Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EU. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EU. Pokaż wszystkie posty

1.12.2011

Charles Craftword napisał Sikorskiemu berlińskie wystąpienie?



Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć samemu. Wystarczy pobrać ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych zamieszczone tam wytąpienie pana ministra Sikorskiego, co radzę natychmiast uczynić, bo zapewne zaraz zniknie:


Proszę otworzyć dokument, następnie kliknąć nań prawym klawiszem, następnie kliknąć na "Properties" (Właściwości) i przyjrzeć się uważnie. Widzicie Państwo to samo, co ja? Prawidłowo sporządzony dokument w dziale „Properties“ posiada tytuł oraz autora. Mowa Radosława Sikorskiego została zatytułowana „More Europe“, a jako autor figuruje Charles Crawford. Kim jest spin-doktor Sikorskiego?
Jak sam podaje w biograficznym wpisie na Wikipedii , jest to były ambasador wielkiej Brytanii w Polsce (do 2007 roku), przedtem dwukrotny ambasador w Belgradzie, a jeszcze przedtem zawodowy pisarz przemówień na służbie Jej Królewskiej Mości. Przede wszystkim najogólniej mówiąc – jest to wesoły chłopak, który dobry dowcip ceni sobie nade wszystko. I tak – wedle własnych słów-wsławił się tym, że w Belgradzie przybył na pewne przyjęcie biznesowe w towarzystwie dwóch kangurów, które wypożyczył z miejscowego ZOO, jak ten hollywoodzki dobry szeryf ściągał podobno na siebie lokalne gromy walcząc zawzięcie w Belgradzie, Sarajewie i Podgoricy z zorganizowaną przestępczością, a jego największe dyplomatyczne osiągnięcie, to zaproszenie do swojej rezydencji sporej grupy brytyjskich kiboli, którzy przyjechali na mecz Newcastle United – Partisan Belgrad, a którym miejscowa policja zabroniła (nie bez kozery) opuszczać hotel.
Charles Crawford po swoim przejsciu na emeryturę w r. 2007 dorabia sobie jako konsultant i spin-doktor (m.in. całego rządu Malty)w dziedzinie dyplomacji

Sprawa autorstwa berlińskiego wystąpienia Radosława Sikorskiego wzbudziła spore zainteresowanie zachodnich mediów. Charles Crawford zapytany wprost, odpowiedział na Twiterze zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji:

Did I write Radek Sikorski's awesome Berlin speech?!? No. He
did. 
http://t.co/E5f4N6MF

Czy to ja pisałem wspaniałe przemówienie Radka Sikorskiego w Berlinie? Nie.
To on pisał.

No doubts. I dlatego zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji wierzymy tylko informacjom zdementowanym.
I jeszcze zupełnie nieistotny drobiazg na koniec.
Obowiązkiem niemieckich polityków jest używanie w publicznych wystąpieniach macierzystego języka. Nie chodzi tu nawet o szacunek do własnego języka, ale przede wszystkim o polityczną odpowiedzialność urzędników państwowych, którzy w pierwszej kolejności mają powinności wobec własnego narodu. Mało kto w tych sferach tak doskonale włada obcym językiem, aby nie zaistniało niebezpieczeństwo błędnego jego użycia. A wtedy trudno się wyłgać. Jeśli natomiast coś we własnym języku powiedziane jest niezbyt zgrabnie, idzie to zawsze na konto tłumaczy.
Podobny obowiązek mają politycy francuscy, brytyjscy, amerykańscy, rosyjscy i... długo by jeszcze wyliczać. Mowa Radosława Sikorskiego wygłoszona została po...angielsku. Jakie są rządowe przepisy w tym względzie? To nie jest sprawa protokołu dyplomatycznego. Polski Minister Spraw Zagranicznych jest - zdaje się - wciąż jeszcze na służbie narodu polskiego. Pensję płacą mu polscy podatnicy. Czy ktoś płaci mu więcej?




19.11.2011

Nigel Farage- jedyny demokrata w Parlamencie Europejskim?


Źle się dzieje w Polsce, źle się dzieje w Grecji, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji, Belgii, w Niemczech, na Litwie, Łotwie i w państwie duńskim. W całej Europie źle się dzieje. Tymczasem w Parlamencie Europejskim, który liczy sobie 736 członków  zauważa to jeden jedyny człowiek – Nigel Farage z Wielkiej Brytanii.Inaczej niż  większość europoslow,  Nigel Farage traktuje swoja funkcje posła jako misje. Warto go posłuchać z uwagą. Znany jest on wielu Polakom. Łatwo znaleźć jego wystąpienia, nawet z polskimi tłumaczeniami na YouTube.
Poniżej zamieszczam dwie i pół minuty jego  wystąpienia z 16 listopada włącznie z polskim tlumaczeniem. Mam nadzieje, ze  czytelnicy będą w stanie docenić zawartosc tego nabrzmiałego trescia wystąpienia, w którym odbija się najlepsza tradycja brytyjskiego parlamentaryzmu oraz głos obywatelski zatroskanego Europejczyka. 
  
Uploaded by europarl on Nov 16, 2011
• European Parliament, Strasbourg, 16 November 2011
• Speaker: Nigel Farage MEP, UKIP, Co-President of the EFD Group in the European Parliament (Europe of Freedom and Democracy) 
• Debate: EU Economic Governance - Statements by the Presidents of the European Council (Herman Van Rompuy), the Commission (José Manuel Barroso) and the Eurogroup (Jean-Claude Juncker) - [2011/2902(RSP)]:
........................................................................
Transcript (EN) Tlumaczenie (PL):

"Here we are on the edge of a financial and social disaster and in the room today we have the four men [going by name of Rompuy, Barroso, Juncker, Rehn] who are supposed to be responsible. And yet we have listened to the dullest, most technocratic speeches I've ever heard. 
Znaleźliśmy się na skraju finansowej i społecznej zapaści. Tu, w tej sali mamy dziś czerech mężów [nazwiska to Rompuy, Barroso, Juncker, Rehn], którzy mieli być odpowiedzialni. Tymczasem słuchaliśmy ciemniackich, najbardziej technokratycznych mów, jakie znam.
You are all in denial [of responsibility]. By any objective measure the Euro is a failure. And who is actually responsible, who is in charge out of your lot? Well, of course the answer is "none of you" - because none of you have been elected; none of you actually have any democratic legitimacy for the rôles that you currently hold within this crisis. 
Wy się wszyscy wypieracie [odpowiedzialności]. Według wszelkich obiektywnych miar, Euro jest kompletną klęską. Kto właściwie jest za to odpowiedzialny, kto z was tu rzadzi? Odpowiedź brzmi - nikt z was, ponieważ żaden z was nie został nigdy wybrany ; żaden z was nie otrzymał jakiejkolwiek demokratycznej legitymacji dla funkcji, jakie aktualnie pełni w tym kryzysie. 
And into this vacuum, albeit reluctantly, has stepped Angela Merkel. And we are now living, we are now living, in a German-dominated Europe -- something, that the European Project was actually supposed to stop! Something that those who went before us actually paid a heavy price in blood to prevent. I don't want to live in a German-dominated Europe, and nor do the Citizens of Europe. 
W te próżnię, choć  niechętnie, weszła Angela Merkel. I tak oto żyjemy w Europie zdominowanej przez Niemców - czyli w układzie, któremu ów europejski projekt miał ZAPOBIEC. Aby układ taki wykluczyć, nasi przodkowie zapłacili najwyższą cenę przelanej krwi. Nie chcę żyć w Europie zdominowanej przez Niemcy. Ani ja, ani obywatele Europy - my nie chcemy żyć pod dominacją niemiecką. 
But you guys have played a rôle, because when Mr Papandreou got up and used the word 'referendum' - oh Mr Rehn, you described it as 'a breach of confidence'. And your friends here got together like a pack of hyenas, rounded on Papandreou, had him removed, and replaced by a puppet government. What an absolutely disgusting spectacle that was!
Tutaj wy, ziomale, daliście popis. Gdy tylko pan Papandreou wstał i wypowiedział słowo "referendum', to pan, panie Rehn, nazwał to "złamaniem zaufania". Wtedy pan i pańscy kumple rzuciliście się jak stado hien na Papandreou, otoczyliście go, usunęliście go i zastąpiliście go jakimś marionetkowym rządem. Cóż to był za obrzydliwy spektakl! 
And not satisfied with that, you decided that Berlesconi had to go. So he was removed and replaced by Mr Monti, a former European Commissioner, a fellow architect of this Euro disaster and a man who wasn't even a Member of the Parliament. 
Tego było wam jeszcze mało, więc zdecydowaliście, ze Berlusconi musi odejść. Został więc usunięty i zastąpiony panem Monti, byłym komisarzem europejskim, współarchitektem klęski Euro, człowiekiem, który nie był nawet członkiem parlamentu. 
It's getting like an Agatha Christie novel, where we're trying to work out who is the next person that's going to be bumped off. The difference is, we know who the villains are. You should all be held accountable for what you've done! You should all be fired! 
Rozwija się to jak akcja w powieści Agathy Christie, gdzie zgadujemy, kto następny dostanie w łeb. Z ta różnicą, ze my wiemy, kto jest przestępcą. Wy wszyscy powinniście odpowiedzieć za to, co narobiliście! Powinniście wszyscy zostać wywaleni!
I have to say, Mr Van Rompuy, 18 months ago when we first met, I was wrong about you. I said you would be the quiet assassin of nation states' democracy. But not anymore. You are rather noisy about it, aren't you? You, an unelected man, went to Italy and said: 'This is not the time for elections, but the time for actions'. What, in God's name, gives you the right to say THAT to the Italian people?!
Muszę cos powiedzieć panu, panie Van Rompuy. Półtora roku temu, kiedy spotkaliśmy sie po raz pierwszy, pomyliłem sie co do pana. Mówiłem wtedy, że będzie pan cichym zabójcą demokracji państw narodowych. Już tak nie uważam. Pan robi wokół tego kupę hałasu - pan, niewybrany uzurpator jedzie do Włoch, i oświadcza: "nie pora na wybory, pora na akcję". Co takiego, na Boga, daje panu prawo do wydawania takich nakazów Włochom?
 Leszkowi K. skladam wielkie dzieki za pomoc w opracowaniu transkrypcji i tlumaczenia. 

