny wielki ślimak wzdłuż szarej ściany, która wydawała się nie mieć końca, ani nie było widać jej górnej krawędzi. W ciemności oświetlało ją z góry brunatno-czerwone światło niewidzialnych reflektorów. Po kwadransie takiej jazdy zapytałam naszą młodą współpasażerkę, która wracała z wakacji u polskiej babci, co to takiego ta ściana. „Dimała” –odpowiedziała znudzonym tonem szesnastolatka. „Co to jest ta dimała?” – borowałam jej dziurę w brzuchu. „Dimała to jest die Mauer” odpowiedziala pół po polsku, pół po niemiecku. Nie miała w głowie polskiego odpowiednika tego slowa. Domyśliłam się go sama.
Tak właśnie otoczono Berlin Zachodni murem. Po stronie północnej, zachodniej i południowej za murem były laski i pola Brandenburgii, po stronie wschodniej Wschodni Berlin z czarnymi oczodołami pustych budynków w strefie "ochronnej". 
2.
Chris Gueffroy – młody przystojny chłopak z jasnymi lokami i błękitnymi oczami, kelner z zawodu, głównie zawodnik wschodnioberlińskiej drużyny „Dynamo”, nad którą miała swoją kuratelę niemiecka SB-cja czyli StaSi przeszedł do historii, jako ostatnia ofiara Muru. Mur pochłonął oficjalnie 136 ludzkich istnień, w większości młodych mężczyzn pomiędzy 18 i 30 rokiem życia. Jednak tak naprawdę liczba ofiar Muru, nieznanych z imienia i nazwiska jest o wiele dłuższa, bowiem osoby te zostały zastrzelone po stronie NRD-owskiej na wewnętrznym pasie granicznym. Nie zostają do liczby 136 wliczone równieżci, którzy wskutek nieudanej próby ucieczki popełnili samobójstwo.
Najmłodsza ofiara Muru to 15-miesięczny Holger H., który udusił się w bagażniku auta, w którym szmuglowali go rodzice. Najstarsza ofiara Muru, 80-letnia Olga Segler we wrześniu 1961 nieszczęśliwie skoczyła z drugiego piętra swojego mieszkania na zachodnią stronę i zmarła wskutek odniesionych obrażeń. Przedostatnia ofiara, Winfried Freudenberg, w dniu 8 marca 1989 r. dokonał spektakularnej ucieczki balonem do Berlina Zachodniego, jednak nie udało mu się szczęśliwie wylądować.

Muzeum Muru znane powszechnie jako Checkpoint Charlie (tuz za budynkiem znajdowało się przejście graniczne, przez które z pomocą przepustek trwał ruch dla Niemców i obcych) zebrało najpełniejszą, nawet dziś budzącą często gęsią skórkę dokumentację w tym zakresie i niewątpliwie warte jest odwiedzin.

3.
Mieszkaliśmy w odlegości 300 metrów od Muru w dzielnicy Neuköln w miejscu, które widać na filmie, który cieszył się w Polsce niemałym powodzeniem, bo był bardzo śmieszny: „Goodbye Lenin”. My mieszkalismy po zachodniej stronie Sonnenallee – Alei Słońca. Inaczej niż w filmie, nic tam nie było do śmiechu.Świadomosczony czyli strefy Muru była dojmująca. Czasem w biały dzien dawały się słyszeć suche wystrzały i wtedy spożywane akurat spaghetti bolognese stawało w gardle i nie dawało się połknąć. To strzelali nudzący się na platformach obserwacyjnych żołnierze NRD. Podobno strzelali tylko tak sobie, w powietrze. W końcu każdy żołnierz musi sobie trochę postrzelać. Może mieli określoną ilość naboi do wystrzelania? Mówiło się jednak, że celują czasem do ludzi po zachodniej stronie, dlatego tureckie matki (mieszkania w pobliżu Muru były najtańsze) nie pozwalały dzieciom bawić się na chodnikach na oczach uzbrojonych znudzonych żołnierzy NRD-owskich.
Nie mogliśmy jednak słyszeć strzałów, jakie oddano do 22-letniego Chrisa Gueffroya 5 lutego 1989, bo stało się to jakieś 2 kilometry od naszego miejsca zamieszkania. Chris, młody przystojny kelner z zawodu, a głównie zawodnik „Dynamo” został źle poinformowany. Zaprzyjaźniony oficer StaSi powiedział mu, że odwołano rozkaz strzelania do osób przekraczających Mur, dlatego Chris zdecydował się z kolegą na ucieczkę do wolnego świata i zginął. Strzelało do niego czterech żołnierzy, którzy dwa lata później, w świecie, którego się nie spodziewali, stanęli za to przed sądem. W trakcie przewodu okazało się, że morderca dostał 150 marek (wschodnich) premii. Odsiadkę w areszcie przygotowawczym zaliczono mu na poczet niewielkiej kary, jaką go symbolicznie ukarano. W końcu wykonywał tylko rozkazy. W Niemczech rozkaz to rozkaz.
Po Chrisie został biały symboliczny krzyż, jakimi pewne zachodnioberlińskie stowarzyszenie upamietniało ofiary Muru, ku wielkiemu niezadowoleniu władz Zachodniego Berlina oraz pamięć obolałej matki. Szkoda, że nie poczekał jeszcze pół roku. Z po-okrągłostołowej Warszawy wiał wiatr niosący rewolucyjny nastrój zadekretowanej na Kremlu „pierestrojki”, który kazał dotąd w swojej masie posłusznym i praworządnym obywatelom NRD w lecie masowo wyjeżdżać na „wczasy” do Warszawy, a potem Budapesztu i Pragi i tam kempingować w ambasadach zachodniej bratniej republiki.
4.
Kto nie widział, ten nie potrafi sobie wyobrazić, jak wygladał berliński Mur. Najlepiej znane jego zdjęcia pochodzą z tzw. East Side Gallery. Jest to 1316-metrowy kawałek Muru latem 1990 roku, a więc wtedy, kiedy dawno zniknęli już uzbrojeni żołnierze, zamalowany przez 102 artystów z wielu krajów podczas wspólnego workshopu. Najchętniej fotografowany kawałek to obraz całujących się w usta towarzyszy kom-partii Breżniewa i Honeckera. Fresk nosi tytuł: „ Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelną miłość”, a jego autorem jest Dmitri Wrubel. Jednak sam mur był szary i zbudowany z solidnego betonu. Jedyną jego dekoracją był drut kolczasty na zwieńczeniu. A i on jednak widoczny był tylko od wewnętrznej strony.

