Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

31.12.2011

Paplanie z Bogiem


Paplanie z Bogiem


Na Początku było Słowo – po aramejskubabb-ili- „Brama Boga” . Kiedy Brama Boga otwarła swoje podwoje – stał się świat. Odtąd przez Bramę wdzierają się nieprzerwanie dalsze Słowa i tak nieprzerwanie staje się świat i światem jest każde słowo.
- Przekonaj się – powiedział Bóg, jakby dostrzegł ślad wątpliwości w moich oczach i wyjął z kieszeni trzy pisaki. Jeden z niebieskim, jeden z czerwonym i jeden z zielonym tuszem. - Zatocz okrąg wokół każdego napisanego tu słowa. Mówiąc to Bóg własnoręcznie narysował kółka wokół każdego słowa - Widzisz je teraz osobno, jak osobne planety. Zobacz - każde ma swoje wnętrze, swoją powierzchnię, z której wyrastają asocjacje i konotacje, każde ma swoją atmosferę i stratosferę. Każde ma swoje Słońce i swoje Księżyce.
Przyglądam się słowom zamkniętym w bańkach własnych światów. Niektóre Bóg zakreślił na czerwono, inne na zielono. Dlaczego je tak porozróżniał, skoro nie można obyć się bez żadnego z nich? Wyczuwam w tym geście znaną mi skądinąd chęć podporządkowywania, strukturyzowania, katalogizowania. A może jestem przeczulona?
Z Bogiem rozmawiamy na początku po angielsku i niezauważenie przechodzimy na niemiecki. – Jaki język znasz lepiej niż angielski? –dopytuje się Bóg dyplomatycznie. Polskiego nie zna. Ale zna trochę rosyjski, odkąd mieszka u niego kątem sześćdziesięcioletnia Natasza z Petersburga, która w zamian za dach nad głową od pół roku karmi go i opiera. Natasza nie zna żadnych obcych języków. Przyniosło ją aż tutaj za chlebem. Bóg nie ma chwilowo lepszego wyjścia, jak uczyć się rosyjskiego i popisuje się teraz tą nikłą znajomością przede mną, tutaj, na Plaza de la Encarnación w Madrycie.
Bóg ma –jak na Boga przystało – długie białe włosy, sięgającą pasa białą brodę i długie białe wąsy. Pogodne, niebieskie, wesołe oczy małego chłopca, który stroi sobie żarty z dorosłych otacza siatka zmarszczek. Ubrany jest w cienkie białe spodnie i różową koszulę, którą kupiła mu Natasza. „Kochajcie mnie” – mówi za pośrednictwem tego różowego koloru do przechodniów. Nie potrafię rozpoznać, czy język ojczysty Boga to angielski czy niemiecki. A może holenderski?
Bóg jest chyba ostatnim z gatunku Dzieci-Kwiatów, które wędrowały niegdyś w sandałach po Ziemi nie produkując, nie niszcząc, nie brudząc się pieniędzmi, lecz czyniąc Miłość. „Przykazanie nowe daję wam – powiedział ustami swojego Syna podczas Ostatniej Wieczerzy – Abyście się wzajemnie miłowali” . Tak przynajmniej podaje Jan. Do tego nie trzeba wielu słów. Dlatego pytanie o narodowość Bóg odbiera jako podwójny afront. –My nie mamy narodowości – twierdzi używając dobitnie formy pluralis majestatis - a język potrzebny nam jest tylko po to , żeby się z wami porozumieć. Obojętnie jaki.
Rozmawiamy z Bogiem o języku w kilku językach popijając czerwone wino z Valdepeñas, które przyniósł nam na tacy kelner. – Skąd jesteś?- spytał go Bóg zaciekawiony jego akcentem. –Z Meksyku – uśmiechnął się kelner kasując ode mnie natychmiast należność. Nie wzbudziliśmy oboje jego zaufania. Bóg dał mi już wcześniej do zrozumienia, że brzydzi się pieniędzmi. Wspominam, że właśnie zaledwie trzy godziny temu przemierzałam Valdepeñas. Pod powiekami zachowałam jeszcze zdumiewająco żywe kolory tej ziemi i przyrzekłam sobie tam wrócić. Bóg na to, że przewędrował Valdepeñas już szmat czasu temu. Oboje rozkoszujemy się teraz esencją żelazistych ziem Valdepeñas. Naszą oszczędną wymianę zdań wzbogaconą długimi pasażami milczenia urozmaicają dwie artystki grające na flecie i na gitarze. Kiedy podchodzą do nas po datek Bóg podnosi się z krzesła i ignorując ich nadstawiony po drobne miedziany kubeczek długo i wylewnie dziękuje im za koncert. Jego hiszpański jest bez zarzutu. Słowa są dobrane starannie i trafiają w sedno. Zdania – na szczęście dla mnie – są proste i przejrzyste. Takim samym tonem mówi do mnie, a ja odpowiadam. Rzeczywiście odpowiadam. W tej samej chwili zastanawiam się, w jakim języku właściwie rozmawiamy. –Powtarzam ci, to obojętne - odpowiada moim myślom na głos Bóg. - Najważniejsze, że rozmawiamy, bo mamy sobie coś do powiedzenia. Mowa znaczy więcej niż język.

Smiejemy się oboje z oczywistości tego twierdzenia. Smiejemy się, bo wiemy, że porozumiewamy się nie tylko słowami. Nawet nie przede wszystkim. Rozmawiają nasze oczy, w których mieści się całe doświadczenie piśmiennej i niepiśmiennej ludzkości. Nasze, oraz naszych rodziców, przyjaciół, kochanków, a także bohaterów literackich i filmowych, których losy taszczymy w naszej pamięci i w naszych uwarunkowaniach jak gigantyczny garb, który raz nas podrywa do lotu, a innym razem zatrzymuje w miejscu, albo znowu każe się chować w mysią dziurę ze strachu. Rozmawiają nasze pauzy, nasze westchnienia, nasze niedomówienia; głowy, które obracają się w czasie rozmowy na wszystkie strony, kiwają, odchylają się , kręcą na znak przeczenia; rozmawiają nasze ramiona, kiedy to się ku sobie pochylają, to cofają się w głąb oparcia wiklinowych krzeseł; nasze ręce, które to podnoszą kieliszek, to pióro, to znów dotykają się nawzajem, tak, jakby chciały podnieść wagę wypowiadanej właśnie kwestii przenosząc ją także dotykiem.