2.11.2011

Hołd Tuski


Hołd Tuski dla matki chrzestnej Europy - jak widzą go Niemcy

W środę 26 października wieczorem, w kwaterze głównej władców Europy miał miejsce znaczący, acz dotąd w Brukseli nieznany akt wiernopoddańczego hołdu, co zauważyły światowe media, a dowód, w postaci stosownego zdjęcia obiegł w krótkim czasie cały glob. Oczywiście, największą przyjemność akt ten sprawił Niemcom, czemu dał wyraz dziennik „Bild“ wychodzący w 4-milionowym(!) nakładzie. Zdjęcie owo opublikowano w plakatowej wielkości (wklejam poniżej), a zamiast komentarza doklejono zahaczając wymownie rogami jedno o drugie, tak, jak to się zwykło robić w albumie rodzinnym,  nieco mniejsze zdjęcie podobne w ustawieniu sceny, z tym, że osoby na nim – jak widać - widnieją inne.
Podpisy pod zdjęciami są tłumaczeniem podpisów zamieszczonych w dzienniku „Bild“. 
Podpis: "Sroda wieczór w brukselskiej kwaterze głównej EU: premier Polski Donald Tusk całuje w rękę kanclerz Niemiec , Angelę Merkel...
....podobnie, jak przedsiębiorca pogrzebowy Bonasera (Salvtore Corsito) w filmie "Ojciec chrzestny" z r.1972 całuje rękę Ojca Chrzestnego (Marlon Brando).

Redakcji należy pogratulować spostrzegawczości w ocenianiu hierarchii na szczycie europejskim oraz celnych analogii....

8.08.2011

Zaczadzeni smoleńską mgłą

W szesnaście miesięcy po 10 Kwietnia 2010 „Katastrofa smoleńska “ to nadal fakt wyłącznie medialny. I to puchnący fakt medialny. Widać to na półkach księgarń oraz produkcji video-medialnych i wzroście nakładów niektórych gazet. Pomimo rozległych poszukiwań w wykonaniu redaktor Gargas („mój 4-letni wnusio widział!“), nie ma ani jednego świadka, który widział i słyszał spadający samolot Tu154M 101 na rubieżach lotniska Sewerny. Nikt inny świadków nawet nie szukał. Wiadomo przecież, że z oczywistych powodów takowych nie ma. Niestety.

Poza niewielką grupą zaangażowanych osób zbierających się na blogu Free Your Mind (tutajoraz dociekliwym i niecierpliwym polecam "ZESTAWIENIA")nikt inny nie wydaje się być bezpośrednio zainteresowany w wyjaśnieniu zdarzeń poczynając od co najmniej 7 kwietnia, odprawy na lotnisku, samego przelotu i zdarzeń prowadzących do katastrofy (włącznie z trajektorią lotu).

Gdyby wydarzyła się pospolita, schematyczna katastrofa w ruchu lotniczym, to wszystko z nią związane byłoby łatwe do opisania i objaśnienia. Ofiary zwykłych katastrof lotniczych — zdarzeń tak niesłychanie rzadkich, że aż relacjonowanych w głównych dziennikach telewizyjnych jako ewenement — odnoszą rany i uszkodzenia, które niekoniecznie są śmiertelne. Samoloty budowane są tak, by szansa na przeżycie upadku i następującą ewakuację była wysoka. Stąd spadanie z wysokości 5 piętra na miękką ziemię nie oznacza, że wszystkich pasażerów co do jednego spotkałaby natychmiastowa śmierć. W wypadkach porównywalnych z tym, który miał się wydarzyć na polance wśród krzaków porastających obrzeża smoleńskiego lotnisko Siewierny, należy się spodziewać że przeżyją wszyscy lub prawie wszyscy pasażerowie.
Pomimo upływu czasu i zaangażowania sił i środków dwóch głęboko zaprzyjaźnionych, demokratycznych (!) państw do tej pory nie wiemy, GDZIE, JAK i KIEDY zginęli członkowie polskiej Delegacji.
Ale Rosjanie podobno mają przeprowadzić u nas jakieś ekshumacje, więc zatrudnią fachowców i dokładnie nam tyle, ile należy powiedzą.


Firma marketingowa zatrudniona przez rosyjski MAK do napisania raportu nie miała łatwego zadania, bo skoro nie da się łatwo wytłumaczyć żonie, dlaczego jechało się dwa i pół dnia do Smoleńska, zamiast polecieć tam w ciągu godziny z Prezydentem i całą delegacją, to cóż dopiero wytłumaczyć światowej opinii publicznej, że było, jak nie było.
Ale Wania tłumaczyć potrafi. Poza tym światowa opinia publiczna jest głupsza od najgłupszej żony, więc nie trzeba się wysilać. A polska opinia publiczna jest podobno i tak dziesięć lat za Murzynami, więc null problemo.


Wysoka Komisja ministra Millera miała jeszcze trudniejsze zadanie. Należało o owym FAKCIE MEDIALNYM stworzyć „naukowy“ raport, lecz bez pomocy naukowych i bez preparatów. Raport, który miał być do tego w dużej mierze kompatybilny z „raportem“ MAKowskim, ale powinien posiadać także „plusy ujemne“ dla odróżnienia. No, a przede wszystkim nie mógł zaszkodzić bezpośrednim szkodnikom. To dopiero logiczna, ontologiczna i nade wszystko polityczna ekwilibrystyka. Pleć Pleciugo! Ale udało się. Konferencja się odbyła punktualnie, mikrofon podawano i odbierano sprawnie, salę opróżniono i zamknięto w przewidzianym czasie.
Można powiedzieć- rząd znowu zdał egzamin. Wszystkich członków komisji awansować i przedstawić do odznaczenia! I po skórzanej piłce od Płemieła!

Nie mam zatem – jako obywatel – powodów do narzekań. Medialnej piany nabito dosyć. Starczy na bezy dla każdego. Tym bardziej, że tego rządu nie uważam za własny, ba, nawet nie uważam za demokratycznie wybrany! Więc co mi za różnica, czy Komisja min.Millera była prawo- czy nieprawomocna? Oczywiście, że NIEPRAWOMOCNA! Co do tego wątpliwości nie mają także autorzy artykułu odnoszącego się do zaperezntowanych przez Millera & Co rewelacji – bardzo przeze mnie cenieni dziennikarze śledczy panowie Misiak i Wierzchołowski z Gazety Polskiej(patrz tutaj). Nie przeszkadza im to zaangażować swoje sprawne pióra do uwarygadniania tego nieprawomocnego guza na zdrowym ciele polskiej demokracji i w obszernym artykule zaciekle polemizują z produktem science-fiction spłodzonym w pocie czół przez Komisję Millera (czy nie lepiej by było iść w ślady Rosjan i zatrudnić do tego celu agencję marketingową?).
Reporterzy Misiak i Wierzchołowski piszą już na początku tak:
"Członek komisji, ppłk Robert Benedict, odpowiadając na pytanie dziennikarza „GP”, do końca bronił fałszywej tezy, że samolot aż do chwili uderzenia w ziemię był całkowicie sprawny. Gdy spytaliśmy, czy w takim razie myli się komisja MAK, która w raporcie stwierdziła, że główny komputer pokładowy przestał działać około 15 m nad ziemią, wówczas „niewidzialna ręka” wyłączyła mikrofon, a kierująca konferencją rzecznik ministra Millera, Małgorzata Woźniak, natychmiast przekazała głos dziennikarzowi w przeciwnej części sali."

Zawodowa solidarność nakazuje mi pełną empatię z panami Misiakiem i Wierzchołowskim. To przykre, kiedy człowiekowi wyłączają mikrofon. Zastanawia mnie tylko, czy rosyjski MAK potrzebuje Gazety Polskiej, żeby popularyzować w Polsce produkty swego marketingu? Czyżby byli aż tak przebiegli? I czy rząd Donalda Tuska nie chce tego samego? Czy ktoś tu widzi jakiś konflikt interesów? Co na to dziennikarze śledczy?


Dzisiaj zasłużony w „smoleńskim śledztwie“ Nasz Dziennik także przynosi obszerny artykuł na temat katastrofy :“ CO NIE GRA W RAPORCIE: Radiowysokościomierz nawigatora, wysokość zderzenia z brzozą, wysokość pasa“(tutaj)Oto próbka:
„Raport Jerzego Millera zawiera sprzeczne dane dotyczące wysokości radiowej samolotu Tu-154M, który rozbił się na Siewiernym. Chodzi o położenie maszyny w momencie zderzenia z brzozą, które miało spowodować utratę części lewego skrzydła. Tabela nr 1 załącznika 4 do polskiego raportu "Geometria zderzenia samolotu" wskazuje, że maszyna była przy drzewie na wysokości 6,2 metra. Tabela nr 2 określa z kolei tę samą wartość na 5,1 metra. Ale na tym nie koniec. Wysokość pasa startowego i przewyższenia terenu są inne niż ustalenia Rosjan. I trzecia bardzo ważna rzecz: w polskim raporcie wysokość z radiowysokościomierza odczytuje nawigator, podczas gdy takie urządzenie - wynika to z lektury samego raportu - mieli na pulpitach wyłącznie piloci.“

Noooo, baardzo ciekawe. Pod warunkiem, że żyjemy już w matriksie i że mamy zgłębiać hipotezy szermując innymi hipotezami bez żadnego, podkreślam- żadnego DOWODU. Talmudyczne rozdzielanie przysłowiowego włosa na czworo to dziecinna igraszka w porównaniu z tak rzetelnymi analizami. I jeszcze jakieś symulacje na obrazkach....! Pełna ciemnota w naukowym pazłotku!

  Już widzę, jak rzucają się na mnie z nożami sympatycy niewątpliwie sympatycznego i kompetentnego blogera KaNo, który na swoim blogu podaje argumenty do niepodważalnego (jak twierdzi min. Macierewicz) dowodu w postaci fragmentu zapisu odczytanego z pamięci komputera pokładowego FMS z rzekomego kokpitu rzekomego Tupolewa 154M-101 (tutaj)
No więc, jak można teraz wątpić w te 15 metrów, i że to nie brzoza? Wszyscy moi znajomi do tej pory myśleli, że brzoza. Pardon, minister Macierewicz doprecyzował – to było na siedemnastu metrach. Jak ktoś ma inaczej w notatkach, to radzę zrobić update.


  Niestety, mój paskudny głupiomądry rozum, który na niczym się nie zna i dlatego wciąż zadaje pytania, nie dawał mi spokoju. Jak się znalazł w U-eS-A komputer pokładowy z kokpitu samolotu Tu154M-1owego! A skąd mieli go Rosjanie, skoro kokpitu, w którym znajdował się ten komputer z pamięcią wielkości mniej więcej paczki papierosów w ogóle nie znaleziono na miejscu „katastrofy“? (Notabene: nie zrekonstruowano kadłuba samolotu, "nie znaleziono" ni foteli, ni paliwa, ani żadnych zwłok, z wyjątkiem ciała ś.p. Prezydenta Państwa Polskiego, o czym informował minister Sasin („Para Prezydencka nie żyje“) opinię publiczną w Polsce o godz. 9.14, tj. na osiem godzin przed oficjalnym ogłoszeniem przez władze RF faktu odnalezienia zwłok ś.p. Pana Prezydenta. )

No więc z jakiego cylindra wytrzasnęli Rosjanie ten komputer? Prawda, że to jest tzw. dobre pytanie?
I dlaczego Rosjanie przekazali ów maleńki, a jakże ważny komputer pokładowy, który był własnością Polski, Amerykanom dopiero dwa tygodnie później? I DLACZEGO przekazali go PRODUCENTOWI oraz swojemu własnemu KOOPERANTOWI, z którym łączą ich interesy,a nie np. konkurencyjnym w stosunku do firmy niezależnym ekspertom?