5.
Już latem 1945 r. częściowo za pomocą żółto-białych drewnianych słupów albo blaszanych tablic wytyczono linie demarkacyjne pomiędzy strefami okupacyjnymi w Berlinie.Dla rolników i pieszych wprowadzono mały ruch przygraniczny za okazaniem specjalnych przepustek. Na rozkaz sowieckiej administracji wojskowej (SMAD) w sowieckiej zonie wprowadzono uzbrojoną policję graniczną, która podjeła służbę od 1 grudnia 1946 roku z rozkazem strzelania do wszystkiego, co się na granicy może poruszać. Podróżujący pomiędzy sowiecką i zachodnimi strefami okupacyjnymi musieli przedstawić stosowne przepustki. W lasach dokoła otaczających zachodnie strefy okupacyjne Berlina Sowieci kazali oznaczyć granicę za pomocą drutów kolczastych i zasieków. Pierwsze strażnice graniczne powstały również po wschodniej stronie Berlina – nie tylko w lasach i na polach, ale przede wszystkim na ulicach.
Ustanowienie NRD w 1949 r. spowodowało paniczne i często filmowo spektakularne ucieczki mieszkańców nowego państwa do zachodnich Niemiec. Fakt ten zmobilizował komunistyczne władze do obwarowania granic dookoła Berlina Zachodniego płotami, zasiekami, instalacjami alarmowymi i wieżami strzelniczo-obserwacyjnymi i to od razu w podwójnej ilości. Utworzono bowiem pięciokilometrowej szerokości specjalny pas graniczny, a potem jeszcze 500-metrowy „pas ochronny“ tuż przed samą granicą, a wreszcie pomiędzy dwoma „nitkami“ granicy 10-metrową „szosę“, kontrolowaną nieustannie przez wojskowe jeepy.
Obywatele nowej krainy reglamentowanej według sowieckich wzorów powszechnej szczęśliwości stali się jej więźniami.
Tylko w samym mieście zastanawiano się, jak wybrnąć z problemu ryglowania granic. Nie był on prosty, bo obie części miasta – wschodnia i zachodnia – znajdowały się dosłownie w ślepej uliczce – transport miejski i kolejowy krzyżował się bowiem niezależnie od ideologii i z tego powodu potrzebny był konsensus . Dlatego ponad 40-kilometrowa granica miedy zachodnimi sektorami, a strefą sowiecką pozostawała jeszcze jakiś czas bez zdecydowanej kontroli. Szacuje się, że od roku 1945 do sierpnia 1961 uciekło ze strefy sowieckiej przez nieszczelne granice ponad 3,5 miliona obywateli niemieckich. Poza tym dla Polaków i Czechów Berlin Zachodni był także bramą na zachód. Około 50.000 wschodnich berlińczyków pracowało w latach pięćdziesiątych w Berlinie Zachodnim jako tzw. „pogranicznicy“. Wobec różnicy siły nabywczej marki wschodniej i zachodniej był to wymarzony job. Takiej niesprawiedliwosci nie mogly jednak tolerowac komunistyczne wladze wschodniego Berlina dłużej. Od 4 sierpnia 1961 „pogranicznicy“ zostali odpowiednim ukazem magistratu zmuszeni do płacenia za mieszkania w twardej walucie. Jednocześnie nasiliły się kontrole Volkspolizei czy „policji ludowej“ na ulicach wschodniego Berlina prowadzących na zachód. Podejrzani byli wszyscy, których można było posądzić o chęć ucieczki albo o szmugiel. A ten był koniecznością życiową. Przy kursie obu walut 1:4 i chronicznym braku produktów przemysłowych przy jednocześnie tanich środkach żywnościowych „socjalistyczna ojczyzna robotników i chłopów“ postanowiła zaryglować ostatnie bramy prowadzące na zachód.