Nie wiem, czy dla kogoś, kto może przygląda nam się z boku jest to rozmowa ożywiona, czy raczej ospała wymiana równoważników zdań. I Bóg i ja mamy poczucie, że poruszamy najważniejsze kwestie, że tak samo pojmujemy sens i bezsens świata , jego komiczną powagę, jego dostojne piękno i dramat wykolejonej cywilizacji. Podróżujemy w naszej rozmowie przez kontynenty i systemy słoneczne i odnoszę wrażenie, że jeszcze jeden taki wieczór z Bogiem na Plaza de la Encarnación, a uda mi się objechać dokoła kulę mojego mózgu i jego płaty scalą się wreszcie tak, jak niegdyś kontynenty kuli ziemskiej stopione były w jedną logiczną całość. Jestem pewna, że wtedy mogłabym mówić bez wysiłku we wszystkich językach świata, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ucho i zatrzymały się niepewnie w jakimś fiordzie mojej mózgownicy. Nic przecież nie ginie w przyrodzie. Dlaczego miałoby cokolwiek ginąć w moim mózgu? Nie, z pewnością jest tam wszystko, co zobaczyłam, przeżyłam, usłyszałam i przeczytałam. Wszystkie obce słowa, wszystkie reguły gramatyczne, wszystkie wariacje stylistyczne, wymieszane (albo i nie) z oszalałymi kolorami jesieni, albo z porywającymi zapachami wiosny. Chaos, entropia, rozpad , by wreszcie mogło zakiełkować ziarno zrozumienia. Moja własna mikro-Akasha.
Rozmawiamy z Bogiem o języku i zdumiewam się w myślach, jak dalece nieważna staje się dla mnie wymowa, jak nie myślę o gramatyce i - co gorsza – zupełnie nie uświadamiam sobie niewątpliwego przecież wysiłku, jakim zawsze pozostaje posługiwanie się obcym językiem. Nie odczuwam bólu skrępowania czy choćby tylko ograniczenia, które tyle razy odbierały mi przekonanie co do ważności tego, co chciałam powiedzieć i nakazywały przerwać wypowiadaną kwestię w połowie. „Ty na pewno masz coś przeciwko niemieckiemu!” – to stwierdzenie wypowiadane raz jako wyrzut, raz jako konstatacja powtarzało się wielokroć podczas moich pierwszych lat spędzonych w Niemczech. Mówiono - „masz coś przeciwko językowi”, a myślano – „ masz coś przeciwko nam”. Czemu miałabym nie mieć? Prawie cały świat ma coś przeciwko nim. A ja mam do tego przynajmniej tyle samo powodów, co przeciętny Polak i statystyczny Zyd ze wschodniej Europy. Pomimo to, a raczej właśnie z tego powodu – próbuję poznać ten język. Raz jest to twarde i lodowate doświadczenie miejskiej ślizgawki, innym razem zielona słoneczna łąka.
I nigdy nie wiadomo, co to będzie, w co obróci się mój wysiłek wyrażenia tego, co pomyślała głowa. Zadrwi ze mnie czy wynagrodzi mnie nieoczekiwanie? Dlatego muszę go traktować z respektem. Pokochać go się nie da. Zeby pokochać język, trzeba kochać ludzi, którzy nim mówią, ale nie da się kogoś kochać, kto nas nie kocha – tłumaczę Bogu na Plaza de la Encarnación późnym wieczorem w Madrycie, a on kiwa głową ze zrozumieniem. Nie muszę zaraz kochać, ale mogę się zaprzyjaźnić, zauważa. To już więcej niż respekt. Co też próbuję , z całych sił. Moje próby wielokroć zawodzą, bo przyjaźń to też jest partnerski układ, a w tym kraju dla nikogo nie jestem partnerem. Po pierwsze i po ostatnie dlatego, że nie mówię dobrze po niemiecku. Niemieckość polega na Języku. Z niego się narodziła i w gruncie rzeczy tylko nim jest Niemieckość – czyli Wyższość : Językiem właśnie. Hildegard von Bingen twierdziła, że Adam i Ewa mówili w Raju po teutońsku. Oświecona i wielebna wiedziała lepiej, niż ktokolwiek inny, a już o niebo lepiej, niż jakikolwiek cudzoziemiec, w jakim języku rozmawiali Pierwsi Rodzice. Czy się nawzajem rozumieli, to już odrębna kwestia. Dzięki temu twierdzeniu , które mnie zrazu rozśmieszyło prawie do łez pojęłam nagle źródła niemieckiej dumy narodowej. Naród to język. On ich zjednoczył. Nie żadne granice i traktaty, lecz język. Język to jest Hochburg niemieckości- tłumaczę Bogu, o którym nie wiem, czy nie urodził się Niemcem. Za często mówi o Hamburgu. Wiele razy podczas moich długich lat w Niemczech przekonywałam się, że wyrobnicy języka, jego rzemieślnicy , a tym bardziej jego jubilerzy wcale nie pragną, by obcokrajowcy posiedli go w podobnym stopniu, co oni. Oni wypili ten język z mlekiem matki. Nauczyć się go – twierdzą, nie może nikt obcy do końca. Tak, jak nikt nie mógł przedrzeć się przez Chiński Mur. Teoretycznie. Wiemy już skądinąd, że nie ma niezdobytych murów.
Tak więc w pocie czoła boruję dziury w Chińskim Murze teutońskiego języka cierpiąc przy tym na ciele i duszy. Cierpię, że nie mogę w y p o w i e d z i e ć w tym języku tego wszystkiego, co myślę. Cierpię zatem na zakłócenia duchowego krążenia. Słowa nie są zaopatrywane przez myśli w świeży tlen. Cierpię na permanentny skurcz języka, który musi układać się w ustach tak, jakby było mu tam wciąż za ciasno. Jestem niczym innym, jak inwalidą duchowym. I gdy słyszą wszystkie w błędnych formach gramatycznych błędnie przeze mnie wypowiadane, błędnie akcentowane słowa – traktują mnie jak inwalidę. Jestem kimś w rodzaju ślepca i w tym kraju powinnam nosić na lewym przedramieniu żółtą opaskę z trzema czarnymi punktami. Tak, jak niewidomi. Każdy powinien móc rozpoznać z daleka: patrzcie! oto nadciąga ta inwalidka, która nie potrafi się wypowiedzieć, a więc tym samym MNIEJ JEST. Każdy powinien mieć możliwość zejść mi z drogi na czas, uciec. Bo a nuż – nie pojmę, nie zrozumiem, przeszkodzę, zawadzę, jak cegła, która wypadła z Wieży Babel i leży teraz na drodze bez przynależności i bez celu. Przeszkadza.
Na codzień mówię w trzech językach – podobnie jak Bóg. Czy to znaczy, że mówię o dwie trzecie mniej w każdym języku, aniżeli byłoby mi to przeznaczone, gdybym miała tylko jedną mowę ojczystą? A może mówię więcej niż ci, którzy posługują się tylko jednym językiem? Tracę? Czy zyskuję? Każdy język ma swoje ograniczenia. Gdyby nie ta codzienna mozolna praktyka nigdy bym pewnie tego nie zauważyła. Każdy kultura ma swoje ramy. Poza nimi zaczyna się już inna kultura – zawsze w innym języku. Przekraczając ramy nie zawsze można rozpoznać, co to za kultura i w jakim akurat wyraża się języku. „Co to za język ?” –pytam siebie w myśli patrząc na czarne obrazy Goi w Prado. „Co to za język?” –pytam siebie w myśli słuchając Erica Satie. „Co to za język?” – zdumiewam się słuchając robotników w podmiejskim autobusie o 5 rano jadących do pracy w warszawskiej hucie. „Co to za język?” zastanawiam się oglądając rozkwitające na ekranie komputera fraktale. Cierpię, że nie osiągam finezji w niemieckim i angielskim, której wymagają lata edukacji i polerowania. Zimny pot występuje mi na czoło ze strachu, że gubię tę finezję w polskim. W marach sennych tracę czucie, tracę wzrok, tracę węch, tracę mowę. Jednocześnie coraz intensywniej rozróżniam pojedyncze słowa i zachwycam się nimi, jak egzotycznymi roślinami w Ogrodzie Botanicznym. „To drzewo pachnie w grudniu jak świeże ciasto drożdżowe!” I już jestem w bańce Bożonarodzeniowej, i już mam za sobą dwa tysiące lat chrześcijaństwa i pięć wieków obchodzenia grudniowych świąt i moje dzieciństwo, zaczyn ciasta: mąka, tłuszcz i cukier, jego powolne wyrabianie, cud rośnięcia w dzieży , widzę babcię i mamę w kuchni, jak się krzątają czerwone od ciepła buchającego z piekarnika, widzę jak moje dziecięce zdumienia, moje zaciekawienia, moja radość z tego intensywnego dziania się czyni je czarodziejkami.
Zataczam okręgi wokół słów i wodzę myślą jak palcem po ich skomplikowanych wzorach, jak po powikłanych liniach arabesek w Pałacu Nasredów w Alhambrze. Co mnie coraz bardziej zajmuje, to ich wartość, ich waga, ich masa. Całe ich znaczenie. Dlaczego wypowiedział lub wypowiedziała to słowo? Co chce mi tym słowem przekazać ukrywając tak skrzętnie swoje uczucia? Ile irytacji wkłada w te uprzejme – zdawałoby się – formułki? Ile złości? Ile obojętności? Inflacja słowa.
W tym momencie Bóg i ja kiwamy tylko głowami w milczeniu. Od początku ludzkości nigdy nie produkowano takiej ilości słów, jaka powstaje dzisiaj. Sześć miliardów mówiących, krzyczących i śpiewających ludzi zwielokrotnione przez echo gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, kin i telefonów. Rozgadany, pulsujący słowem świat. Hałas tej paplaniny musi wypełniać Wszechświat i Bóg chowa się w sobie, tak, jak ja kurczę się i chowam w sobie, kiedy w metrze siądzie koło mnie ktoś ze słuchawkami w uszach, z których wylewa się łomot perkusji.
Nasza wykolejona cywilizacja to nie przede wszystkim nowe technologie, za pomocą których otwieramy na naszą własną zgubę kolejne Puszki Pandory. Wykolejanie naszej cywilizacji zaczęło się od inflacji słowa. To, czym było słowo w kulturach pierwotnych, a więc formą Życia, pełną symbolicznego znaczenia jednością duchową między Ziemią i Kosmosem, zaczynem Materii - tym przestało być Słowo produkowane od czasu Gutenberga.
- I znowu Niemiec jest sprawcą totalitarnego zniszczenia świata, tamtego świata, sprzed Gutenberga –śmieję się patrząc Bogu w oczy. Obrazi się ? Poczuje się dotknięty? Słowa stały się puste. Nadużywane, straciły swoją duchową pojemność, swoją sprawczą moc, swoje konotacje, swoje korzenie, swoje Słońca i Księżyce. Im częściej używane są do wyrażania kłamstwa, tym bardziej blakną, spełzają –żałosne strzępy dawnych znaczeń. Trzeba ich więcej i więcej, żeby przykryć strzępami strzępy. W erzefast food produkujemy miliardy ton niezdrowego pożywienia dla naszych ciał i biliony, tryliony pozbawionych jakichkolwiek znaczeń słów, które zalegają nasze głowy i zatruwają dusze. I nie jesteśmy syci. Jesteśmy głodni specjalnych słów, które mają być jak egzotyczne przyprawy.
Bóg opowiada mi, że spędził pięć lat w hinduskim więzieniu, w śmierdzącej ekskrementami i pleśnią norze. Codziennie po kilka razy powtarzał na głos zdanie – „ To jest najpiękniejsze miejsce na świecie” . Bili go za to współwięźniowie i strażnicy. Pisał to zdanie na ścianie, a oni je zamalowywali. -- To słowa stwarzają światy – powiedział Bóg dobitnie, jakby dawał mi Dwunaste Przykazanie – Dlatego wolno nam wypowiadać i pisać tylko te słowa, których potrzebujemy i które czujemy. – Zaprawdę powiadamy ci, to słowa stwarzają światy – powtórzył jeszcze dwukrotnie, by przypieczętować wagę tego twierdzenia.
W oknach nad naszymi głowami gasły powoli światła zapowiadając moment, w którym słowo i gest stają się ciałem. Już za kilka minut w marzeniach sennych będą, jak co noc, pojawiać się światy, do których opisu ludzie po przebudzeniu szukać bedą odpowiednich słów. "Babb- babb-a" - opisują świat wszystkie niemowlęta w identycznej mowie. "Gaworzą" - mówimy i uczymy je właściwych określeń: "Nie babb-a , tylko mama, nie babb-ta tylko tata, nie babb-a, tylko babcia".
Rozstawaliśmy się z Bogiem bez słów. Angielskich, niemieckich, hiszpańskich, rosyjskich i polskich. Wypełniało nas ciepło wzajemnego zrozumienia, które wymieniliśmy krótkim uściskiem. Opuszczając Plaza de la Encarnación nie mogłam pozbyć się uczucia, że odkryłam istotę Grzechu Pierworodnego. Spożycie Owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego popchnęło Adama do samodzielnego nazywania rzeczy. Ukradł Bogu jego boskie kompetencje i zaczął Akt Tworzenia według własnego widzimisię.A mówił podobno po teutońsku.