Czy to nie są dobre pytania? Nikt ich jednak Komisji Millera nie zadał, a szkoda. Przecież, gdyby Rosjanie chcieli cokolwiek wyjaśnić, to chyba nie przejmowaliby ani czarnych skrzynek, ani tym bardziej komputera?

Ponieważ na takich sprawach, jak pamięć twardego dysku znam się mało, albo prawie wcale, pozwoliłam sobie spytać szanowanego i szacownego blogera KaNo o to, czy możliwe jest przeprogramowanie pamięci RAM takiego dysku. Słowem- czy Rosjanie mogli wprowadzić wcześniej sobie odpowiadające dane. Pan KaNo. zostawił mi 1% szans á konto rosyjskich hackerów. Cytuję:

„Urządzenia TAWS i FMS są urządzeniami uniwersalnymi, instalowanymi w różnych modelach samolotów. Każde z nich musi być indywidualnie skonfigurowane zależnie od modelu samolotu. Każde z nich posiada swój własny certyfikat. Próba sfałszowania zapisów napotyka na ogromną przeszkodę - odczyt FMS. Jest to odczyt z zamrożonej, i potrzymywanej z niezależnego źródła zasilania, pamięci typu RAM. Każda przerwa w zasilaniu to utrata jej zawartości. Nie chcę się rozwodzić nad trudnościami związanymi z lokalizacją poszczególnych zapisów w pamięci RAM. Według mnie taka operacja jest niemożliwa (no może na 99% biorąc pod uwagę ponadludzkie zdolności rosyjskich hakerów:) „

No cóż, w swojej naiwności mam nie mniej respektu przed rosyjskimi hackerami, a w dodatku takimi, co pracują na państwowych etatach, aniżeli przed profesorami amerykańskich uniwersytetów. Dlatego skłonna jestem podejrzewać, że ów niepodważalny dowód jest dowodem jednak mocno podważalnym. Utwierdził mnie w tym niejeden fachowiec, w tym bloger ROM (czy RAM nie byłoby celniejszym nickiem?):

„...Zawartość pamięci RAM jest przechowywana jeszcze przez około 3 – 10 sekund od momentu odcięcia dopływu prądu – czas ten zazwyczaj wystarczy, aby komputer ponownie uruchomić, nie tracąc danych z pamięci RAM. Jeżeli nałożone na komputer hasło BIOS uniemożliwia uruchomienie komputera z zewnętrznego medium, naukowcy po prostu wymontowują kość pamięci RAM. W takiej sytuacji dziesięć sekund to mimo wszystko za mało. W celu wydłużenia czasu przechowywania danych kość pamięci zostaje schłodzona ogólnodostępnym sprayem ze sprężonym powietrzem. Przy minus 50 stopniach Celsjusza dane są zahibernowane i można je odczytywać jeszcze przez dziesięć minut… W przypadku ekstremalnej próby z ciekłym azotem (minus 196 stopni Celsjusza) zawartość pamięci RAM była dostępna nawet przez 60 minut...“
I tu link dla fachowców:

http://www.chip.pl/artykuly/archiwum/2008/5/wykradanie-hasla-z-pamieci-ram-szyfrowanie-nie-ma-sensu

Na koniec chciałabym zawołać: Panie Boże, chroń mnie od przyjaciół, bo z wrogami sama sobie poradzę! Oświadczam, że jeśli ktoś jeszcze z zaprzyjaźnionych mediów lub medialnych osobistości będzie mnie walił brzozową maczugą po głowie i wmawiał mi katastrofę na Sewernym, której TAM NIE BYŁO,podtykał mi przed oczy kolejne symulacje lub wręcz pukał się na moje pytania w czoło, rozpocznę obywatelskie śledztwo pod hasłem: CUI BONO? A to jest dobre pytanie.

31.07.2011

"Lewacki wirus niszczy Europę" - Bettina Röhl dla ND

Joschka (Josef) Fischer podczas wywoływanych przez "rewolucjonistów" na ulicy Frankfurtu w 1968 r. - on, obok swojego kumpla Daniela Cohn-Bendita - "kawiorowego" europosła francuskich Zielonych zaszedł najwyżej. Został ministrem spraw zagranicznych i wicekanclerzem Niemiec.


www.naszdziennik.pl/index.php



Rewolucjoniści z 1968 roku, a także wykarmione tymi samymi ideami ich dzieci i wnuki, trzymają w żelaznym uścisku zachodnią opinię publiczną. Zwolennicy tej ideologii nie mają swojej partii ani zhierarchizowanych struktur, ale ich metoda właściwie niczym nie różni się od taktyki komunistów
Wyznawcy ruchu ´68 posiadają monopol na interpretację faktów, mają duży wpływ na rząd i nadają ton we wszystkich partiach politycznych, także tych konserwatywnych.
Lewacki wirus niszczy Zachód



Z Bettiną Roehl, niemiecką dziennikarką i publicystką, autorką głośnej książki "Zabawa w komunizm!", rozmawia Bogusław Rąpała

Wieloletnie niefrasobliwe traktowanie ideologii komunistycznej przez państwa zachodnie przynosi dziś katastrofalne skutki, czemu daje Pani wyraz w swojej książce pt. "Zabawa w komunizm!". Jakie okoliczności przyczyniły się do jej napisania?


- Pod koniec lat 90. w Archiwum Federalnym w Berlinie Wschodnim znalazłam akta dotyczące wydawanego przez moich rodziców - Ulrike Meinhof i Klausa Rainera Roehla - czasopisma "Konkret". W ten sposób nadarzyła się okazja, aby dokładnie przyjrzeć się genezie niemieckiej lewicy, następnie zaś ją opisać. Historia utworzonego i finansowanego przez komunistów z Berlina Wschodniego pisma "Konkret", z którą splecione są dzieje mojej rodziny, jest jednocześnie opowieścią o fenomenie ruchu ´68 i tworzeniu się lewicy w Niemczech. Proszę sobie wyobrazić, że "Konkret" od początku został zaprojektowany w Berlinie Wschodnim, przy współpracy z młodymi komunistami z Republiki Federalnej Niemiec, jako organ propagandowy, służący infiltracji młodzieży akademickiej na Zachodzie. Aktywność moich rodziców, którzy w połowie lat 60. redagowali sponsorowane przez Wschód pismo "Konkret", była skupiona wokół formującego się ruchu ´68. To oni byli jego filarami. Jednocześnie należeli do medialnego establishmentu Hamburga i Berlina Zachodniego, który wywierał istotny wpływ na życie polityczne w Niemczech. W tamtych czasach powszechnego dobrobytu na lewicowych poglądach można było zbić pokaźny kapitał. To tyle, jeśli chodzi o biograficzną część dotyczącą mojej rodziny, oczywiście opowiadającą również o latach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości oraz o sprawach związanych z prywatnym życiem rodziców.

W książce demaskuje Pani mity, którymi zwolennicy ruchu ´68 od dziesięcioleci legitymizują swoje istnienie. Jak publikacja ta została przyjęta na rynku wydawniczym?


- Moja książka ma charakter polityczno-analityczny. W zupełnie nowym świetle przedstawia wydarzenia historyczne, które przez całe lata otaczane były legendą, jak początki ruchu antyatomowego, ustawy o stanie wyjątkowym oraz głęboko zakorzenione stereotypy o strasznym państwie Konrada Adenauera lat 50. czy o rzekomo zdeformowanym przez katolicyzm, skostniałym i nieludzkim niemieckim społeczeństwie, które w takiej formie, w jakiej przedstawiają je przedstawiciele ruchu ´68, legitymizując swoje działania i propagując agresywne, wysoko doktrynerskie bzdury, nigdy nie istniało. Droga, którą przemierzyłam - i tutaj znów nawiązuję do pańskiego pytania o moją książkę - pozwoliła mi dokładnie poznać to dziwaczne zjawisko, jakim jest popularna i akceptowana przez demokratyczny świat szaleńcza ideologia ruchu ´68. "Zabawa w komunizm!" ukazuje prawdziwą, opartą na faktach historię powstania tego nurtu, wyzwala od wytworzonych przezeń mitów i jednocześnie w sposób analityczny rozbija betonowe dogmaty wykreowane przez rozpieszczonych pop-, luksusi narkokomunistów. Bożkami ruchu lewicowego są Karol Marks, Zygmunt Freud i Wilhelm Reich, a w tle towarzyszą im takie postacie, jak Mao Tse-tung i inni czerwoni ludobójcy, od których dzisiejsi przedstawiciele ´68 odżegnują się dość niemrawo i często nieszczerze. Moja książka została przemilczana przez środowisko ´68. Gdyby nie była publikacją demaskatorską, ale kolejną gloryfikacją ruchu lewicowego, już dawno obsypano by ją pochwałami oraz tymi wszystkimi wspaniałymi, wysoko dotowanymi nagrodami niemieckiego przemysłu kulturalnego, na które - szczerze mówiąc - w pełni zasłużyła. Od dawna też byłaby lekturą obowiązkową na lekcjach historii, ponieważ mimo trudnej tematyki jest napisana w sposób przystępny i z poczuciem humoru.

Ale tak się nie stało, ponieważ pokazuje w niej Pani metody działania ludzi związanych z Nową Lewicą. Które z tych metod są najczęściej stosowane i najskuteczniejsze?