Mimo utrzymywania tego planu w tajemnicy nie stanowiło to dla nikogo tajemnicy. Zaskoczeniem dla aliantów była jednak błyskawiczna realizacja powziętego postanowienia o wprowadzeniu „drastycznych kroków”, jak się to w politycznej nowomowie nazywało. W dniu 7 sierpnia 1961 obradujacy w Paryżu ministrowie spraw zagranicznych trzech sił alianckich okupujących Berlin wraz z ministrem SZ Bundesrepubliki uzgodnili wspólną reakcję na spodziewane działania rządu stalinowca Waltera Ulbrichta.
W raporcie niemieckiej agencji wywiadowczej BND z dnia 9 sierpnia, tuż po wizycie Ulbrichta u Chruszczowa na Kremlu w dniach 3-5 sierpnia znalazła się następująca informacja:„Według otrzymanych meldunków reżym wschodnioniemiecki stara się uzyskać w Moskwie zezwolenie na zastosowanie skutecznych blokad, szczególnie 
Zamknięcia granic do sektorów i przerwanie ruchu metra i kolei nadziemnej.”

Już 7 sierpnia 1961 Chruszczow w przemówieniu radiowym zakomunikował wzmocnienie sowieckich wojsk na granicy niemiecko-niemieckiej i powołanie dodatkowych rezerwistów. W sobotę 12 sierpnia niemiecka służba BND otrzymała z poufnego źródła informację, że wobec wciąż rosnącego strumienia uciekinierów w najbliższych dniach nastąpi ostateczne zamknięcie wszelkich dostępnych przejść na Zachód.
Tej samej nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 na rozkaz Ericha Honeckera żołnierze NVA, do tego 5000 członków wschodnioniemickiego WOPu, 5000 członków policji ludowej – zarówno oddziałów ochotniczych, jak i skorzarowanych i do tego 4500 członków tzw. oddziałów obrony fabryk (Betriebskampfgruppen) wysłano na ulice i tory kolejowe, aby zagrodzić wszelkie możliwe drogi ucieczki. Przerwano także trakcje tramwajowe i trakcje metra, w tym także naziemnego (S-Bahn). Zachodnioberlińskie pociągi metra od 13 sierpnia 1961 miały odtąd przez najbliższe 29 lat przejeżdżać przez wschodnioberlińskie, księżpcowo puste stacje bez zatrzymywania się na nich. Jeździe tej towarzyszyło za każdym razem nieprzyjemne uczucie.Kto tego nie przeżył – nie wie, o czym mówię.

6.
W propagandzie NRD-owskiej Mur miał stanowić antyfaszystowską ochronę przed „wywędrowaniem, szpiegostwem, sabotażem, szmuglem, wyprzedażą i agresją z zachodu“. Działania te były skierowane przeciwko własnym obywatelom i jak to pokazano w procesie pokazowym przeciwko Gottfriedowi Strympe w 1962 roku – mogły kończyć się mordem w majestacie prawa.
Według legendy Mur miał być rzekomo wzniesiony w ciągu 24 godzin. Prawda wylądała inaczej. Przede wszystkim wyznaczono granice. Dopiero potem spektakularnie zabrano się za wznoszenie betonowego muru, ale przede wszystkim w najbliższych dniach i tygodniach zabrano się w w wyznaczonym „pasie ochronnym“ za usuwanie mieszkańców z nadgranicznych domów, zamurowywanie klatek schodowych i okien. To z tych dni pochodzą dramatyczne zdjęcia ludzi skaczących z okien na drugą, zachodnią stronę, zjeżdżających po związanych prześcieradłach czy przeskakujących zasieki.
Przez najbliższe dwa tygodnie zdezerterowało w ten sposób co najmniej 85 żołnierzy i oficerów z oddziałów doglądających budowę Muru i zanotowano 216 udanych ucieczek ponad 400 osób.
Kanclerz Konrad Adenauer nawoływał przez radio do zachowania spokoju, tak, jakby obywatele Bundesrepubliki mieli zamiar chwycić za broń w obronie ogrodzonego murem i zasiekami Berlina Zachodniego. Jego ówczesny burmistrz – przyszły kanclerz Willy Brandt złożył u komenndantów poszczeglnyhc sektorów protest, co jednak nie wywołało żadnej reakcji. Cztery dni później przed ratuszem Schöneberg, gdzie urzędował Willy Brandt doszło do demonstracji, w której wzięło udział ponad 300 tysięcy zamurowanych zachodnich berlińczyków. Dopiero 72 godzin później nota protestacyjna komendantów trzech alianckich sektorów Berlina dotarła na Kreml. Dramatyczna historia miasta podzielonego Murem zaczęła pisać nowe strony... „Niezbyt piękne rozwiązanie, ale tysiąc razy lepsze niż wojna“ – miał podobno stwierdzić prezydent USA – John F. Kennedy, który dwa lata później wystękał w Berlinie swój najbardziej znany i wielokroć powtarzany przez innych bon-mot: „Ich bin ein Berliner“ – Jestem berlińczykiem.
7.
Do bezpośredniej konfrontacji pomiędzy siłami amerykańskimi i sowieckimi doszło 27 października 1961 na przejściu zwanym Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, gdzie stanęło naprzeciwko siebie z każdej strony 10 czołgów. Napięcie trwało niecałe 24 godziny i rozeszło się po kościach. Ważne jednak było przy tej okazji udowodnienie światu, że to nie NRD-owcy, lecz Sowieci byli panami we wschodnim Berlinie.
Od początku lat 1970-tych dzięki „polityce zbliżenia“ jaką uprawiał wobec Ericha Honeckera Willy Brandt granice pomiędzy obu częściami Berlina, jak i między RFN i NRD stały się nieco bardziej „przepuszczalne“ . Na początek dla tzw. osób nieproduktywnych, czyli rencistów, emerytów i dzieci. Potem przyszedł czas na artystów, pisarzy i muzyków, a za nimi na coraz większą ilość „przypadków wyjątkowych“. Dzięki temu wzrastała też liczba informantów i agentów NRD-owskiej Stasi po jednej stronie i nieco mniejsza liczba informatorów zachodnioniemieckiej BND.