 

Berlin-Madryt, październik 2000


18.12.2011

Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia! Precz z "season's greetings"!


Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia! Precz z "season's greetings"!

 Trzecia niedziela Adwentu przypomina o tym, że czas przedświątecznej krzątaniny zaczyna pędzić szybciej. Za szybko. Za tydzień Swieta Bozego Narodzenia. Skrzynki emailowe wypełniają się życzeniami od przyjaciół, firm i instytucji. (Tragedia elektronicznego savoir-viwru to życzenia wysłane „z rozdzielnika“ - te same, standardowe, byle jakie, wysłane do kilkunastu osób jednoczesnie.) Listonosz zaczyna przynosić codziennie świąteczne kartki. Nie wolno już zwlekać- najwyższy czas, aby samemu usiąść i wreszcie spełnić kartkowy obowiązek. Może w tym roku zdążę?

Wsród otrzymanych via internet czy też pocztą ślimaczą coraz częściej zdarzają sią tzw. : Season's Greetings“. Do niedawna takie życzenia przychodziły – nie nie, nie z ZSRR, tylko z neo-ZSRR czyli Stanów Zjednoczonych. W tym roku po raz pierwszy „Seasons's greetings“ otrzymałam z Polski. Sezonowe pozdrowienia. Co za przykrość! W USA i Wielkiej Brytanii od lat w adwencie prowadzony jest zmasowany atak przeciwko chrześcijaństwu i jego najatrakcyjniejszemu swietu. W „Rzepie“ przeczytałam właśnie, jak to znowu, jak co roku przed świętami, wybuchł spór o miejsce Bożego Narodzenia w życiu publicznym
Cytuję: „Tym razem kontrowersje na cały kraj wywołała szkoła podstawowa w miasteczku Paragould w stanie Arkansas, gdzie na ścianach zawisła wycinanka przedstawiająca narodzenie Jezusa.
Zrobiona przez dzieci scenka, pod którą znalazł się napis: "Happy Birthday, Jesus", przyciągnęła uwagę aktywistów lokalnego oddziału ACLU (Amerykańskiej Unii na rzecz Swobód Obywatelskich), organizacji tropiącej przejawy łamania konstytucyjnej zasady rozdziału Kościoła od państwa. Według nich wystawienie żłóbka obraża niewierzących i niechrześcijan. – To złamanie pierwszej poprawki do konstytucji, która mówi, że nie można obrażać mniejszości i należy chronić jej prawo do wyznawania jakiejkolwiek religii, niezależnie jak mała miałaby być ta mniejszość – mówiła lokalnej telewizji Rita Sklar, szefowa ACLU w Arkansas.
Po proteście organizacji Jerry Noble, kurator oświaty dystryktu szkolnego Paragould, nakazał zdjęcie wycinanki, nie chcąc narażać szkoły na kosztowne procesy. Ale kiedy zaprotestowali mieszkańcy, a grupa prawników zaoferowała wsparcie w razie ewentualnego procesu, Noble, zdeklarowany chrześcijanin, szybko zmienił decyzję. – Obraziliśmy dużo więcej ludzi tym, że zdjęliśmy wystawę, niż tym, że ją powiesiliśmy. W końcu to są urodziny Jezusa. Nikt nie powinien być urażony taką sceną – mówił w telewizji Fox News Noble.“
Chrześcijanie w USA budzą się, organizują się  i przechodzą do kontrataku. Katolicka Polska znajduje się znowu daleko za Murzynami. Dlatego zamieszczam poniżej adwentowo-świąteczną piosenkę-program walki o nieograniczone żadnymi politycznie zafałszowanymi „poprawnymi“ konwenansami prawa do naszego chrześcijańskiego święta. Nie porzucajmy go na żer „świątyń handlu“, a jeśli już wchodzimy do sklepu, to tylko takiego, gdzie życzy się klientom „Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia“, a nie żadnych głupkowatych „Season's Greetings“. Wbrew pozorom nie jest to temat stricte religijny, tylko jak najbardziej polityczny. Bo Chrystus nam się znowu rodzi. Alleluja!
Wszystkim moim Czytelnikom życzę Wesołych Swiąt Bożego Narodzenia!