- Ekspansja ruchu lewicowego, której towarzyszy utrata kontaktu z rzeczywistością, jest w demokracji pozostającej w służbie ideologii ´68 trudno dostrzegalna. Jeśli zaślepiona ideologią większość zatraca się w iluzorycznym świecie, to ma rację, nawet gdy nie ma racji. Demokracja zakłada, że decyduje większość, a większość jest przekonana, że podejmuje racjonalne decyzje. Analiza dzisiejszych społeczeństw zachodnich jest zaiste pracą herkulesową, chociażby dlatego, że po opanowaniu przez ideologię ´68 nie są one w stanie właściwie rozpoznać rzeczywistości i skonstatować, że tak naprawdę powinny jak najszybciej wylądować na kozetce u psychiatry. Właśnie z tego powodu struktury ´68 w dzisiejszych społeczeństwach są niewidoczne. Ideologia odciska swoje piętno, ale rzadko kiedy jest dostrzegana i wiązana z ruchem ´68, ponieważ jest on fałszywie uznawany za przestarzały i unicestwiony przez społeczeństwo. Należy jednak pamiętać, że pokolenie ´68 jest niczym kameleon i zawsze idzie z duchem czasu. Ruch ´68, który definiuję jako wysoce zideologizowaną, kryptokomunistyczną kulturę myślenia i odczuwania, właśnie dzięki swoim rewolucjom, medialnemu rozgłosowi i ugrupowaniu terrorystycznemu z lat 70., którym była Frakcja Czerwonej Armii, sam stał się establishmentem, podbił społeczeństwa i odtąd trzyma je w żelaznym uścisku, oczywiście zawsze utrzymując się na powierzchni.

W jaki sposób pokolenie ´68 ewoluowało w ciągu ostatnich dziesięcioleci?


- Ruch ´68 jest dziś ideologią, która począwszy od lat 60., wywiera coraz silniejszy wpływ na kulturę Europy Zachodniej, a raczej na to, co po niej zostało. Ale ta ideologia - chcę to jeszcze raz podkreślić - jest postrzegana jako coś całkiem naturalnego, a więc w rzeczywistości jest asymilowana zupełnie nieświadomie. Sześćdziesięcioósmacy nie widzą lasu, bo zasłaniają im go drzewa. Kierując się miłosierdziem, można by im było nawet współczuć. Sytuacja staje się jednak groźna wówczas, gdy ciemnota spod znaku ´68 rozlewa się i mami całe społeczeństwa, które nie posiadają ani struktur, ani sił pozwalających zachować w tej rzeczywistości jakąkolwiek orientację. Sześćdziesięcioósmacy utworzyli bardzo elastyczną i spójną strukturę władzy, która w odróżnieniu od klasycznych komunistycznych dyktatur jest na tyle szczelna, że uniemożliwia tworzenie się jakichkolwiek komórek oporu. Żadnej solidarności! Każdy konstruktywny krytyk ideologii ´68 jest serdecznie witany przez ten ruch jako ktoś, komu również zależy na przełamywaniu złych struktur społecznych. Ale ci, którzy nie dają się pozyskać, są brutalnie, bezlitośnie wykluczani i pomijani milczeniem. Zwolennicy ruchu ´68 to także sensaci, którzy na każdą błahostkę reagują wrzaskiem. Jednakże prawdziwi krytycy - jeszcze raz to powtórzę - są przez tę bezkształtną masę medialną konsekwentnie tłumieni, a w najlepszym razie wystawiani na pośmiewisko. Wyznawcy ruchu ´68 opanowali niezwykle trudną sztukę robienia szpagatu. Mimo że w Niemczech, i w ogóle na Zachodzie, posiadają monopol na interpretację faktów, mają duży wpływ na rząd i nadają ton we wszystkich partiach politycznych, także tych konserwatywnych - to od ponad 45 lat potrafią się też sprzedawać jako najbardziej wartościowa moralnie i niezbędna opozycja.

Dlaczego ludzie nie dostrzegają tej obłudy?


- Tę schizofreniczną postawę mocno i niewzruszenie reprezentują całe rzesze sześćdziesięcioósmaków. Proszę popatrzeć chociażby na nieco już leciwego Clausa Peymanna, szefa Berliner Ensemble, jednego z czołowych niemieckich teatrów. Człowiek ten od 40 lat żyje na koszt niemieckiego podatnika i świetnie mu się wiedzie. W sposób nudny i nieznośnie monotonny sprzedaje co roku jakąś infantylną wersję rewolucji komunistycznej i za pomocą różnorakich akcji oraz deklaracji ciągle stara się uczynić z terrorystów i ludobójców postacie akceptowane społecznie. Permanentna rewolucja teatralna pozwala mu wieść życie wielkokapitalistycznego bonzy. Przed kilkoma laty, gdy siedziałam naprzeciwko niego podczas telewizyjnego talk-show i stwierdziłam, że jego bożyszczem jest Mao Tse-tung, on nagle - niczym nastolatek przechodzący okres dojrzewania - wyciągnął zaciśniętą pięść i krzyknął w kierunku publiczności: "Rewolucja!". I coś takiego jest uznawane na Zachodzie za sztukę. Chociaż w Niemczech wiek emerytalny dla urzędników wynosi 65 lat i nie wolno go przekraczać, umowa publicznoprawna z 74-letnim Peymannem została przedłużona do roku 2014. Jest to przykład absolutnego upadku niemieckiego przemysłu kulturalnego. Komuniści i zwolennicy ruchu ´68 przystąpili do urzeczywistniania wyimaginowanej, wyższej formy demokracji, a w gruncie rzeczy chodzi im o ideologie, które w najokrutniejszy sposób oddają kult jednostce. Peymann jest obiektem takiego kultu - współczesnym idolem, wyniesionym przez pokolenie ´68 na piedestał. Mogę zagwarantować, że każdą sztukę teatralną, niezależnie od tego, o czym będzie traktowała, zamieni on w rewolucyjny bełkot. Mimo że sześćdziesięcioósmacy niezmordowanie stylizują swój ruch na młodzieżowy, nikogo nie razi fakt, że kolejne młode pokolenia działające w tym nurcie są ciemiężone przez starców. Poważany w Europie i na całym świecie Peymann od początku lat 60. żyje z dyskredytowania zachodniego społeczeństwa, tym samym utwierdzając i cementując swoją sponsorowaną przez państwo władzę. Wysoką pozycję utrzymuje wyłącznie dzięki prasie mainstreamowej, która - abstrahując od pojawiających się sporadycznie głosów krytycznych - gremialnie go popiera. Nikt nie ma odwagi podnieść ręki na owego namaszczonego przez ruch ´68 i przyklejonego do swoich stanowisk oraz profitów "mistrza teatru". Mimo że wszędzie słyszy się stwierdzenie: "Ruch ´68 jest już martwy. Jego przedstawiciele przechodzą teraz na emeryturę, a społeczeństwo już dawno wyleczyło się z jego ideologii", fakty świadczą o czymś diametralnie innym. Społeczeństwo codziennie myśli i czuje tak, jak mu dyktują przedstawiciele pokolenia ´68.

Czy można ten ruch jakoś umiejscowić, zlokalizować?


- Ruch ´68 tworzy perfekcyjnie działającą i spójną międzynarodową sieć. W Niemczech i innych dużych państwach na Zachodzie stopień tych powiązań, które zostały uformowane w ciągu minionych dziesięcioleci, stał się tak oczywisty, że nie zauważają go nawet osoby w ten ruch zaangażowane, a więc jego "aktorzy". Rewolucjoniści z 1968 roku, a także wykarmione tymi samymi ideami ich dzieci i wnuki, nawet jeśli deklarują się jako przeciwnicy tej ideologii, albo po prostu urodziły się później i są wobec niej nastawione krytycznie, trzymają w żelaznym uścisku zachodnią opinię publiczną, niezależnie od tego, czy są przy władzy, czy też znajdują się w opozycji. Struktury te kierują przede wszystkim mediami i decydują o tym, co się w nich pojawia. Sprawują też kontrolę nad przemysłem związanym z kulturą, rozrywką i edukacją dysponującym każdego roku ponad 100 mld euro. Ideolodzy ruchu ´68 zwiększają również swój wpływ na sądownictwo. Ideologia tej generacji zepchnęła na społeczny margines obydwa duże Kościoły w Niemczech - katolicki i ewangelicki, a zamiast tego zaimplementowała ateizm. W każdej dziedzinie - nieważne, czy chodzi o politykę atomową, migracyjną, o edukację, a przede wszystkim o psychologię - obowiązuje sposób myślenia wykreowany przez ruch ´68, który tym samym kształtuje również politykę. Zwolennicy tej ideologii nie mają swojej partii ani zhierarchizowanych struktur, ale ich metoda właściwie niczym się nie różni od taktyki komunistów. Polega ona na tym, żeby niczego samemu nie budować, ale niszczyć, infiltrować, wynaturzać i przejmować struktury, które już istnieją.

Państwa takie jak Polska, w których przez dziesięciolecia rządzili komuniści, do dziś zmagają się nie tylko z problemami materialnymi, ale przede wszystkim z moralnym zepsuciem swoich obywateli. Czy szkody, które wywołuje ruch ´68, są podobne?


- Komuniści deformowali rzeczywistość przy pomocy ateizmu, ideologii i własnych dogmatów. Realizacji tych założeń służyły monolityczne aparaty partyjne oraz budzące grozę dyktatury. Z kolei reprezentanci ruchu ´68, których ja określam mianem "popkomunistów", posługując się antykapitalistycznymi, komunistycznymi i wieloma innymi zawiłymi ideami, które niemal codziennie dopasowują do zmieniającego się ducha czasu, dbają o to, by atakowane przez nich przy pomocy różnych rewolucyjnych fantasmagorii społeczeństwa zachodnie w gruncie rzeczy nadal istniały. W ten sposób mogą je maksymalnie wykorzystać do własnych celów. I mają nadzieję, że konserwatywno-kapitalistyczne środowiska, na których żerują, będą finansowały ich ideologiczny obłęd.

Chodzi im głównie o pieniądze?


- Ruch ´68 już dawno popadłby w zapaść i nie byłby ideologią zwycięską, gdyby Republika Federalna Niemiec nie była tak zamożna. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że w latach 70., pomimo strat wojennych, RFN pod względem dochodu narodowego przypadającego na jednego mieszkańca znajdowała się w ścisłej światowej czołówce, obok Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Szwecji. Dziś jest inaczej. Relatywny upadek Niemiec, który będzie można obserwować także w przyszłości, ma obok różnych innych przyczyn także tę jedną: ruch ´68. Przedstawiciele tego nurtu politycznego od zawsze troszczyli się o to, żeby załatwiać sobie nawzajem dobre posady i inne profity. Wyspecjalizowali się w ostrych atakach na państwo, społeczeństwo, gospodarkę, własność, Kościoły, związki zawodowe i na co tylko chcą, niczego nie budując, a w zamian za to permanentnie wymachując fikcyjną maczugą moralną i zbijając kapitał. Bogacą się w specyficzny i perwersyjny sposób. Szczególnie w swoim dzisiejszym wydaniu - jako Zieloni - przedstawiają siebie jako lepszą część społeczeństwa. Występują przeciwko wojnie i wyzyskowi, opowiadają się za biednymi i pozbawionymi praw w swoim kraju i na całym świecie, kilkadziesiąt lat po śmierci Hitlera popisują się brawurową odwagą przeciwko nazistom. Ale jednocześnie zajmują świetnie opłacane stanowiska i żądają dla siebie wysokich świadczeń emerytalnych. Ideologia ´68 niesie ze sobą zdegenerowaną formę feudalizmu. Daniel Cohn-Bendit, polityk, lider francuskich Zielonych, i jemu podobni zachowują się jak współcześni książęta. Robią wokół siebie dużo szumu, a media multiplikują wyprodukowany przez nich chłam, tak jakby chodziło o jakąś genialną prawdę, o receptę na życie. Przyjrzyjmy się bliżej Cohnowi-Benditowi. Człowiek ten pierwszą połowę swojej publicznej działalności spędził uwięziony w infantylizmie, a drugą - w pułapce własnej starczości. Czy społeczeństwo rzeczywiście potrzebuje takich "poplątanych" osobników? Konsekwencje tego są katastrofalne. Przez ostatnie 200 lat Zachód wiódł na świecie prym na wszystkich ważnych polach. Szczyt dobrobytu osiągnął w późnych latach 60. i 70 i od tego momentu stale już tylko przegrywa. Ruch ´68 jest immanentną, samoniszczącą maszynerią.