8.
Jak wiadomo „dimała“ czyli Berliner Mauer „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada , na piątek 10 listopada 1989, po 28 latach istnienia.

Oficjalnie uważa się, że do otwarcia Muru przyczyniły się tzw. „poniedziałkowe“ demonstracje w Lipsku i Berlinie oraz trwające od wakacji letnich masowe ucieczki obywateli Wschodnich Niemiec do Warszawy, Budapesztu i Pragi. Od 11 września rząd Węgier otworzył granicę do Austrii.
W związku z tym rząd Honcekera przygotował projekt nowego prawa wyjazdowego, które zawierało pasaż o wizytach obywateli NRD w RFN. Projekt ten potwierdziło oficjalnie Biuro Polityczne SED w dniu 9 listopada. Prawo miało obowiązywać już od następnego dnia., co zostało ogłoszone na konferencji prasowej wieczorem o godz. 19.00.
Po kilku minutach informację podały wszytskie agencje informacyjne RFN oraz główne wydania dziennika telewizyjnego. Regulacja była ważna od zaraz. Trudno było wierzyć własnym uszom. Niektórzy jednak uwierzyli i udali się w kierunku przejść granicznych. I to zarówno ze strony zachodniej jak i wschodniej. Ci z zachodu przychodzili z butelkami szampana. Na przejściach natychmiast zjawiły się kamery telewizyjne i filmowały historyczne dziś zdjęcia oszalałych ze szczęścia ludzi. Pierwszy obywatel NRD został przepuszczony przez przejście na moście Bornholmskim o godz.21.20. Wobec naporu tłumu godzinę później odstąpiono w ogśle od sprawdzania i stemplowania paszportów.

Nie chciało się odchodzić od telewizora. Smak wolności nabrał smaku szampana. Piwo w knajpach dokoła przejść granicznych lało się strumieniami. I to za darmo dla obywateli NRD. Wystarczyło pokazać swój paszport.
9.
I choć Mur był w następnych tygodniach i miesiącach nadal tak samo był pilnowany, po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej zbierali się na nocne pikniki z szampanem młodzi ludzie. Z czasem zaczęli przystawiać drabiny i piknikowali siedząc okrakiem na Murze. Po kilku tygodniach zjawili się inni z młotkami i zaczęli wzorem dzięciołów wybijać w twardym betonie małe dziurki. Dziurki były z początku zaklejane od wschodniej strony, ale to powodowało jeszcze większą pracowitość “dzięciołów”. Tak więc dziurki powiększały się z każdym dniem. Na dowód tych akcji istnieje wiele zdjęć. Berlin nagle zaczął przyciągać wielu turystów. “Dzięciołowanie” na Murze stało się nagle ulubionym zajęciem młodzieży, w tym mojego nieletniego syna i turystów. Każdy chciał mieć swój udział w rozbijaniu Muru. Szary Mur nagle zaczął pokrywać się kolorowymi sprayami. Jeśli ktoś nie miał czasu lub ochoty na wybijanie z Muru pamiątkowego kawałka, mógł go obok za grosze kupić.
Trzymanie straży w tamtych dniach w tamtym miejscu było najgłupszym zajęciem świata. Nic dziwnego, że NRD-owscy strażnicy fotografowani wtedy w tamtym miejscu mają takie głupie miny.

10.
Pierwszego lipca 1990, w dniu, w którym nastąpiło ujednolicenie waluty niemieckiej w stosunku 1:1 (autorem tego pomysłu był obecny prezydent Niemiec Horst Köhler) odwołano także straże z linii granicznej między dwoma państwami. Mur stał się zwykłym zawalidrogą. Było to przedziwne uczucie, szczegślnie dla ludzi ze wschodu i to nie tylko Niemców. Należało koniecznie samemu przekonać się, czy prawdą jest to, co piszą gazety i o czym mówi telewizja. Tysiące berlińczyków, szczególnie ze wschodniego Berlina, zaczęło przybywać do straszących teraz dla odmiany pustymi wieżami byłych przejść granicznych, by podążać spacerowym krokiem z psem i wózkiem dziecięcym wzdłuż byłego „traktu śmierci“. Nagle zona stała się magnetycznie przyciągającym obszarem wolności.
Już kilka dni wcześniej zczęto na moście Bornholsmskim rozcinanie i rozbieranie Muru. Uczestniczyło w tym 300 NRD-owskich wopistów.
11.
Usuwanie Muru w samym tylko Berlinie trwało oficjalnie do końca listopada 1990 r. Rok później zniknęły jego ostatnie fragmenty także w Brandenburgii. Szczególnie interesująco pomalowane fragmenty sprzedano na aukcjach sztuki w Berlinie i Monte-Carlo i są dziś rozproszone po świecie. Jeden wielki fragment zdobi kwaterę główną CIA w Langley (Virginia), inny stoi w ogrodach Watykanu oraz w Domu Historii w Bonn lub tzw. Ogrodzie Angielskim w Monachium, w Muzeum Pokoju we francuskim Caen, w Normandii oraz w Imperial War Museum w Londynie. Kilka kawałków wykutych rękoma mojego syna stało też na mojej półce, lecz dzięki przewijającym się przez te lata przyjezdnym z Polski został tylko jeden, a i to nie największy kawałek.