Rozpowszechnianie piosenki mile widziane! ;-) Skomponowanie własnej, polskiej - jeszcze bardziej pożądane!

6.12.2011

Szaleństwo włosko-niemieckie: Bugatti L'Or Blanc


To lubię! Luksusowe szaleństwo najwyższego stopnia w czasach kryzysowego dołowania! Hopla, jeszcze żyjemy!
I kto by się spodziewał? Włosi? Wiadomo! Ale Niemcy? Tymczasem ten cud powstał dzięki zjednoczonym siłom włosko-niemieckim i to w zupełnie odwrotnej kolejności ról, aniżelibyśmy myśleli: oto włoska myśl inżynierska i niemiecki design. Politycy się kłócą, a fachowcy współpracują. 

Fani wiedzą już od listopada, kiedy go odsłonięto, niektórzy od lipca tego roku, kiedy go ukończono – Mesdames et messieurs – et voilà! Bugatti L’Or Blanc – Bugatti Białe Złoto! Dzieło sztuki, które rozwija szybkość ponad 400 km/h zaprojektowane na bazie legendarnego modelu Veyron przez projektanta firmy Bugatti Achima Anscheidta. Cała karoseria, także częściowo w środku, wykonana jest z PORCELANY przez berlińską firmę z najlepszymi tradycjami KPM (Königliche Porzellan-Manufaktur Berlin). I to właśnie krucha porcelana nazywana od początku (kto wie, dlaczego?) Białym Złotem i jej nowe właściwości stanowią to coś cudownego, co zachwyca.

Fachowcy z KPM w Berlinie przeszli samych siebie. Choćby tylko dlatego, że porcelana traci w trakcie jej wypalania ok. 20% masy. Podczas wypalania poszczególnych precyzyjnych elementów trzeba było ten fakt uwzględnić. Za którym razem się udało? Tego twórcy nie zdradzają. Zastosowanie porcelany zaplanował i przeprowadził rzeźbiarz Rembrandt Bugatti oraz jego brat Ettore, który współpracował przy stworzeniu zachwycającej maskotki pochodzącej z modelu Bugatti Royal – stojącego na jednej nodze słonia z podniesioną trąbą, który został wmontowany na porcelanowej tablicy oddzielającej oba białe skórzane fotele. Nigdzie nie spotkałam informacji, ile to cudo waży....
Cena? 1,65 miliona euro. Drobiazg! Dla chcącego nic trudnego! Tym bardziej w czasach kryzysu i inflacji!
Popatrzeć można za darmo.



1.12.2011

Charles Craftword napisał Sikorskiemu berlińskie wystąpienie?



Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć samemu. Wystarczy pobrać ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych zamieszczone tam wytąpienie pana ministra Sikorskiego, co radzę natychmiast uczynić, bo zapewne zaraz zniknie:


Proszę otworzyć dokument, następnie kliknąć nań prawym klawiszem, następnie kliknąć na "Properties" (Właściwości) i przyjrzeć się uważnie. Widzicie Państwo to samo, co ja? Prawidłowo sporządzony dokument w dziale „Properties“ posiada tytuł oraz autora. Mowa Radosława Sikorskiego została zatytułowana „More Europe“, a jako autor figuruje Charles Crawford. Kim jest spin-doktor Sikorskiego?
Jak sam podaje w biograficznym wpisie na Wikipedii , jest to były ambasador wielkiej Brytanii w Polsce (do 2007 roku), przedtem dwukrotny ambasador w Belgradzie, a jeszcze przedtem zawodowy pisarz przemówień na służbie Jej Królewskiej Mości. Przede wszystkim najogólniej mówiąc – jest to wesoły chłopak, który dobry dowcip ceni sobie nade wszystko. I tak – wedle własnych słów-wsławił się tym, że w Belgradzie przybył na pewne przyjęcie biznesowe w towarzystwie dwóch kangurów, które wypożyczył z miejscowego ZOO, jak ten hollywoodzki dobry szeryf ściągał podobno na siebie lokalne gromy walcząc zawzięcie w Belgradzie, Sarajewie i Podgoricy z zorganizowaną przestępczością, a jego największe dyplomatyczne osiągnięcie, to zaproszenie do swojej rezydencji sporej grupy brytyjskich kiboli, którzy przyjechali na mecz Newcastle United – Partisan Belgrad, a którym miejscowa policja zabroniła (nie bez kozery) opuszczać hotel.
Charles Crawford po swoim przejsciu na emeryturę w r. 2007 dorabia sobie jako konsultant i spin-doktor (m.in. całego rządu Malty)w dziedzinie dyplomacji

Sprawa autorstwa berlińskiego wystąpienia Radosława Sikorskiego wzbudziła spore zainteresowanie zachodnich mediów. Charles Crawford zapytany wprost, odpowiedział na Twiterze zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji:

Did I write Radek Sikorski's awesome Berlin speech?!? No. He
did. 
http://t.co/E5f4N6MF

Czy to ja pisałem wspaniałe przemówienie Radka Sikorskiego w Berlinie? Nie.
To on pisał.

No doubts. I dlatego zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji wierzymy tylko informacjom zdementowanym.
I jeszcze zupełnie nieistotny drobiazg na koniec.
Obowiązkiem niemieckich polityków jest używanie w publicznych wystąpieniach macierzystego języka. Nie chodzi tu nawet o szacunek do własnego języka, ale przede wszystkim o polityczną odpowiedzialność urzędników państwowych, którzy w pierwszej kolejności mają powinności wobec własnego narodu. Mało kto w tych sferach tak doskonale włada obcym językiem, aby nie zaistniało niebezpieczeństwo błędnego jego użycia. A wtedy trudno się wyłgać. Jeśli natomiast coś we własnym języku powiedziane jest niezbyt zgrabnie, idzie to zawsze na konto tłumaczy.
Podobny obowiązek mają politycy francuscy, brytyjscy, amerykańscy, rosyjscy i... długo by jeszcze wyliczać. Mowa Radosława Sikorskiego wygłoszona została po...angielsku. Jakie są rządowe przepisy w tym względzie? To nie jest sprawa protokołu dyplomatycznego. Polski Minister Spraw Zagranicznych jest - zdaje się - wciąż jeszcze na służbie narodu polskiego. Pensję płacą mu polscy podatnicy. Czy ktoś płaci mu więcej?




19.11.2011

Nigel Farage- jedyny demokrata w Parlamencie Europejskim?


Źle się dzieje w Polsce, źle się dzieje w Grecji, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji, Belgii, w Niemczech, na Litwie, Łotwie i w państwie duńskim. W całej Europie źle się dzieje. Tymczasem w Parlamencie Europejskim, który liczy sobie 736 członków  zauważa to jeden jedyny człowiek – Nigel Farage z Wielkiej Brytanii.Inaczej niż  większość europoslow,  Nigel Farage traktuje swoja funkcje posła jako misje. Warto go posłuchać z uwagą. Znany jest on wielu Polakom. Łatwo znaleźć jego wystąpienia, nawet z polskimi tłumaczeniami na YouTube.
Poniżej zamieszczam dwie i pół minuty jego  wystąpienia z 16 listopada włącznie z polskim tlumaczeniem. Mam nadzieje, ze  czytelnicy będą w stanie docenić zawartosc tego nabrzmiałego trescia wystąpienia, w którym odbija się najlepsza tradycja brytyjskiego parlamentaryzmu oraz głos obywatelski zatroskanego Europejczyka. 
  