Dlaczego idee reprezentowane przez Nową Lewicę znajdują tak wielu sympatyków wśród ludzi młodych, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że nie jest to niewinna zabawa?


- Ideologia pokolenia ´68 odnosi wyłącznie sukcesy. Głosi lewicowe hasła i przyciąga młodych ludzi. Trochę rewolucji, sex & drugs & rock´n´roll, poczucie bycia kimś lepszym, inteligentniejszym, wyemancypowanym i seksualnie wyzwolonym, pod warunkiem, że płynie się z nurtem mainstreamu - to wszystko jest atrakcyjne, a przy tym wyraźnie definiuje wrogów: rodziców (o ile nie wyznają tej samej ideologii), tradycyjne struktury społeczne, partie konserwatywne i liberalne oraz oczywiście Kościoły. Wrogość ta kierowana jest również w stronę państwa. W myśl tej ideologii w zasadzie nie powinno się zakładać (zdrowej) rodziny, ponieważ w takiej sytuacji siłą rzeczy bierze się udział w reprodukowaniu zepsutych, opresyjnych struktur i znowu zostaje się kołtunem, który wychowuje swoje dzieci na uznających autorytety poddanych, a nie na ludzi żyjących zgodnie z duchem ruchu ´68. Jej zwolennicy - podobnie jak komuniści - chcą stworzyć "nowego człowieka", który będzie tańczył tak, jak mu zagrają przedstawiciele pokolenia ´68.

Nauczyciele nie potrafią sobie poradzić z rozwydrzonymi uczniami. Wobec młodych ludzi, którzy nie szanują nawet własnych rodziców, stają się coraz bardziej bezradni. Czy o to właśnie chodzi lewicowym ideologom?


- Ruch ´68 jest w zasadzie sektą, która przejęła władzę, i tak się fatalnie składa, że nie została rozpoznana jako sekta. W reprezentowanej przez nią ideologii panuje kult wiecznej młodości. I jeśli nawet kult ten nie jest już tak widoczny, jak w poprzednich latach, to niezmienne pozostają schematy myślowe i sposób odczuwania, które za sprawą pokolenia ´68 przeniknęły i utrwaliły się w społeczeństwie. Do tego dochodzi jeszcze konieczność bycia nowoczesnym. Młodzi ludzie - nawet tacy, którzy głęboko w sercu wyznają poglądy konserwatywne i są w stanie rozsądnie myśleć oraz angażować się społecznie - są tak bardzo osaczeni przez dynamikę i wir mentalnych struktur ruchu ´68, że często nie tylko działają wbrew własnym interesom, ale też prezentują poglądy polityczne, z którymi tak naprawdę wcale się nie utożsamiają. Na tym polega recepta na sukces środowisk lewicowych. I w ten sposób wygrywają one wybory. Sytuacja taka miała ostatnio miejsce w gospodarczo zamożnym landzie Badenia-Wirtembergia, gdzie szefem rządu został Winfried Kretschmann, człowiek ze ścisłego trzonu ruchu ´68 i były fanatyczny zwolennik K-Gruppen, występujący obecnie w roli dobrodusznego dziadka i męża stanu. Może on teraz forsować bezwzględne idee ruchu ´68 chociażby za pośrednictwem systemu oświaty. Wkrótce zapewne wielu ludzi przerazi się konsekwencjami własnego wyboru, ale na zmianę decyzji będzie już za późno.

Jeśli zagrożeń tych nie dostrzega wielu dorosłych: rodziców, nauczycieli i polityków, to kto ma chronić najmłodszych?


- Pokolenie ´68 od momentu swojego powstania jest bardzo odporne na argumenty płynące z zewnątrz i nie przyjmuje informacji pochodzących spoza własnych kręgów. Sześćdziesięcioósmacy sprzedają się co prawda jako ludzie światli, ale jednocześnie tłumią to "światło" przy pomocy własnej ideologii. Regularnie dyskredytują swoich krytyków jako niemodnych i autorytarnych idiotów. Tej permanentnie odnawiającej się ideologii mogłaby się przeciwstawić tylko nowa, atrakcyjna wizja.

Czy ruch ´68 ma jakiś konkretny punkt, do którego chciałby dojść, a potem się zatrzymać?


- Nie, on się stale żywi duchem czasu, nad którym panuje. Nie reprezentuje żadnej konkretnej utopii ani idei.

Wspomniała Pani o niechęci pokolenia ´68 do tradycyjnej rodziny...
- Jak każda sekta, z trudem akceptuje ono struktury, których członkowie zachowują autonomiczne przestrzenie wolności. Dlatego instytucja rodziny zawsze była dla niego solą w oku.

Jakie są ideologiczne korzenie tego środowiska?


- Przedstawiciele ruchu ´68 zatykają uszy, kiedy się o tym mówi, ale wyznawana przez nich ideologia jest silnie powiązana z idiotyzmami głoszonymi przez dążącego do zrewolucjonizowania kultury i mającego na sumieniu miliony ofiar Mao Tse-tunga, który chciał uruchomić na Zachodzie mechanizmy prowadzące do jego zniszczenia. Ów autokrata nie miał nadziei na to, że zacofane i na dodatek wyniszczone przezeń Chiny odniosą szybkie, militarne zwycięstwo nad Zachodem. Dlatego pragnął zrewolucjonizować Trzeci Świat, a Europę wpędzić przy pomocy doskonale wystylizowanej propagandy w pewien rodzaj autodestrukcji, co mu się, niestety, w znacznej mierze udało. I tę właśnie autodestrukcję zwolennicy ruchu ´68 napędzają do dzisiaj, nieustannie przedstawiając ją jako coś modnego i awangardowego. Do tego obrzucają wyniosłymi obelgami wszystko to, co istnieje realnie, a zatem - według nich - powinno zostać zrewolucjonizowane.

Brzmi to pesymistycznie. Czy potrafi sobie Pani wyobrazić społeczeństwo europejskie za 20 lat?


- Myślę, że zarówno Europa, jak i Ameryka - Zachód w ogóle - doświadczą znacznego wyobcowania w stosunku do siebie i własnej historii. Także z powodu napływu ludności z innych części świata, w tym z krajów muzułmańskich. W takiej sytuacji trudno będzie mówić o europejskiej tożsamości. Z powodu obłąkańczego generowania przez Brukselę i Strasburg wciąż nowych ustaw oraz postępującej fetyszyzacji pojęcia "Europa" kontynent zostanie przytłoczony nadmiarem regulacji prawnych, a jednocześnie będzie się coraz bardziej zatracał w chaosie paralelnych społeczeństw i heterogenicznych struktur. W przedstawionej przeze mnie wizji przyszłości znaczny udział będzie miała autodestrukcyjna furia ruchu ´68. Tymczasem tacy politycy jak Helmut Kohl czy Angela Merkel, którzy swoją pozycję budują na przemilczaniu i przeczekiwaniu problemów, a przy tym nie są zdolni do podjęcia intelektualnej debaty, utrzymują społeczeństwo w poczuciu pewnego rodzaju konserwatywnego bezpieczeństwa, które faktycznie nie istnieje. To niewyobrażalne, że Merkel, która pełni najwyższe stanowisko w państwie, tłumi wszelkie dyskusje nad niezbędnymi rozwiązaniami systemowymi.

To, co Pani mówi, jest bardzo interesujące, choć jest to dość wstrząsający obraz przyszłości...


- ...ale realistyczny, o ile w ogóle można dziś snuć prognozy na przyszłość. Ale mimo wszystko pozostaję optymistką i wciąż mam nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Ostatecznie historia ludzkości nie jest zdeterminowana, ale podlega nieprzewidywalnym fluktuacjom.

Czy widzi Pani jakiś sposób na zahamowanie tego autodestrukcyjnego procesu?


- Jeśli zadając mi to pytanie, myśli pan, że podam jakiś bardziej optymistyczny wariant mojej przedstawionej wyżej, raczej mrocznej prognozy przyszłości, to muszę pana rozczarować. Ale nie porzucam nadziei.

Wspomniała Pani wcześniej, że wciąż odnawiającej się ideologii ´68 mogłaby się przeciwstawić jakaś atrakcyjna idea lub wizja. Co konkretnie miała Pani na myśli?


- Pomimo wszelkich niedoskonałości, które są widoczne w zachodniej demokracji, zawsze uważałam ją za najatrakcyjniejszą wizję, jaka istniała w całej historii ludzkości. Jest ona najbliższa ideałowi humanistycznemu. I to ona uczyniła z Zachodu obszar przodujący na świecie pod względem gospodarczym i kulturowym. Dziś społeczeństwa zachodnie są niesamowicie zdezorientowane lub wręcz zaślepione. Tak zwane elity bardziej bawią się życiem, niż naprawdę żyją. Zachód cechuje się mieszaniną dekadencji, ignorancji i swoistego oczekiwania na koniec świata (jako fantastycznej megaimprezy) oraz połączeniem arogancji i pychy. Popada on w pewien rodzaj metażycia. To dążenie do samozniszczenia, przy jednoczesnym pouczaniu całego świata, jak powinien postępować, nazwałabym schizofrenicznym rysem zachodniego systemu. Powinniśmy przeprowadzić gruntowną wymianę elit, ponieważ te, które nami rządzą, po prostu zawodzą. Zmianę na lepsze mógłby przynieść powrót do starych, sprawdzonych zachodnich ideałów, które są coraz mocniej wypierane z powszechnej świadomości. Duchowo-ideowej próżni, będącej spuścizną ruchu ´68, nie są już w stanie wypełnić nawet religie.

Społeczeństwa muszą chcieć wymiany swoich elit. Co powinno się stać, by do tego doszło?