12.
Likwidacja betonowego Muru przebiegała równolegle z likwidacją komuny w samym NRD. Likwidacją przynajmniej we wstępnej fazie pozorną, lecz na szczęście nieodwracalną. Był to proces zaskakujący nawet dla samych „likwidatorów“. Może kiedyś znajdzie swśj wyraz w literaturze lub filmie. Jak dotąd, mało jest artystycznych przetworzeń tantych czasów. Sztuka bowiem z jednej strony potrzebuje dystansu, a z drugiej strony dotąd w wielu głowach trwa gorzki ból tamtych czasów, lecz nie tak dotkliwy, by można było się zeń uwolnić.

13.
Właściciele terenów, na których zbudowano berliński Mur walczą nadal o odzyskanie swojej własności. Politycy, którzy mówią o NRD jako państwie bezprawia nie widzą nic złego w tym, że ziemie i nieruchości zagrabione niegdyś przez rząd Ulbrichta i Honeckera zostały w „naturalny“ sposób zajęte przez RFN. Sądy wszelkich instancji uznają, że zarówno budowa Muru, jak i strzały do ludzi, którzy usiłowali go sforsować były uzasadnione.Dotąd nie znalazł się sąd, który uznałby prawa dawnych właścicieli do przeciwko tym, którzy wydawali rozkazy strzelania do ludzi usiłujących go sforsować. Byli mieszkańcy NRD według sporządzanych regularnie ankiet z roku na rok coraz bardziej życzą sobie wzniesienia Muru raz jeszcze. Pod warunkiem jednak, że będą dysponować obecną walutą i mieć sklepy zapełnione towarami według dzisiejszych standardów. Stawianie Muru nie jest nawet w sensie czysto fizycznym potrzebne. Mur ma bowiem swoje trwałe miejsce w głowach wielu Niemców – zarówno po wschodniej, jak po zachodniej stronie. I to nawet tych, którzy urodzili się już po jego zburzeniu.


 