Uploaded by europarl on Nov 16, 2011
• European Parliament, Strasbourg, 16 November 2011
• Speaker: Nigel Farage MEP, UKIP, Co-President of the EFD Group in the European Parliament (Europe of Freedom and Democracy) 
• Debate: EU Economic Governance - Statements by the Presidents of the European Council (Herman Van Rompuy), the Commission (José Manuel Barroso) and the Eurogroup (Jean-Claude Juncker) - [2011/2902(RSP)]:
........................................................................
Transcript (EN) Tlumaczenie (PL):

"Here we are on the edge of a financial and social disaster and in the room today we have the four men [going by name of Rompuy, Barroso, Juncker, Rehn] who are supposed to be responsible. And yet we have listened to the dullest, most technocratic speeches I've ever heard. 
Znaleźliśmy się na skraju finansowej i społecznej zapaści. Tu, w tej sali mamy dziś czerech mężów [nazwiska to Rompuy, Barroso, Juncker, Rehn], którzy mieli być odpowiedzialni. Tymczasem słuchaliśmy ciemniackich, najbardziej technokratycznych mów, jakie znam.
You are all in denial [of responsibility]. By any objective measure the Euro is a failure. And who is actually responsible, who is in charge out of your lot? Well, of course the answer is "none of you" - because none of you have been elected; none of you actually have any democratic legitimacy for the rôles that you currently hold within this crisis. 
Wy się wszyscy wypieracie [odpowiedzialności]. Według wszelkich obiektywnych miar, Euro jest kompletną klęską. Kto właściwie jest za to odpowiedzialny, kto z was tu rzadzi? Odpowiedź brzmi - nikt z was, ponieważ żaden z was nie został nigdy wybrany ; żaden z was nie otrzymał jakiejkolwiek demokratycznej legitymacji dla funkcji, jakie aktualnie pełni w tym kryzysie. 
And into this vacuum, albeit reluctantly, has stepped Angela Merkel. And we are now living, we are now living, in a German-dominated Europe -- something, that the European Project was actually supposed to stop! Something that those who went before us actually paid a heavy price in blood to prevent. I don't want to live in a German-dominated Europe, and nor do the Citizens of Europe. 
W te próżnię, choć  niechętnie, weszła Angela Merkel. I tak oto żyjemy w Europie zdominowanej przez Niemców - czyli w układzie, któremu ów europejski projekt miał ZAPOBIEC. Aby układ taki wykluczyć, nasi przodkowie zapłacili najwyższą cenę przelanej krwi. Nie chcę żyć w Europie zdominowanej przez Niemcy. Ani ja, ani obywatele Europy - my nie chcemy żyć pod dominacją niemiecką. 
But you guys have played a rôle, because when Mr Papandreou got up and used the word 'referendum' - oh Mr Rehn, you described it as 'a breach of confidence'. And your friends here got together like a pack of hyenas, rounded on Papandreou, had him removed, and replaced by a puppet government. What an absolutely disgusting spectacle that was!
Tutaj wy, ziomale, daliście popis. Gdy tylko pan Papandreou wstał i wypowiedział słowo "referendum', to pan, panie Rehn, nazwał to "złamaniem zaufania". Wtedy pan i pańscy kumple rzuciliście się jak stado hien na Papandreou, otoczyliście go, usunęliście go i zastąpiliście go jakimś marionetkowym rządem. Cóż to był za obrzydliwy spektakl! 
And not satisfied with that, you decided that Berlesconi had to go. So he was removed and replaced by Mr Monti, a former European Commissioner, a fellow architect of this Euro disaster and a man who wasn't even a Member of the Parliament. 
Tego było wam jeszcze mało, więc zdecydowaliście, ze Berlusconi musi odejść. Został więc usunięty i zastąpiony panem Monti, byłym komisarzem europejskim, współarchitektem klęski Euro, człowiekiem, który nie był nawet członkiem parlamentu. 
It's getting like an Agatha Christie novel, where we're trying to work out who is the next person that's going to be bumped off. The difference is, we know who the villains are. You should all be held accountable for what you've done! You should all be fired! 
Rozwija się to jak akcja w powieści Agathy Christie, gdzie zgadujemy, kto następny dostanie w łeb. Z ta różnicą, ze my wiemy, kto jest przestępcą. Wy wszyscy powinniście odpowiedzieć za to, co narobiliście! Powinniście wszyscy zostać wywaleni!
I have to say, Mr Van Rompuy, 18 months ago when we first met, I was wrong about you. I said you would be the quiet assassin of nation states' democracy. But not anymore. You are rather noisy about it, aren't you? You, an unelected man, went to Italy and said: 'This is not the time for elections, but the time for actions'. What, in God's name, gives you the right to say THAT to the Italian people?!
Muszę cos powiedzieć panu, panie Van Rompuy. Półtora roku temu, kiedy spotkaliśmy sie po raz pierwszy, pomyliłem sie co do pana. Mówiłem wtedy, że będzie pan cichym zabójcą demokracji państw narodowych. Już tak nie uważam. Pan robi wokół tego kupę hałasu - pan, niewybrany uzurpator jedzie do Włoch, i oświadcza: "nie pora na wybory, pora na akcję". Co takiego, na Boga, daje panu prawo do wydawania takich nakazów Włochom?
 Leszkowi K. skladam wielkie dzieki za pomoc w opracowaniu transkrypcji i tlumaczenia. 

9.11.2011

Jak obalaliśmy berliński Mur


Oficjalnie Berliński Mur „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989 roku po 28 latach istnienia,

Ósmego sierpnia 1988 roku wjechaliśmy do Berlina, o którym wiadomo było, że jest podzielony na sektory amerykański, brytyjski i francuski i poza tym stoi w nim wschodnioberliński Mur. Za nim znajduje się sektor sowiecki czyli Berlin Wschodni. W polskich gazetach nie było nigdy zdjęcia Muru, więc trudno było go sobie wyobrazić. Szczerze mówiąc, nie było takiej potrzeby.Wschodni Berlin nas nie interesował, nawet wręcz przeciwnie…Jak śpiewał kiedyś Leonard Cohen: „first we’ll take Manhattan, then we’ll take Berlin...” Westberlin, oczywiście.