- Społeczności, które mają zdezorientowane elity, same też są bezsilne i nie potrafią wziąć spraw w swoje ręce. Jeśli pyta mnie pan teraz o nową ideę, która mogłaby wstrząsnąć ludźmi i zdobyć ich serca, to muszę powiedzieć o swojej nadziei, że w końcu obudzi się w nich świadomość, iż decydenci wystawili ich do wiatru. Co do wizji społecznych, to tutaj nie oczekiwałabym jakiegoś cudu. Tak zwana Nowa Lewica, która dziś nie jest już wcale nowa, w obecnych formach istnienia jest trudna do rozpoznania. Jest środowiskiem skupiającym żądnych władzy i pieniędzy cwaniaków, którzy zajmują istotne z punktu widzenia gospodarki stanowiska. Proszę popatrzeć na Dominique´a Strauss-Kahna, zachodniego socjalistę, który korzysta pełnymi garściami z dobrodziejstw kapitalizmu i jest feudałem najwyższej kategorii. Francuskie media (także te skrajnie lewicowe), które dobrze wiedzą o jego ogromnym majątku, najwyraźniej - przy całej otwartości - ukrywają to przed swoimi proletariackimi konsumentami. Kolejny przykład to Carla Bruni, żona Nicolasa Sarkozy´ego, stylizująca się na wielkokapitalistyczną lewaczkę. Tak wygląda zabawa w komunizm! Niestety, owa polityczna sekta, zapewniająca swoim zwolennikom dokładnie te same stanowiska i pozycje w społeczeństwie, które niegdyś chciała obalić przy pomocy działań rewolucyjnych, nie da się łatwo wyrugować z uprzywilejowanych pozycji. Tym bardziej że jej ideolodzy próbują mamić społeczeństwo swoją odwagą i bohaterstwem, wrażliwością społeczną i rozumieniem demokracji, którą się wykazali w latach 50. i 60. Używając tego "odgrzewanego" kłamstwa, aspirują także do roli autorytetów moralnych.

Nie udałoby się to im, gdyby nie opanowali mediów...


- Zniszczenie wszystkich tradycyjnych wartości było częścią programu ruchu ´68, a jego zwolennicy zachowują się tak, jakby to oni sami stanowili istotną wartość. W świecie medialnym opis wydarzeń dyktowany jest przez lewicowy mainstream. Środowiska, które sprzeciwiają się tego rodzaju zwierzchności, nie mają łatwego życia. A jeśli na dodatek mają do czynienia z tworem przypominającym sektę, która bazuje na aplauzie, na tym, co dzieje się "tu i teraz", i na nieformalnych sposobach komunikacji, to niesłychanie ciężko jest im się przebić z jakąkolwiek nową ideą.

Obserwuje Pani również sytuację społeczno-polityczną w Polsce. Co Pani myśli, widząc np. dążenie wielu polityków w naszym kraju do zalegalizowania układów homoseksualnych?


- Sądzę, że w tym zakresie Polska poddała się nurtowi obowiązującemu we Wspólnocie Europejskiej. Bracia Kaczyńscy, którzy w ciągu ostatnich 20 lat próbowali uchronić kraj od duchowo-ideowej okupacji ze strony zachodniego molocha, niestety, przegrali. Nie potrafili wypracować odpowiedniej strategii, która byłaby pomocna przy prowadzeniu wojny ideologicznej zarówno z zachodnimi, jak i rodzimymi kadrami spod znaku ´68.

A może po prostu polskie społeczeństwo, otumanione ideologią ruchu ´68, nie potrafiło docenić prezentowanej przez nich konserwatywnej wizji kraju?


- Kaczyńscy mają wielkie zasługi w walce przeciwko restauracji starych komunistycznych struktur, ale w żaden sposób nie umieli zapobiec symbiozie zręcznych, zachodnich przedstawicieli ruchu ´68 z polskimi postkomunistami. Najwidoczniej kampania niszczenia demokracji, prowadzona przez spadkobierców pokolenia ´68, stanowiła dla braci Kaczyńskich zagadkę. W Polsce zdążyła już wyrosnąć elita, która jest zafascynowana zwycięską energią mainstreamu ´68 i która oczywiście spodziewa się wyciągać z tego osobiste korzyści. Kto chce się zmierzyć z lewicowymi aktywistami, sprawującymi bardzo chytrze kontrolę nad różnego rodzaju ruchami ekologicznymi, feministycznymi czy też pokojowymi, musi przede wszystkim zrozumieć, że ma do czynienia z nadzwyczaj agresywnym, podstępnym i niezwykle sprawnym w organizowaniu różnego rodzaju kampanii ruchem, który jednocześnie na wszelkie możliwe sposoby prowadzi agitację w społeczeństwie i ma za sobą olbrzymią armię najczęściej niedouczonych klakierów.

Kogo ma Pani na myśli?


- Proszę popatrzeć np. na cieszące się coraz większym zainteresowaniem fora internetowe, na których grasują całe rzesze dyskutantów zachowujących się jak samodzielni i niezależni wolontariusze ruchu ´68. Okazują się oni bardzo przydatni dla lewicowej nomenklatury. Niech się pan przyjrzy również bieżącym wydarzeniom w Niemczech i głośnej sprawie plagiatów prac doktorskich. Jak zwykle tłumy grzebią w doktoratach nielubianych polityków konserwatywnych, natomiast oszczędzają polityków "czerwonych" lub "zielonych". A przecież wiadomo, że doktoraty napisane przez lewicowców, nieważne, czy z dziedziny techniki, nauk przyrodniczych, czy też humanistycznych, zawierały najczęściej pieśni pochwalne na cześć komunizmu - pieśni, które każdy z tych autorów znał na pamięć.

Jaką dałaby Pani radę tym, którzy dostrzegają niszczycielską działalność ruchu ´68 i chcą z nim walczyć?


- Podczas dyskusji potrzebne są rozsądek i wysoka kultura polityczna. Kto chce przeciwstawić owej zastygłej i tępej strukturze władzy - która mimo tych cech przyciąga do siebie wszelkiej maści wesołków - jakąś nową ideę czy wizję, lub chce przynajmniej stworzyć szansę dla ich zaistnienia, musi posiadać wrodzony talent w dziedzinie public relations albo też dysponować ogromną wiedzą. Działalność środowisk prawicowych, które chciałyby walczyć z ruchem ´68 metodami rewolucyjnymi, nie jest satysfakcjonująca. Kręgów tych nie da się traktować serio. Służą one aktywistom pokolenia ´68 jedynie za pożywkę dla uprawianej przez nich tzw. krytyki społecznej. Tak więc do walki z ruchem ´68 nie wystarczy bardzo atrakcyjna idea. Jej orędownicy muszą być niesamowicie sprawnymi dyskutantami. Strategia kampanii prowadzonych przez lewicowych aktywistów polega na niszczeniu struktur i wyobrażeń na temat świata, dzięki którym owe struktury niegdyś zachowywały spójność. Zdeformowaniu uległy także idee politycznie inaczej ukierunkowanych partii. Spuścizna intelektualna ruchu ´68 - ujmując to żartobliwie - została splagiatowana przez CDU i FDP, niemieckie partie konserwatywne. Jest ona widoczna również w Kościele ewangelickim oraz w mniejszym stopniu w Kościele katolickim. Jeśli zatem ktoś rzeczywiście chce z nią skutecznie walczyć, musi być niezwykle odporny. Ruch ´68 jest niczym wirus o niespotykanych wprost możliwościach zarażania.

Dziękuję za rozmowę.

_______________________________

Bettina Roehl (ur. 21 września 1962 roku) mieszka w Hamburgu. W 2006 roku wydała w Niemczech książkę "So macht Kommunismus Spass!", która weszła do kanonu opracowań dotyczących historii lewicy w Republice Federalnej Niemiec. Jest to opowieść o rodzicach autorki: Ulrike Meinhof i Klausie Rainerze Roehlu, oraz wydawanym przez nich kultowym piśmie "Konkret". W 2008 roku ukazało się polskie tłumaczenie tej książki pt. "Zabawa w komunizm!", które wywołało ożywioną debatę poświęconą generacji ´68. W 2001 roku Roehl opublikowała zdjęcia oraz informacje na temat terrorystycznej przeszłości Joschki Fischera, ówczesnego ministra spraw zagranicznych i byłego aktywisty ruchu ´68. W ostatnich latach zabierała głos przede wszystkim w związku z bieżącymi kwestiami politycznymi, gospodarczymi i kulturalnymi. Wiele jej artykułów ukazało się w politycznym blogu w internetowym wydaniu dziennika "Die Welt" - "Sex, Macht und Politik Mainstream Report".

29.06.2011

St.Michalkiewicz-Co Polska ma z Unii? Wariant rozbiorowy.