27.06.2011

Anita Gargas vs oszołomy


Wczoraj, w niedzielę 26 czerwca wstąpiłam na krótko na wielogodzinne spotkanie z redaktor Anitą Gargas i Tomaszem Sakiewiczem, którzy byli gośćmi Klubu Gazety Polskiej w Berlinie (link do informacji:http://niezalezna.pl/12441-100410-w-berlinie). W tym miejscu składam wielkie wyrazy szacunku dla energicznych i zaangażowanych działaczy, którzy stanowią polski zdrowy zaczyn w tej amorficznej, wielokulturowej berlińskiej dzieży. Dobrze, że nareszcie się coś dzieje, choć jak słyszę, niektórzy z klubowiczów woleliby chodzić razem na ryby i grzyby, zamiast radzić o Polsce. Być może nawet - niezależnie od tego, kto im te pomysły podsuwa -mają rację. 
 Na wstępie pokazywany był film Anity Gargas "10.04.11", którego osobiście w pierwszych dniach po premierze, mimo najlepszych chęci  nie zdołałam obejrzeć więcej, jak połowę i odrzucam w całości z mnie samej znanych względów, podobnie jak film "Mgła". Myślę, że niektórzy mnie rozumieją. 
Gazeta Polska nie ma wątpliwości. Na Sewernym doszło 10 kwietnia do katastrofy Tu154M z polskim prezydentem na pokładzie. 15 metrów nad ziemią, jak ustalono w Zespole Antoniego Macierewicza.  Dobrze się składa, bo tego samego zdania jest rząd Rosji i MAK, a tym samym rząd Donalda Tuska. Tę wersję podtrzymuje także pokazany publicznie w Berlinie w Klubie Gazety Polskiej w obecności autorki film dokumentalny „10.04.10”.
Anita Gargas, jak ją nazwał Tomasz Stankiewicz, Kobieta-Instytucja po przedstawieniu swojego filmu ustosunkowała się do wielu kwestii, w tym oczywiście do „co najmniej dziwnego” zachowania się Rosjan.
„-Miejsce tej katastrofy to maleńka łączka – opowiadała widowni Anita Gargas – dwie i pół długości Tupolewa. Dlaczego Rosjanie tego terenu nie ogrodzili? Przecież to byłoby bardzo łatwo zrobić. Mało tego, już na drugi dzień przychodzili tam ludzie, mieszkańcy sąsiednich bloków całymi rodzinami, żeby się tam fotografować, a nawiasem mówiąc tego samego dnia, była to niedziela, pod skrzydłem znaleziono jeszcze trzy ofiary katastrofy. No, to jak to tak można – tu gapie, a tu wydobywane ofiary?”
Anicie Gargas coś się w tym przebiegu śledztwa nie podoba. Coś się nie zgadza, bo odbiega ono wyraźnie od znanych standardów. Nie wie jednak dokładnie, co. „No na przykład w Lockerbie wszystkie znalezione części były układane do skrzynek i dokładnie opisane, a tutaj? Pan.... znalazł ważną część pokładową, a Rosjanie bez oglądania wrzucili ją z rozmachem na ciężarówkę. Może nawet przeleciała na drugą stroną. Nikogo to nie obchodziło. Nasza delegacja z panią Hejke (kilka tygodni później) znalazła ważne części pokładowe. Jeszcze we wrześniu znajdowano części ludzkiego ciała! A przecież minister Kopacz twierdziła, że ziemię przeczesano na głębokość metra!” Jest wyraźnie oburzona zachowaniem i lekkomyślnością Rosjan.
„-Albo usuwanie dowodów – na przykład okna. Przecież wiadomo, że okna są ważne. W przypadku, gdyby miało na pokładzie coś wybuchnąć, to na szybach byłyby mikroślady. Taka pajęczynka. A tu – widzieliście Państwo na filmie – Rosjanie te okna rozbijają. Niszczą ślady. No, jak tak można?”
Ktoś zapytał o tzw. film Koli
"-Tak, wiem, nawet wiem, kto to wrzucił, nie będę tego zdradzać, gdyż chodzi o dobra osobiste osoby, która z tego powodu mogłaby ponieść jakieś konsekwencje."
Zagadnięta o blogerskie śledztwo powiedziała, co następuje (z tym słodkim anglosaksońskim "ja" na początku każdego zdania, co się tak rozpleniło wśród polskich elit):
"- Ja słyszałam te różne blogerskie teorie, że prawdziwy wrak Tupolewa leży gdzie indziej...Ja nie mam powodu, żeby wierzyć w te historie. Wszystkie one – mam wrażenie – służą temu, żeby krytyków oficjalnej wersji zdarzeń wrzucić do jednego wora z oszołomami, tzn. z tymi, którzy te fantastyczne teorie tworzą. To utrudnia pracę dziennikarzom, którzy wątpią w wersję oficjalną, ale nie fantazjują.Nie fantazjują. Bo ja nie mam na przykład, jeśli chodzi o tę wersję związaną z samolotem, który miał rzekomo gdzie indziej wylądować i tam mieli być zlikwidowani wszyscy, ja nie mam powodów, żeby nie wierzyć w to, co mówią dla mnie najbardziej wiarygodni świadkowie, czyli urzędnicy z Kancelarii Prezydenta, którzy czekali na niego, żeby go powitać na lotnisku i jako jedni z pierwszych dobiegli na miejsce katastrofy. Oni widzieli, to co widzieli. Nie mam powodów przypuszczać, że fantazjują. Podobnie, jak nie mam powodów przypuszczać, że fantazjuje Safonienko, bo niby dlaczego miałby fantazjować, skoro jego wypowiedź jest spójna i pokrywa się z innymi opowieściami świadków."
A teraz pytanie ode mnie:
-Pani Anito, żeby nie fantazjować i nie bawić się w oszołomstwo - krótkie pytanie i prośba o krótką odpowiedź. Wspomniała Pani o 3 osobach, które na drugi dzień, czyli w niedzielę zostały wydobyte spod skrzydła. Kto to był? I podobnie- 15 ofiar przywieziono jakiś czas potem do kraju we fragmentach i je skremowano. Czy wiadomo, kto to był i czy jest jakaś dostępna lub też choćby tylko Pani dostępna lista z nazwiskami?
"-Tak, z tych piętnastu osób parę nazwisk jest znanych. Ja tych nazwisk podawać nie będę, przepraszam."
Dlaczego nie?
"- Bo rodziny sobie tego nie życzą. To jest w końcu jakiś ból. Natomiast, co do ciał wydobywanych na miejscu katastrofy, to ja nie wiem, czy ktoś ma jakieś informacje, co do tego, w jakim położeniu były jakie ciała. To jest ciekawe, że chyba nie dokonano oględzin miejsca katastrofy i chyba nasza prokuratura nie ma takich informacji w jakim położeniu były jakie ciała. Mam wrażenie, że nasza prokuratura nie ma informacji, kogo tak naprawdę znaleziono pod tym skrzydłem."
-No to skąd Pani wiadomo, że kogokolwiek tam znaleziono i że były to akurat trzy osoby? - dociekałam. I oto charakterystyczny unik:
"-Nie, ja nie mówiłam, że trzy, mówiłam, że parę ciał znaleziono. Trzy, to mogło się Państwu nałożyć z informacją, którą podawał Turowski, że trzy osoby przeżyły. Mnie nie. Ja mówiłam, że parę."
I tyle. Żadnej odpowiedzi na moje pytanie. Pani Anita oburzająca się jeszcze przed chwilą faktem wydobywania ciał ofiar spod skrzydła w niedzielę, w obecności smoleńskich gapiów, nie umiała wytłumaczyć, czy informacja ta jest w ogóle prawdziwa. Wygląda na to, że nie sprawdzała  czy i gdzie jakiekolwiek ciała wydobywano. Rosjanie podali. Nawiasem mówiąc.
Ale oddaję jeszcze na chwilę głos Anicie Gargas:
- Można było także usłyszeć czasem pytania że nie ma zdjęć z Okęcia, że nie było dziennikarskich relacji z wylotu. Są takie relacje, jeśli prezydentowi towarzyszą dziennikarze. A Jemu towarzyszyli dziennikarze. Proszę sobie przypomnieć, że był cały JAK, sąsiedni samolot, który wcześniej trochę odleciał (..bez?...) pożegnania Prezydenta. I takiego obyczaju, że przyjeżdża specjalna ekipa, żeby Prezydenta w chwili odlotu filmować – nie ma. Bo nie ma takiej potrzeby, skoro Prezydent będzie udzielał wypowiedzi na miejscu zdarzenia na dany temat, np. w tym przypadku miał Prezydent umówionych parę rozmów na temat zdarzeń sprzed 70 lat. „
Otóż pani Gargas – jak to się modnie w Polsce w elitarnych kręgach mówi, najzwyczajniej „nie ma takiej wiedzy”. Codzienne fotografowanie i filmowanie prezydenta, jakiegokolwiek prezydenta we wszystkich demokracjach, jest niezbywalną częścią procedur bezpieczeństwa i nie ma nic wspólnego z udzielaniem wywiadów na lotnisku lub powiewaniem chusteczką. Stąd zasadne pytania dociekliwych blogerów, którymi Anity mainstreamowych mediów,nieważne czy z prawa czy z lewa, nie zaprzątają sobie główek.
Co do reszty- no comments.
__________________________________________
PS
O Wołodii Safonience u Pluszaczka:




24.05.2011

Antoni Macierewicz o Smoleńsku w Berlinie

Nareszcie – chciałoby się powiedzieć. Nareszcie Polacy w Berlinie skutecznie przez całe lata pozbawiani jakiegokolwiek kontaktu z politykami dużego formatu (z wyjątkiem krótkiej wizyty Prezydenta Kaczyńskiego na Uniwersytecie Humboldta 5 lat temu) mogli całe długie niedzielne popołudnie spędzić z legendą polskiej prawicy, jaką bez wątpienia jest Antoni Macierewicz. A była to twarda próba.




Wszyscy mieli za sobą już ponad dwie godziny spotkania z Mariuszem Pilisem, twórcą filmu „List z Polski”. Kameralna sala kina „Filmbühne“ była przepełniona , a nawet- jak to widać na zdjęciach, które wczoraj zamieściłam (patrz tutaj), wiele osób wytrwale stało.


Minister Macierewicz przybył na zaproszenie berlińskiego Klubu Gazety Polskiej i dzięki długim staraniom adwokata Stefana Hambury, przede wszystkim po to, aby opowiedzieć o dotychczasowych ustaleniach Zespołu Parlamentarnego ds. Katastrofy Smoleńskiej, którego prace koordynuje. I chociaż na całość wniosków po blisko 10 miesiącach pracy Zespołu trzeba jeszcze poczekać (końcowy raport zostanie przedstawiony po ogłoszeniu ciągle przesuwanego raportu tzw. Komisji Millera), to było to spotkanie dla wszystkich stron bardzo owocne.
Minister Antoni Macierewicz – tu zgodzą się wszyscy- jest człowiekiem o wielkiej, autentycznej charyzmie, dlatego jest zawsze słuchany uważnie i jego słowa zapadają głęboko w serce. Czasem jednak słowa te z serca odbywają drogę do mózgu słuchającego i jego większy, mniejszy lub całkiem tyci rozsądek  cichutko dokonuje analizy logicznej wypowiedzianych tez.