1.
Najpierw była była jednak stacja Ostbahnhof, gdzie wysiedli podróżni udający się do NRD. Pociąg musiał na niej swoje odstać, choć według rozkładu jazdy przystanek miał tam trwać kwadrans. Trwał jednak około dwóch godzin, które ciągnęły się niemiłosiernie. Do wagonu wdarli sie umundurowani osobnicy płci obojga z formacji Bahnhofpolizei – policji dworcowej i zaczęli gwałtowne przeszukiwanie. Opukiwali, oświetlali latarkami wszystko: przedziały, ściany, sufity, podłogi. Wprawnymi ruchami rozbierali wagon na części pierwsze, zaglądali pod ławki, zdejmowali tapicerkę. Robotnicy kolejowi na zewnątrz opukiwali cały skład, sprawdzali podwozia. Wszystko to w umiarkowanym pośpiechu, z lekkimi pokrzykiwaniami. Nawet mysz nie miała prawa z własnej woli opuścić Niemiecką Republikę Demokratyczną – jedyną słuszną ojczyznę niemieckiej klasy robotniczej, żołnierzy i sportowców. Wreszcie pociąg drgnął i zaczął przesuwać się jak żelazny wielki ślimak wzdłuż szarej ściany, która wydawała się nie mieć końca, ani nie było widać jej górnej krawędzi. W ciemności oświetlało ją z góry brunatno-czerwone światło niewidzialnych reflektorów. Po kwadransie takiej jazdy zapytałam naszą młodą współpasażerkę, która wracała z wakacji u polskiej babci, co to takiego ta ściana. „Dimała” –odpowiedziała znudzonym tonem szesnastolatka. „Co to jest ta dimała?” – borowałam jej dziurę w brzuchu. „Dimała to jest die Mauer” odpowiedziala pół po polsku, pół po niemiecku. Nie miała w głowie polskiego odpowiednika tego slowa. Domyśliłam się go sama.
Tak właśnie otoczono Berlin Zachodni murem. Po stronie północnej, zachodniej i południowej za murem były laski i pola Brandenburgii, po stronie wschodniej Wschodni Berlin z czarnymi oczodołami pustych budynków w strefie "ochronnej". 
2.
Chris Gueffroy – młody przystojny chłopak z jasnymi lokami i błękitnymi oczami, kelner z zawodu, głównie zawodnik wschodnioberlińskiej drużyny „Dynamo”, nad którą miała swoją kuratelę niemiecka SB-cja czyli StaSi przeszedł do historii, jako ostatnia ofiara Muru. Mur pochłonął oficjalnie 136 ludzkich istnień, w większości młodych mężczyzn pomiędzy 18 i 30 rokiem życia. Jednak tak naprawdę liczba ofiar Muru, nieznanych z imienia i nazwiska jest o wiele dłuższa, bowiem osoby te zostały zastrzelone po stronie NRD-owskiej na wewnętrznym pasie granicznym. Nie zostają do liczby 136 wliczone równieżci, którzy wskutek nieudanej próby ucieczki popełnili samobójstwo.
Najmłodsza ofiara Muru to 15-miesięczny Holger H., który udusił się w bagażniku auta, w którym szmuglowali go rodzice. Najstarsza ofiara Muru, 80-letnia Olga Segler we wrześniu 1961 nieszczęśliwie skoczyła z drugiego piętra swojego mieszkania na zachodnią stronę i zmarła wskutek odniesionych obrażeń. Przedostatnia ofiara, Winfried Freudenberg, w dniu 8 marca 1989 r. dokonał spektakularnej ucieczki balonem do Berlina Zachodniego, jednak nie udało mu się szczęśliwie wylądować.

Muzeum Muru znane powszechnie jako Checkpoint Charlie (tuz za budynkiem znajdowało się przejście graniczne, przez które z pomocą przepustek trwał ruch dla Niemców i obcych) zebrało najpełniejszą, nawet dziś budzącą często gęsią skórkę dokumentację w tym zakresie i niewątpliwie warte jest odwiedzin.

3.
Mieszkaliśmy w odlegości 300 metrów od Muru w dzielnicy Neuköln w miejscu, które widać na filmie, który cieszył się w Polsce niemałym powodzeniem, bo był bardzo śmieszny: „Goodbye Lenin”. My mieszkalismy po zachodniej stronie Sonnenallee – Alei Słońca. Inaczej niż w filmie, nic tam nie było do śmiechu.Świadomosczony czyli strefy Muru była dojmująca. Czasem w biały dzien dawały się słyszeć suche wystrzały i wtedy spożywane akurat spaghetti bolognese stawało w gardle i nie dawało się połknąć. To strzelali nudzący się na platformach obserwacyjnych żołnierze NRD. Podobno strzelali tylko tak sobie, w powietrze. W końcu każdy żołnierz musi sobie trochę postrzelać. Może mieli określoną ilość naboi do wystrzelania? Mówiło się jednak, że celują czasem do ludzi po zachodniej stronie, dlatego tureckie matki (mieszkania w pobliżu Muru były najtańsze) nie pozwalały dzieciom bawić się na chodnikach na oczach uzbrojonych znudzonych żołnierzy NRD-owskich.
Nie mogliśmy jednak słyszeć strzałów, jakie oddano do 22-letniego Chrisa Gueffroya 5 lutego 1989, bo stało się to jakieś 2 kilometry od naszego miejsca zamieszkania. Chris, młody przystojny kelner z zawodu, a głównie zawodnik „Dynamo” został źle poinformowany. Zaprzyjaźniony oficer StaSi powiedział mu, że odwołano rozkaz strzelania do osób przekraczających Mur, dlatego Chris zdecydował się z kolegą na ucieczkę do wolnego świata i zginął. Strzelało do niego czterech żołnierzy, którzy dwa lata później, w świecie, którego się nie spodziewali, stanęli za to przed sądem. W trakcie przewodu okazało się, że morderca dostał 150 marek (wschodnich) premii. Odsiadkę w areszcie przygotowawczym zaliczono mu na poczet niewielkiej kary, jaką go symbolicznie ukarano. W końcu wykonywał tylko rozkazy. W Niemczech rozkaz to rozkaz.
Po Chrisie został biały symboliczny krzyż, jakimi pewne zachodnioberlińskie stowarzyszenie upamietniało ofiary Muru, ku wielkiemu niezadowoleniu władz Zachodniego Berlina oraz pamięć obolałej matki. Szkoda, że nie poczekał jeszcze pół roku. Z po-okrągłostołowej Warszawy wiał wiatr niosący rewolucyjny nastrój zadekretowanej na Kremlu „pierestrojki”, który kazał dotąd w swojej masie posłusznym i praworządnym obywatelom NRD w lecie masowo wyjeżdżać na „wczasy” do Warszawy, a potem Budapesztu i Pragi i tam kempingować w ambasadach zachodniej bratniej republiki.
4.
Kto nie widział, ten nie potrafi sobie wyobrazić, jak wygladał berliński Mur. Najlepiej znane jego zdjęcia pochodzą z tzw. East Side Gallery. Jest to 1316-metrowy kawałek Muru latem 1990 roku, a więc wtedy, kiedy dawno zniknęli już uzbrojeni żołnierze, zamalowany przez 102 artystów z wielu krajów podczas wspólnego workshopu. Najchętniej fotografowany kawałek to obraz całujących się w usta towarzyszy kom-partii Breżniewa i Honeckera. Fresk nosi tytuł: „ Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelną miłość”, a jego autorem jest Dmitri Wrubel. Jednak sam mur był szary i zbudowany z solidnego betonu. Jedyną jego dekoracją był drut kolczasty na zwieńczeniu. A i on jednak widoczny był tylko od wewnętrznej strony.