Archiwizacja/Dokumentacja

Wariant rozbiorowy

Felieton    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    26 czerwca 2011
Rozpoczyna się polska prezydencja w UE. Przez pół roku będziemy faszerowani szczególnie intensywną propagandą unijną, która będzie starała się ukryć fakt, że coraz wyraźniej widać, iż Polska żadnej roli do odegrania w UE nie ma - poza dostarczaniem gotówki i rąk do pracy. Poniższy wywiad jest fragmentem książki „Michalkiewicz - wariant rozbiorowy” (dostępna w księgarni: http://sklep-niezalezna.pl/pl/p/Wariant-Rozbiorowy-Michalkiewicz-Sommer/472)
(Ze STANISŁAWEM MICHALKIEWICZEM rozmawia TOMASZ SOMMER)
Zacznijmy bardzo ogólnie. Jaka jest siła sprawcza polskich polityków w UE? Co oni mogą, a czego nie mogą?
Siła sprawcza polskich polityków w UE jest pochodną ciężaru gatunkowego Polski w UE. Jest on bardzo niewielki z uwagi na różne okoliczności, toteż i siła sprawcza polskich polityków w UE nie może być duża. Weźmy takiego charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka - niby jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, ale tak naprawdę to nie potrafił nawet zapobiec ocenzurowaniu wystawy na terenie Parlamentu w rocznicę katastrofy smoleńskiej, chociaż podobno faktem ocenzurowania był „wstrząśnięty”. Mechanizmy decyzyjne w UE nie dają Polsce, zwłaszcza po wprowadzeniu w życie traktatu lizbońskiego, specjalnych możliwości, toteż polscy politycy pełnią raczej rolę pasa transmisyjnego Komisji Europejskiej do Polski - tak samo jak związki zawodowe za komuny były transmisyjnym pasem polityki partii do szerokich mas pracowniczych.
Jednak z propagandy rządowej wynika, że polscy politycy w UE odnoszą same sukcesy. Odnosili je w kontaktach z UE Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, a Kazik Marcinkiewicz to nawet ciągle krzyczał „Yes, yes, yes”. Potem bardzo zadowoleni byli Lech i Jarosław Kaczyńscy, a teraz uszczęśliwiony nadzwyczajnym powodzeniem jest Donald Tusk. Czy te wszystkie sukcesy to blaga?
Oczywiście. Co Polska miała z tych sukcesów? Nie potrafię podać ani jednego przykładu, natomiast na pas transmisyjny - proszę bardzo! Komisja Europejska bombarduje Polskę dyrektywami w liczbie co najmniej jednej dziennie - które nasi mężykowie stanu przekuwają potem własnymi słowami na ustawy. To jest właśnie przyczyna owej biegunki legislacyjnej, o której na Kongresie Nowej Prawicy mówił pan Krzysztof Habich.
Jak wytłumaczyć fakt, że w Polsce przedstawiciele „bandy czworga” - jak określamy obecne partie parlamentarne - kłócą się zawzięcie o każdą, wydawałoby się najbłahszą sprawę, a jeśli chodzi o UE to stoją na stanowisku podziwu godnej zgody - nawet konstytucję zmieniają jednogłośnie, gdy trzeba, a wszystkie unijne ustawy przechodzą bez najmniejszego wahania i zastanowienia?
No właśnie tak - że są pasem transmisyjnym. Wprawdzie Jarosław Kaczyński w retoryce polemicznej z Donaldem Tuskiem czasami odsłania rąbek prawdy, mówiąc o „kondominium” rosyjsko niemieckim nad Polską - ale w sprawie Anschlussu mówi jednym głosem z Platformą, PSL i SLD. Widać skądś wie, że unio sceptycyzm jest największą zbrodnią przeciwko ludzkości, wobec której nie ma przebaczenia.
Bawiąc się w adwokata diabła, można by powiedzieć, że w sumie to nic dziwnego, bo wchodząc do ekskluzywnego klubu, nuworysze zwykle dość długo nie mają prawa głosu. Tylko się słuchają i cieszą z uczestnictwa.
Jest jednak różnica, że nuworysze w końcu przestają być nuworyszami i zaczynają zabierać głos, podczas gdy Polska została wciągnięta do UE w celu zoperowania jej pod kątem niemieckich oczekiwań. Nasze możliwości zatem nie zwiększają się z upływem czasu, tylko się zmniejszają.
Jednak w UE można działać co najmniej na dwóch zupełnie różnych poziomach. Poziom pierwszy jest systemowy - chodzi o ogólne pomysły ustrojowe. Nie widziałem z polskiej strony właściwie żadnego pomysłu, który wypłynąłby na ogólno unijnym gremium - może poza promowaniem przyjęcia Ukrainy. Poziom drugi to poziom bardziej partykularnych interesów. Tutaj też chyba przede wszystkim brakuje jakiejkolwiek strategii poza przyjmowaniem szmalu, które w sensie bilansowym być może jest po prostu dobrze ufryzowanym płaceniem szmalu. Może ta impotencja wynika nie tyle z braku możliwości, co z braku pomysłów?
Polska nie kształtuje ustroju UE - co było widać podczas prac nad traktatem konstytucyjnym. Przygotował go Walery Giscard d’Estaing z jakimiś swoimi masońskimi pomocnikami, zaś dla Polski i podobnych jej krajów tubylczych pozostawiono rolę cmokiera i klakiera. Przecież wszystko to nam się podobało, z wyjątkiem „Nicei albo śmierci” - o czym wykrzykiwał Jan Maria dwojga imion Rokita z sejmowej trybuny. Ale i to, przeciwko czemu protestował Jan Maria, nam się teraz podoba - skoro taki jest rozkaz. Jak już wspominałem, proszę zwrócić uwagę na przyjętą w traktacie lizbońskim zasadę lojalnej współpracy - zobowiązującą państwo członkowskie do powstrzymania się przed każdym działaniem, które mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów UE. To jest zasada przyznająca pełną suwerenność władzom UE, bo tylko one mogą miarodajnie ocenić, jakie działanie państwa członkowskiego mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów UE - niezależnie od zakresu przekazanych kompetencji. Jeśli chodzi o przyjęcie Ukrainy, to Polska na tamtym etapie realizowała linię amerykańskiej dywersji wobec strategicznych partnerów - za co prezydenta Kaczyńskiego zgodnie krytykowało i Stronnictwo Pruskie i Stronnictwo Ruskie - że „skłóca” Polskę z sąsiadami. Kiedy jednak USA wycofały się z forsowania czy udawania forsowania udziału Gruzji i Ukrainy w NATO, to i Polska dała sobie spokój - zwłaszcza że Niemcy stanowczo mówiły „nein”. A jeśli idzie o partykularne interesy, to są one realizowane, ale na poziomie poszczególnych osób: jeden zostanie komisarzem, drugi - przewodniczącym PE, trzeci dostanie trafikę w Brukseli, czwarty - prezesurę europejskiego towarzystwa wagonów sypialnych - i wystarczy. Przecież poza futrowaniem różnych Danut Hübnerowych i Róż Thun Polska z UE nie ma korzyści - biorąc pod uwagę składkę, jaką wpłaca. 11 mld złotych rocznie wystarczyłoby na zbudowanie 500 km autostrady.
Czy obecność tych osób rzeczywiście postrzega Pan jako jedno wielkie przekupstwo?
Ci, których znam, zawsze byli wrażliwi na takie argumenty - a cóż dopiero, gdy w grę weszły naprawdę duże pieniądze, dzięki którym za jedną kadencję można założyć nawet nową rodzinę? Któż z naszych gołodupców oprze się takiej pokusie? Przecież widzimy, jak się sprzedają za znacznie mniejsze pieniądze - i to w jakich podskokach!
W Unii Europejskiej istnieje, jak wiadomo, Parlament Europejski, którego kompetencje są dość ograniczone. W dodatku jego wielkość oraz wielonarodowość, nie wspominając już o przeprowadzkach, sprawiają, że w zasadzie jest dysfunkcjonalny. A może w rzeczywistości jest jednak w stu procentach sprawny, tyle że jego prawdziwa funkcja jest inna niż deklarowana? Może to parawan dla deficytu demokracji oraz oczywiście gigantyczna międzynarodowa łapówka służąca zaspokojeniu chciwości lokalnych kacyków?
Najlepiej określił Parlament Europejski nasz wspólny znajomy Władimir Bukowski - że to „obóz cygański” kursujący między Brukselą a Strasburgiem. On nie tylko nie ma żadnych ważnych kompetencji, ale - jak Pan wie - każdy mężyk stanu może tam przemawiać najdłużej dwie minuty. Cóż można powiedzieć w dwie minuty? Najwyżej „ch** w d*** komunistom”. A że parlamentarzyści się przed nami nadymają, to całkiem inna sprawa. PE jest takim demokratycznym kwiatkiem do biurokratycznego kożucha. Retoryka demokratyczna używana jest w UE aż do obrzydzenia - ale decyzje podejmują gremia rekrutowane na zasadzie kooptacji, o której decyduje dyrektoriat rzeczywiście kierujący całym interesem: Niemcy, Francja i Wlk. Brytania.
Formalnie w tym dyrektoriacie mamy polskich przedstawicieli. Są jacyś komisarze - teraz Janusz Lewandowski zajmuje się unijnymi finansami, co zresztą Unii nie najlepiej chyba wróży. Czy może jednak to też tylko pozór, a w rzeczywistości ci polscy przedstawiciele nie mają zbyt wiele do powiedzenia?
Janusz Lewandowski się czymś tam „zajmuje”. To zdaje się on wpadł na pomysł wprowadzenia unijnych podatków, które miałyby zastąpić składki wpłacane przez poszczególne państwa? Nie sądzę, żeby ten pomysł był zgodny z polskim interesem państwowy. Jeśli już, to z niemieckim - bo to Niemcy forsują regionalizację.
Właśnie - jak to właściwie jest? Polscy przedstawiciele w UE to są jeszcze ciągle polscy przedstawiciele czy już przedstawiciele unijni, nie związani narodowym interesem? U nas też jest przecież niby taki model przedstawicielstwa, że poseł nie jest związany interesem lokalnym?
Komisarz nie jest żadnym „polskim przedstawicielem” - nawet formalnie. Jest raczej przedstawicielem KE na Polskę. Podobnie europosłowie. Przecież zakazane jest tworzenie na terenie PE reprezentacji narodowych, a dozwolone tylko politycznych. Nie ma zatem żadnych „przedstawicieli”. Jeśli ci ludzie uważają się za jakichś przedstawicieli, to tylko biurokratycznej międzynarodówki wobec krajów swego pochodzenia.
Jak Pan ocenia pomysł tworzenia list ponadnarodowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Moim zdaniem, nikomu nie będzie się chciało iść na takie wybory, gdzie będzie miał głosować na ponadnarodową listę polityczną.
Te listy ponadnarodowe, podobnie jak unijne podatki, to tylko kolejne kroki na drodze do likwidacji państw członkowskich, przynajmniej niektórych, i zastąpienia ich „regionami”, które mogłyby pełnić również rolę „ponadnarodowych” okręgów wyborczych. Nikomu nie będzie chciało się chodzić na takie wybory - uważa Pan? No to niech nie chodzi! Wystarczy, jak pójdą kandydaci z rodzinami - i się wybiorą. Co to w końcu za różnica, ilu ludzi wybiera jakiegoś fagasa, który w Brukseli załatwi sobie swoje problemy socjalne?
Wspomniał Pan o problemie unijnego „prawa powielaczowego”, które chyba obecnie, w związku z tym, że powielaczy już nie ma, powinno się nazwać „prawem skanowanym”. Czy słyszał Pan o nowym pomyśle - żeby było zabawniej, posłów PiS, w dodatku uważających się za liberałów gospodarczych - znanym pod roboczym hasłem „prawo UE + 0”?
Nie, nie słyszałem - a co to takiego?
Otóż jeden z posłów PiS wpadł na genialny pomysł - by nie komplikować życia obywateli oczywiście - żeby parlament nie przyjmował poza unijnymi żadnych innych regulacji. W tym pomyśle jest rzeczywiście jakiś sens, choć poseł być może nie zwrócił uwagi na to, że w takim razie powinniśmy wybierać do parlamentu już tylko tłumaczy. Co Pan sądzi o takim pomyśle?
No cóż, myślę, że to było szczere. Po cóż posłowie mają sobie „myśleniem zbytniem głowy psować” - jak pisał nasz Jan Kochanowski? Rzeczywiście - tłumacz by wystarczył. To pewnie dlatego Jarosław Kaczyński radził Zbigniewowi Ziobrze, by uczył się angielskiego.
Podobno w najbliższym czasie ma zostać zmieniona konstytucja, do której ma zostać dołączony zapis, z którego wynika, że w gruncie rzeczy konstytucją będzie to, co przychodzi z UE. Czy to nie jest zbyt bezczelna zabawa prawem i wszystkimi pojęciami związanymi z państwem, którymi faszeruje się ludzi?
Drogi Panie Tomaszu! Przecież właśnie o to chodzi. Środki ostrożności, jakie podjęte zostały w traktacie lizbońskim, skierowane są tylko na to, by narodów europejskich niepotrzebnie nie płoszyć, ale w perspektywie konstytucją będzie traktat lizboński - może z wyjątkiem państw tworzących dyrektoriat, które zachowają fundamenty własnej państwowości. To nawet może być dobry test - które kraje członkowskie zmieniają swoje konstytucje i w jakim kierunku. Proszę zwrócić uwagę, że nowa węgierska konstytucja nie spodobała się Komisji Europejskiej. Znaczy: poszła pod zatwierdzony prąd.
Wszystkie partie, w tym PiS, ogłosiły, że poprą tę zmianę, która de facto oznacza likwidację polskiej konstytucji. Czy oznacza to, że spośród tzw. nowych członków polscy politycy są najbardziej zdecydowani, by jak najszybciej zlikwidować atrybuty niezależności?
Jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”. Przecież większość polityków PiS, podobnie jak PO, PSL i SLD, poparła w 2003 roku Anschluss, a 1 kwietnia 2008 roku głosowała za upoważnieniem prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Brak między nimi sporu w sprawach zasadniczych jest właśnie przyczyną takiego zajadłego jazgotu w kwestiach z punktu widzenia egzystencji państwa drugorzędnych albo w ogóle pozbawionych znaczenia. No bo jakie znaczenie dla egzystencji państwa ma sprawa pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej - i to w dodatku hurtem, że niby wszyscy byli niezwykle zasłużeni i w ogóle. I wokół takich spraw gotowi są rozhuśtywać emocjonalnie swoich zwolenników i przeciwników, podczas gdy o sprawach z punktu widzenia egzystencji państwa naprawdę ważnych - cyt!
Konkludując: doszliśmy do wniosku, że polscy uniokraci w zasadzie pozbawieni są jakichkolwiek kompetencji, nic samodzielnie nie mogą postanowić, a ich jedyny całościowy pomysł to zarzucenie jakiejkolwiek aktywności i przyjmowanie bez zastanawiania się unijnego prawa. Udział Polski we władzach UE to fikcja, tym bardziej że z uwagi na deficyt demokracji i nieprzejrzystość tych struktur, trudno do końca się zorientować, kto właściwie tam rządzi. O samych Polakach w UE wypowiedzieliśmy się skrajnie negatywnie, pomawiając ich w gruncie rzeczy o sprzedawczykostwo połączone z pieczeniarstwem. Czy ten obraz nie jest jednak malowany w zbyt czarnych barwach? Może jakieś pozytywy tej naszej obecności w UE i postawy polskich polityków w UE da się jednak wskazać?
Ja nie potrafię i szczerze mówiąc, nie mam specjalnie ochoty podejmować się tego zadania. Bo cóż z tego, że w Sodomie i Gomorze znalazłbym jednego czy dwóch sprawiedliwych? Czy to cokolwiek zmienia? A pozytywów polskiej obecności w UE nie widzę, bo UE wcale nie zamierza położyć kresu kapitalizmowi kompradorskiemu w Polsce - od czego trzeba by zacząć wszelkie działania reformatorskie. Gdzież zatem miałbym wskazać ten pożytek? Układ z Schengen, polegający na otwarciu granic, mógłby funkcjonować i bez Unii, podobnie jak jednolity obszar celny - więc to, co jest dobre, nie jest organicznie związane z Unią.
Stanisław Michalkiewicz