Tak było – przynajmniej w moim przypadku – i tym razem. Przede wszystkim z tego względu, że przedstawiane przez min. Macierewicza i popularyzowane przez Gazetę Polską (m.in.film „Mgła”) okoliczności „katastrofy” z grubsza nakładają się na oficjalny Raport MAK i raport płk. Grochowskiego, z-cy min.Millera z 18 grudnia 2010 r.
Według ustaleń Zespołu Parlamentarnego katastrofa rządowego Tu154M miała miejsce 15 metrów nad ziemią 10 kwietnia o godz. 10:41' 5”. O tej bowiem godzinie stanął komputer pokładowy ze „znikniętego” cztery godziny później kokpitu i uprzejmie jakiś czas potem przekazany do zbadania amerykańskiemu producentowi przez Rosjan.
Ta katastrofa o nieznanej etiologii, której nikt nie widział i nie słyszał, spowodowała zniknięcie 60% masy 80-tonowego żelaznego cielska samolotu, zniknięcie podłogi, foteli, wszelkiego typowego ustrojstwa i urządzeń pokładowych. Trzynaście ton paliwa samolotowego wyparowało bezwonnie i bezgłośnie (18 ton paliwa miał w bakach samolot przed wylotem, 5 ton powinien zużyć na lot do Smoleńska ) w tej samej sekundzie. Co gorsza, wyparowała większość osób. „Wsie pogibli” - stwierdzili oficerowie Specnazu. Jakakolwiek akcja ratunkowa była tym  samym zbyteczna, co min. Macierewicz ma za złe Rosjanom. Niewyparowane ciała niektórych ofiar znajdowały się w zdumiewająco rśżnym stanie- jede były zwęglone, inne nagie, za to z porywanymi kończynami, inne wyglądały, jakby spały, ale za to były ubłocone. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób zginęły i zupełnie nie rozumiem, dlaczego tej wiedzy dzięki ekshumacji nie domaga się Zespół Parlamentarny. Dlaczego „katastrofa” miała taki zastanawiający i nietypowy dla katastrof przebieg- tego zespół jeszcze nie wie. Jak na ironię ostała się tylko nietknięta flaga polska z prezydenckiej salonki oraz czerwony żakiet na krzaku. Obie rzeczy – niezwęglone, niewyparowane, nieubłocone.
Trudno pojąć, dlaczego obszar zainteresowania Zespołu ogranicza się jedynie do ostatnich 10 kilometrów lotu.   Niezrozumiałe, dlaczego z obszaru zainteresowania wykluczono punkt wyjścia, czyli lotnisko (właśnie-Okęcie czy Bemowo?) oraz dlaczego nie bada się trajektorii lotu, która przecież radiolokacyjnie obowiązkowo MUSI być udokumentowana. 
Niestety, ani dla mnie, a tym bardziej dla wielkiej grupy osób rozrzuconych po świecie, która od roku zajmuje się tym tragicznym momentem polskiej Historii badając detalicznie wszelkie okoliczności, daty, fakty, dokumenty etc. nie znalazł się w narracji Zespołu min. Macierewicza ani jeden dowód na to, że na płycie lotniska  Sewernyj 10 kwietnia 2010 r. (o której godzinie dokładnie nie wiadomo) zginęło 96 wybitnych Polaków. Bo oparcie całego przewodu dowodowego na fakcie, że o godz.10:41'05” zatrzymał się pokładowy komputer, bo tak stwierdził jego producent z Redmonton/USA sprowadza się do manipulowalnej informacji, że o tej to godzinie przerwany został zapis danych do pamięci FMS (Flight Management System). Tyle i NIC WIECEJ. Amerykanie po prostu dostali od Rosji JAKIES DANE. Niczego to nie dowodzi w kwestii czasu domniemanej katastrofy. 
Kiedy minister Macierewicz w przejmujący sposób odmalowywał krajobraz po katastrofie na zaśmieconej łączce nieopodal warsztatu samochodowego, w sali panowała śmiertelna cisza. Mówił, jakby tam był i my byliśmy w tym momencie z nim. Jednak Antoniego Macierewicza tam nie było. Oto, co potrafi kunszt urodzonego narratora. Opowiadali o tym- mniej lub bardziej zbornie, ale zastanawiająco niespójnie - zaproszeni przed oblicze Zespołu Parlamentarnego uczestnicy tamtej chwili – montażysta filmowy Sławomir Wiśniewski (w mediach rosyjskich przedstawiany jako Sliwiński), minister J.Sasin i minister M.Wierzchowski – obaj z Kancelarii Prezydenta i inni. Wiem, bo niektóre z tych wypowiedzi odsłuchałam w internecie po kilka razy. I właśnie za tę wspaniałą działalność Zespołu Parlamentarnego dziękowałam ministrowi Macierewiczowi publicznie: za ten wielki wysiłek zaproszenia i przepytania ze szczegółów, które w ludzkiej pamięci tak szybko ulegają zatarciu, świadków tamtego wydarzenia. Jest to zupełnie bezcenne świadectwo, ale i związana z jego uzyskaniem ciężka praca. Mam głęboką nadzieję, że inicjatywa ta będzie kontynuowana. Wielkie dzięki należą się także tym wszystkim, którzy – dzięki własnemu poczuciu obywatelskości i przyzwoitości oraz autorytetowi Antoniego Macierewicza przed obliczem Zespołu Parlamentarnego się stawili. Wielka szkoda, że te zapisy nie zostały przepisane albo choćby pokawałkowane w numerowany sposób, przez co powrót do jakiegoś fragmentu wymaga odsłuchania całości po raz kolejny, ale wobec znikających taśm, zdjęć, filmów, dowodów i last but not least ludzi, należy pochylić się z szacunkiem nad tymi nielicznymi, którzy podjęli ryzyko i trudy wyjaśnienia tego co się stało – właśnie: GDZIE? KIEDY? 10 kwietnia 2010 roku.
Nie dajmy zginąć POLEGŁYM.

P.S.

Organizatorzy, czyli nowopowstały Klub Gazety Polskiej z braku doświadczenia wrzucili dwa duże grzyby w przysłowiowy barszcz. Najpierw, o 14 po południu, już po mszy, lecz jeszcze w porze niedzielnego obiadu zaczęła się projekcja filmu „List z Polski” oraz spotkanie z jego twórcą, Mariuszem Pilisem. Niestety, sprzęt się przegrzał, projekcję musiano przerwać. Rada na przyszłość-przygotować zawczasu zastępczy sprzęt. Druga- niemniej ważna rada kulinarna na przyszłość- lepiej jeden grzyb w barszcz!


23.05.2011

Antoni Macierewicz w Klubie GP w Berlinie - 22 maja 2011

Najpierw mały fotoreportaż, aby oddać nieco atmosferę długiego niedzielnego popołudnia:




Wczoraj, w niedzielę 22 maja 2011 r. w niedawno powstałym Klubie Gazety Polskiej w Berlinie w kameralnej sali  kina Filmbühne (stąd ta Marlena Dietrich na ścianie) gościł min. ad. oraz poseł Antoni Macierewicz, który kieruje parlamentarnym zespołem badającym okoliczności "katastrofy smoleńskiej" z 10 kwietnia 2010r. Wyniki dotychczasowej pracy były tematem spotkania z rodakami w Berlinie. Spotkanie było niezwykle ciekawe, tym bardziej, że cały szereg wypowiedzi pana ministra wzbudził wśród publiczności,która nie jest gapami karmiona, niejakie kontrowersje. Wszyscy jednakże byliśmy panu Macierewiczowi wdzięczni za przyjazd i spotkanie. Z drugiej strony on sam mógł się przekonać, że Polska jest także w Berlinie. 
Miejmy nadzieję, że relacja wideo z tego spotkania będzie wkrótce dostępna w sieci. Moje własne wrażenia i krytyczną ocenę wkleję tu za kilka godzin. Zapraszam jutro, we wtorek 24 maja 2011.