5.
Już latem 1945 r. częściowo za pomocą żółto-białych drewnianych słupów albo blaszanych tablic wytyczono linie demarkacyjne pomiędzy strefami okupacyjnymi w Berlinie.Dla rolników i pieszych wprowadzono mały ruch przygraniczny za okazaniem specjalnych przepustek. Na rozkaz sowieckiej administracji wojskowej (SMAD) w sowieckiej zonie wprowadzono uzbrojoną policję graniczną, która podjeła służbę od 1 grudnia 1946 roku z rozkazem strzelania do wszystkiego, co się na granicy może poruszać. Podróżujący pomiędzy sowiecką i zachodnimi strefami okupacyjnymi musieli przedstawić stosowne przepustki. W lasach dokoła otaczających zachodnie strefy okupacyjne Berlina Sowieci kazali oznaczyć granicę za pomocą drutów kolczastych i zasieków. Pierwsze strażnice graniczne powstały również po wschodniej stronie Berlina – nie tylko w lasach i na polach, ale przede wszystkim na ulicach.
Ustanowienie NRD w 1949 r. spowodowało paniczne i często filmowo spektakularne ucieczki mieszkańców nowego państwa do zachodnich Niemiec. Fakt ten zmobilizował komunistyczne władze do obwarowania granic dookoła Berlina Zachodniego płotami, zasiekami, instalacjami alarmowymi i wieżami strzelniczo-obserwacyjnymi i to od razu w podwójnej ilości. Utworzono bowiem pięciokilometrowej szerokości specjalny pas graniczny, a potem jeszcze 500-metrowy „pas ochronny“ tuż przed samą granicą, a wreszcie pomiędzy dwoma „nitkami“ granicy 10-metrową „szosę“, kontrolowaną nieustannie przez wojskowe jeepy.
Obywatele nowej krainy reglamentowanej według sowieckich wzorów powszechnej szczęśliwości stali się jej więźniami.
Tylko w samym mieście zastanawiano się, jak wybrnąć z problemu ryglowania granic. Nie był on prosty, bo obie części miasta – wschodnia i zachodnia – znajdowały się dosłownie w ślepej uliczce – transport miejski i kolejowy krzyżował się bowiem niezależnie od ideologii i z tego powodu potrzebny był konsensus . Dlatego ponad 40-kilometrowa granica miedy zachodnimi sektorami, a strefą sowiecką pozostawała jeszcze jakiś czas bez zdecydowanej kontroli. Szacuje się, że od roku 1945 do sierpnia 1961 uciekło ze strefy sowieckiej przez nieszczelne granice ponad 3,5 miliona obywateli niemieckich. Poza tym dla Polaków i Czechów Berlin Zachodni był także bramą na zachód. Około 50.000 wschodnich berlińczyków pracowało w latach pięćdziesiątych w Berlinie Zachodnim jako tzw. „pogranicznicy“. Wobec różnicy siły nabywczej marki wschodniej i zachodniej był to wymarzony job. Takiej niesprawiedliwosci nie mogly jednak tolerowac komunistyczne wladze wschodniego Berlina dłużej. Od 4 sierpnia 1961 „pogranicznicy“ zostali odpowiednim ukazem magistratu zmuszeni do płacenia za mieszkania w twardej walucie. Jednocześnie nasiliły się kontrole Volkspolizei czy „policji ludowej“ na ulicach wschodniego Berlina prowadzących na zachód. Podejrzani byli wszyscy, których można było posądzić o chęć ucieczki albo o szmugiel. A ten był koniecznością życiową. Przy kursie obu walut 1:4 i chronicznym braku produktów przemysłowych przy jednocześnie tanich środkach żywnościowych „socjalistyczna ojczyzna robotników i chłopów“ postanowiła zaryglować ostatnie bramy prowadzące na zachód.

Mimo utrzymywania tego planu w tajemnicy nie stanowiło to dla nikogo tajemnicy. Zaskoczeniem dla aliantów była jednak błyskawiczna realizacja powziętego postanowienia o wprowadzeniu „drastycznych kroków”, jak się to w politycznej nowomowie nazywało. W dniu 7 sierpnia 1961 obradujacy w Paryżu ministrowie spraw zagranicznych trzech sił alianckich okupujących Berlin wraz z ministrem SZ Bundesrepubliki uzgodnili wspólną reakcję na spodziewane działania rządu stalinowca Waltera Ulbrichta.
W raporcie niemieckiej agencji wywiadowczej BND z dnia 9 sierpnia, tuż po wizycie Ulbrichta u Chruszczowa na Kremlu w dniach 3-5 sierpnia znalazła się następująca informacja:„Według otrzymanych meldunków reżym wschodnioniemiecki stara się uzyskać w Moskwie zezwolenie na zastosowanie skutecznych blokad, szczególnie 
Zamknięcia granic do sektorów i przerwanie ruchu metra i kolei nadziemnej.”

Już 7 sierpnia 1961 Chruszczow w przemówieniu radiowym zakomunikował wzmocnienie sowieckich wojsk na granicy niemiecko-niemieckiej i powołanie dodatkowych rezerwistów. W sobotę 12 sierpnia niemiecka służba BND otrzymała z poufnego źródła informację, że wobec wciąż rosnącego strumienia uciekinierów w najbliższych dniach nastąpi ostateczne zamknięcie wszelkich dostępnych przejść na Zachód.
Tej samej nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 na rozkaz Ericha Honeckera żołnierze NVA, do tego 5000 członków wschodnioniemickiego WOPu, 5000 członków policji ludowej – zarówno oddziałów ochotniczych, jak i skorzarowanych i do tego 4500 członków tzw. oddziałów obrony fabryk (Betriebskampfgruppen) wysłano na ulice i tory kolejowe, aby zagrodzić wszelkie możliwe drogi ucieczki. Przerwano także trakcje tramwajowe i trakcje metra, w tym także naziemnego (S-Bahn). Zachodnioberlińskie pociągi metra od 13 sierpnia 1961 miały odtąd przez najbliższe 29 lat przejeżdżać przez wschodnioberlińskie, księżpcowo puste stacje bez zatrzymywania się na nich. Jeździe tej towarzyszyło za każdym razem nieprzyjemne uczucie.Kto tego nie przeżył – nie wie, o czym mówię.

6.
W propagandzie NRD-owskiej Mur miał stanowić antyfaszystowską ochronę przed „wywędrowaniem, szpiegostwem, sabotażem, szmuglem, wyprzedażą i agresją z zachodu“. Działania te były skierowane przeciwko własnym obywatelom i jak to pokazano w procesie pokazowym przeciwko Gottfriedowi Strympe w 1962 roku – mogły kończyć się mordem w majestacie prawa.
Według legendy Mur miał być rzekomo wzniesiony w ciągu 24 godzin. Prawda wylądała inaczej. Przede wszystkim wyznaczono granice. Dopiero potem spektakularnie zabrano się za wznoszenie betonowego muru, ale przede wszystkim w najbliższych dniach i tygodniach zabrano się w w wyznaczonym „pasie ochronnym“ za usuwanie mieszkańców z nadgranicznych domów, zamurowywanie klatek schodowych i okien. To z tych dni pochodzą dramatyczne zdjęcia ludzi skaczących z okien na drugą, zachodnią stronę, zjeżdżających po związanych prześcieradłach czy przeskakujących zasieki.
Przez najbliższe dwa tygodnie zdezerterowało w ten sposób co najmniej 85 żołnierzy i oficerów z oddziałów doglądających budowę Muru i zanotowano 216 udanych ucieczek ponad 400 osób.
Kanclerz Konrad Adenauer nawoływał przez radio do zachowania spokoju, tak, jakby obywatele Bundesrepubliki mieli zamiar chwycić za broń w obronie ogrodzonego murem i zasiekami Berlina Zachodniego. Jego ówczesny burmistrz – przyszły kanclerz Willy Brandt złożył u komenndantów poszczeglnyhc sektorów protest, co jednak nie wywołało żadnej reakcji. Cztery dni później przed ratuszem Schöneberg, gdzie urzędował Willy Brandt doszło do demonstracji, w której wzięło udział ponad 300 tysięcy zamurowanych zachodnich berlińczyków. Dopiero 72 godzin później nota protestacyjna komendantów trzech alianckich sektorów Berlina dotarła na Kreml. Dramatyczna historia miasta podzielonego Murem zaczęła pisać nowe strony... „Niezbyt piękne rozwiązanie, ale tysiąc razy lepsze niż wojna“ – miał podobno stwierdzić prezydent USA – John F. Kennedy, który dwa lata później wystękał w Berlinie swój najbardziej znany i wielokroć powtarzany przez innych bon-mot: „Ich bin ein Berliner“ – Jestem berlińczykiem.
7.
Do bezpośredniej konfrontacji pomiędzy siłami amerykańskimi i sowieckimi doszło 27 października 1961 na przejściu zwanym Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, gdzie stanęło naprzeciwko siebie z każdej strony 10 czołgów. Napięcie trwało niecałe 24 godziny i rozeszło się po kościach. Ważne jednak było przy tej okazji udowodnienie światu, że to nie NRD-owcy, lecz Sowieci byli panami we wschodnim Berlinie.
Od początku lat 1970-tych dzięki „polityce zbliżenia“ jaką uprawiał wobec Ericha Honeckera Willy Brandt granice pomiędzy obu częściami Berlina, jak i między RFN i NRD stały się nieco bardziej „przepuszczalne“ . Na początek dla tzw. osób nieproduktywnych, czyli rencistów, emerytów i dzieci. Potem przyszedł czas na artystów, pisarzy i muzyków, a za nimi na coraz większą ilość „przypadków wyjątkowych“. Dzięki temu wzrastała też liczba informantów i agentów NRD-owskiej Stasi po jednej stronie i nieco mniejsza liczba informatorów zachodnioniemieckiej BND.