http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2102

20.05.2011

Smoleńsk - nie dajmy zginąć poległym

 „Trzeba przyznać,żniedocenialiśmy rodzimych zbrodniarzy, koronkowa robota -z jednej strony: cyrk w Smolensku i kpiny naOkęciu - rzucone dla ogłupienia ludu
z drugiej strony: zapakowanie Delegacji do 2
autobusówi wywiezienie w niewiadome miejsce, przy jednoczesnym starcie pustego samolotu zOkęcia-też dla ogłupienia luduPrzerażajac ezaangażowanie intelektualne w przygotowaniu i wykonaniu tego mordu
a
ż nieprawdopodobne,że w Polsce są ludzie do tego zdolni
zdolni do zimnego zaprojektowania zamachu stanu na 
zamówienie
zapewne 
młodzi,wykształceni dużychmiast
gdzie oni si
ę tego nauczyli ?
czy w Polsce jest jaka
ś szkoła morderców?
czy 
może studiowali gdzieś za granicą?
Polacy ? morduj
ą innych Polaków?Czy jest to możliwe?“ -
-napisał jeden z blogerówSalonu24.plna blogu FYMa dziś, w dn20 maja o godz.9:32(link tutaj)

Słowa te odnoszą się do opierającej się na dedukcji oraz kilku faktach roboczej hipotezy, że Delegacja Katyńska wystartowała nie z Okęcia, lecz z leżącego nieopodal lotniska Bemowo. Tzn. może wystarowała, a może nie, albo nie cała.
Zastanowiły mnie te pytania, bo ich autor chyba wie, w jakim kraju żyje. Chciałby jednak – jak wszyscy normalni ludzie - myśleć dobrze o swoich współrodakach. To jest przecież conditio sine qua non zdrowego umysłu. „Szanuj bliźniego swego, jak siebie samego”.
Przebija z nich jednak rozpacz i bezsilność.
Niecałe trzy miesiące temu, 1 marca obchodzono w Polsce po raz pierwszy Dzień Wyklętych Żołnierzy (uwaga! „Dzień żołnierzy wyklętych” to rusycyzm!) Do 1956 zginęło ich – najlepszych synów Polski skazanych wyrokami rozmaitych Stefanów Michników co najmniej 5 tysięcy. Cytuję z wpisu blogera „Beton” (link tutaj):

"...W całkowicie beznadziejnej sytuacji, przy obojętności świata, żołnierze wyklęci prowadzili walkę z sowieckim okupantem i rodzimymi kolaborantami. Walczyli z komunistami w obronie naszej wiary, niepodległości i tradycji. We wrześniu 1945 roku, kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”, dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego napisał; (…) „Dziś, gdy byle męt społeczny jest oficerem, a im większa szuja, tym dość często wyższą otrzymuje rangę, najwyższym odznaczeniem jest przeświadczenie, że jest się człowiekiem zasad i honoru, wiernym synem Ojczyzny”.
Trzeba mówić o nich i wspominać, aby starsi nie zapomnieli, a młodzi pamiętali, że byli tacy żołnierze w tamtych czasach, którzy walczyli o wolną Polskę, a przecież aparat propagandowy PRL przez prawie pół wieku świadomie i celowo starał się zohydzić uczestników ruchów niepodległościowych przed społeczeństwem, przypisując im wszystkie zbrodnie, przedstawiając ich jako rabusiów, wykolejeńców, którzy mordują kobiety i dzieci 
Na mocy wyroków sądowych w Polsce Ludowej do 1956 roku, zostało zamordowanych ok.5000 żołnierzy podziemia, lecz wielokrotnie wyższa, trudna do oszacowania jest liczba zamordowanych bez wyroków sądów, chowanych potajemnie w lasach, na polach i w innych miejscach. Ponad 100.000 żołnierzy przeszło przez komunistyczne wiezienia, około 100.000 przeszło przez obozy pracy, a ilu zginęło w sowieckich łagrach, a ilu wywieziono w niewiadomym do dziś kierunku i wszelki ślad po nich zaginął. Taki był bilans wolności i demokracji przyniesionej do Polski na ostrzach sowieckich bagnetów.
Komuniści dobrze wiedzieli, że ofiara ze swojego życia, jaką złożyli żołnierze wyklęci, nie pójdzie w zapomnienie, wiedzieli, że powstanie w przyszłości mit, z którego nowe pokolenia Polaków będą czerpały siłę do walki z komuną. Wiec używali wszystkich możliwych chwytów, fizycznej eksterminacji, ale i propagandy, aby unicestwić ich moralnie. Za cenę korzyści materialnych, sławy czy dostępu do stanowisk pomagali im w tym pisarze, historycy, ludzie kina, dziennikarze, a nawet niektórzy działacze niedawnej, tzw. „opozycji demokratycznej” i związani z nimi historycy, którzy kiedyś i jeszcze teraz nie potrafią wyjść poza oficjalne wtedy schematy, nazywając kiedyś i teraz żołnierzy podziemia „bandami”. W marcu 1946 roku mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” (AK) napisał:
(…) „Nie jesteśmy żadną bandą tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. My chcemy, by Polska rządzona była przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć i życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

Nie wolno nam nigdy zapomnieć tysięcy żołnierzy podziemia zbrojnego, działaczy stronnictw politycznych Polski Podziemnej i aktywnych, uczciwych ludzi mających odwagę myśleć i mówić prawdę – mordowanych, osadzanych w więzieniach i łagrach sowieckich, skazywanych przez sądy sowieckie, lub sędziów i katów w mundurach Ludowego Wojska Polskiego, którzy do dnia dzisiejszego nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, część z nich żyje i mieszka obok nas, spokojnie dożywając „pogodnej jesieni życia” na wysokich, „zasłużonych” emeryturach.
Wspomnijmy więc tych Żołnierzy Wyklętych z ugrupowań : ARMII KRAJOWEJ, NARODOWEGO ZJEDNOCZENIA WOJSKOWEGO, Zrzeszenia WOLNOŚĆ i NIEZAWISŁOŚĆ, NARODOWYCH SIŁ ZBROJNYCH, KONSPIRACYJNEGO WOJSKA POLSKIEGO, 5 i 6–tej BRYGADY WILEŃSKIEJ ARMII KRAJOWEJ i innych organizacji, oraz grup podziemia niepodległościowego. ..."
"Nie dajmy zginąć poległym"Z. Herbert

Być może ten długi cytat uświadomił komuś, kto te słowa z uwagą przeczytał, że to jest nadal ta sama wojna. To jest ten sam front i krew leje się nieprzerwanie od 17 września 1939 roku. Raz więcej, raz mniej. A jeśli idzie o szkoły morderców- tak, są także szkoły morderców. I przedszkola. I wyższe szkoły morderców. Po to, aby Polacy mogli mordować Polaków. A co najmniej ich wyniszczać, pomiatać nimi, wyśmiewać, gardzić i opluwać.
Nie dajmy zginąć Poległym 10 Kwietnia 2010- gdziekolwiek oni polegli.