8.
Jak wiadomo „dimała“ czyli Berliner Mauer „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada , na piątek 10 listopada 1989, po 28 latach istnienia.

Oficjalnie uważa się, że do otwarcia Muru przyczyniły się tzw. „poniedziałkowe“ demonstracje w Lipsku i Berlinie oraz trwające od wakacji letnich masowe ucieczki obywateli Wschodnich Niemiec do Warszawy, Budapesztu i Pragi. Od 11 września rząd Węgier otworzył granicę do Austrii.
W związku z tym rząd Honcekera przygotował projekt nowego prawa wyjazdowego, które zawierało pasaż o wizytach obywateli NRD w RFN. Projekt ten potwierdziło oficjalnie Biuro Polityczne SED w dniu 9 listopada. Prawo miało obowiązywać już od następnego dnia., co zostało ogłoszone na konferencji prasowej wieczorem o godz. 19.00.
Po kilku minutach informację podały wszytskie agencje informacyjne RFN oraz główne wydania dziennika telewizyjnego. Regulacja była ważna od zaraz. Trudno było wierzyć własnym uszom. Niektórzy jednak uwierzyli i udali się w kierunku przejść granicznych. I to zarówno ze strony zachodniej jak i wschodniej. Ci z zachodu przychodzili z butelkami szampana. Na przejściach natychmiast zjawiły się kamery telewizyjne i filmowały historyczne dziś zdjęcia oszalałych ze szczęścia ludzi. Pierwszy obywatel NRD został przepuszczony przez przejście na moście Bornholmskim o godz.21.20. Wobec naporu tłumu godzinę później odstąpiono w ogśle od sprawdzania i stemplowania paszportów.

Nie chciało się odchodzić od telewizora. Smak wolności nabrał smaku szampana. Piwo w knajpach dokoła przejść granicznych lało się strumieniami. I to za darmo dla obywateli NRD. Wystarczyło pokazać swój paszport.
9.
I choć Mur był w następnych tygodniach i miesiącach nadal tak samo był pilnowany, po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej zbierali się na nocne pikniki z szampanem młodzi ludzie. Z czasem zaczęli przystawiać drabiny i piknikowali siedząc okrakiem na Murze. Po kilku tygodniach zjawili się inni z młotkami i zaczęli wzorem dzięciołów wybijać w twardym betonie małe dziurki. Dziurki były z początku zaklejane od wschodniej strony, ale to powodowało jeszcze większą pracowitość “dzięciołów”. Tak więc dziurki powiększały się z każdym dniem. Na dowód tych akcji istnieje wiele zdjęć. Berlin nagle zaczął przyciągać wielu turystów. “Dzięciołowanie” na Murze stało się nagle ulubionym zajęciem młodzieży, w tym mojego nieletniego syna i turystów. Każdy chciał mieć swój udział w rozbijaniu Muru. Szary Mur nagle zaczął pokrywać się kolorowymi sprayami. Jeśli ktoś nie miał czasu lub ochoty na wybijanie z Muru pamiątkowego kawałka, mógł go obok za grosze kupić.
Trzymanie straży w tamtych dniach w tamtym miejscu było najgłupszym zajęciem świata. Nic dziwnego, że NRD-owscy strażnicy fotografowani wtedy w tamtym miejscu mają takie głupie miny.

10.
Pierwszego lipca 1990, w dniu, w którym nastąpiło ujednolicenie waluty niemieckiej w stosunku 1:1 (autorem tego pomysłu był obecny prezydent Niemiec Horst Köhler) odwołano także straże z linii granicznej między dwoma państwami. Mur stał się zwykłym zawalidrogą. Było to przedziwne uczucie, szczegślnie dla ludzi ze wschodu i to nie tylko Niemców. Należało koniecznie samemu przekonać się, czy prawdą jest to, co piszą gazety i o czym mówi telewizja. Tysiące berlińczyków, szczególnie ze wschodniego Berlina, zaczęło przybywać do straszących teraz dla odmiany pustymi wieżami byłych przejść granicznych, by podążać spacerowym krokiem z psem i wózkiem dziecięcym wzdłuż byłego „traktu śmierci“. Nagle zona stała się magnetycznie przyciągającym obszarem wolności.
Już kilka dni wcześniej zczęto na moście Bornholsmskim rozcinanie i rozbieranie Muru. Uczestniczyło w tym 300 NRD-owskich wopistów.
11.
Usuwanie Muru w samym tylko Berlinie trwało oficjalnie do końca listopada 1990 r. Rok później zniknęły jego ostatnie fragmenty także w Brandenburgii. Szczególnie interesująco pomalowane fragmenty sprzedano na aukcjach sztuki w Berlinie i Monte-Carlo i są dziś rozproszone po świecie. Jeden wielki fragment zdobi kwaterę główną CIA w Langley (Virginia), inny stoi w ogrodach Watykanu oraz w Domu Historii w Bonn lub tzw. Ogrodzie Angielskim w Monachium, w Muzeum Pokoju we francuskim Caen, w Normandii oraz w Imperial War Museum w Londynie. Kilka kawałków wykutych rękoma mojego syna stało też na mojej półce, lecz dzięki przewijającym się przez te lata przyjezdnym z Polski został tylko jeden, a i to nie największy kawałek.


12.
Likwidacja betonowego Muru przebiegała równolegle z likwidacją komuny w samym NRD. Likwidacją przynajmniej we wstępnej fazie pozorną, lecz na szczęście nieodwracalną. Był to proces zaskakujący nawet dla samych „likwidatorów“. Może kiedyś znajdzie swśj wyraz w literaturze lub filmie. Jak dotąd, mało jest artystycznych przetworzeń tantych czasów. Sztuka bowiem z jednej strony potrzebuje dystansu, a z drugiej strony dotąd w wielu głowach trwa gorzki ból tamtych czasów, lecz nie tak dotkliwy, by można było się zeń uwolnić.

13.
Właściciele terenów, na których zbudowano berliński Mur walczą nadal o odzyskanie swojej własności. Politycy, którzy mówią o NRD jako państwie bezprawia nie widzą nic złego w tym, że ziemie i nieruchości zagrabione niegdyś przez rząd Ulbrichta i Honeckera zostały w „naturalny“ sposób zajęte przez RFN. Sądy wszelkich instancji uznają, że zarówno budowa Muru, jak i strzały do ludzi, którzy usiłowali go sforsować były uzasadnione.Dotąd nie znalazł się sąd, który uznałby prawa dawnych właścicieli do przeciwko tym, którzy wydawali rozkazy strzelania do ludzi usiłujących go sforsować. Byli mieszkańcy NRD według sporządzanych regularnie ankiet z roku na rok coraz bardziej życzą sobie wzniesienia Muru raz jeszcze. Pod warunkiem jednak, że będą dysponować obecną walutą i mieć sklepy zapełnione towarami według dzisiejszych standardów. Stawianie Muru nie jest nawet w sensie czysto fizycznym potrzebne. Mur ma bowiem swoje trwałe miejsce w głowach wielu Niemców – zarówno po wschodniej, jak po zachodniej stronie. I to nawet tych, którzy urodzili się już po jego zburzeniu.