Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

16.10.2016

SPROSTOWANIE SŁÓW ADAMA MICHNIKA DLA TYG: "DER SPIEGEL"

W związku z buńczuczną wypowiedzią Adama Michnika w reportażu Navida Kermaniego w "Der Spiegel" (nr 41/2016) z dnia 8 października, że jego rodzice zginęli w holokauście wystosowałam nastepujące sprostowanie do redakcji tygodnika.
Podaje poniżej oryginał oraz polskie tłumacznie.

Szanowni Państwo,
niestety ze smutkiem trzeba się przyglądać, jak niektórzy z Państwa kolegów czy tez nawet ulubionych publicystów popadają w demencję z powodu nadmiernej konsumpcji alkoholu. Najnowszy przykład: nadredaktor Adam Michnik z Warszawy, który w reportażu Navida Kermaniego w wydaniu nr 41 z 8 października przypuszcza, że jego rodzice stracili życie w holokauście i to jeszcze przed jego spłodzeniem. 
70-letni Adam Michnik urodził się 17 października 1946 roku. A jak było z jego rodzicami? 
Jego w roku 1969 roku zmarła matka Helena Michnik urodziła się w Krakowie 19 lipca 1903 roku jako  Hinde Michnik. Jego ojciec Ozjasz Szechter ur. 23 sierpnia 1901, zmarł 20 sierpnia 1982 r. w Warszawie.  Oboje rodzice byli przez całe swoje życie przekonanymi komunistami i stąd też szczególnie w czasach stalinowskich byli uznanymi beneficjentami systemu. Należeli  do najwyższej kasty i mieszkali w luksusowej enklawie dla sług państwa w Warszawie, gdzie pan Michnik nadal zamieszkuje. 
Można zapytać - ile warte są wypowiedzi Adama Michnika, jeżeli myli się on w tak elementarnych faktach? Z drugiej strony  nie można pozbyć się poczucia, że dla niektórych wypowiedzenie  nawet najprostszej prawdy jest niedościgłym aktem heroizmu. Szczególnie dla tych, którzy uczciwego postępowania z prawdą nigdy nie ćwiczyli.  

Z przyjaznymi pozdrowieniami 
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Berlin

An: lesebriefe@spiegel.de

Sehr geehrte Damen und Herren, 
es ist immer wieder traurig erleben zu müssen, wie manche Ihrer Kollegen und sogar Lieblingsautoren wegen des notorischen übermäßigen Alkoholkonsums in Demenz verfallen. Das jüngste Beispiel: Oberredakteur Adam Michnik aus Warschau, der in Navid Kermanis Reportage vom 8. Oktober in der 41. SPIEGEL-Ausgabe behauptet, seine Eltern  wären im Holocaust umgekommen, und dies noch vor seiner Zeugung. Der 70-jährige Adam Michnik wurde am 17. Oktober 1946 geboren. Und wie war es mit seinen Eltern? Seine 1969 gestorbene Mutter Helena Michnik wurde am 19. Juli 1903 als Hinde Michnik in Krakau geboren. Sein am 23. August 1901 geborener  Vater Ozjasz Szechter starb am 20. August 1982 in Warschau. Beide Eltern waren ihr Leben lang überzeugte Kommunisten und deshalb im stalinistischen System ausgewiesene Nutznießer des Systems.Sie gehörten der höchsten Kaste an und lebten in der Luxus-Enklave für Staatsdiener in Warschau, wo Herr Michnik bis heute lebt.  Wie viel sind alle Aussagen Michniks wert, so darf man sich wohl fragen, wenn er sich bei solch elementaren Fakten irrt? Andererseits wird man das Gefühl nicht los, dass für manche das Aussprechen einer einfachen Wahrheit ein Akt des Heroismus ist. Ganz besonders jenen, die den redlichen Umgang mit der Wahrheit nicht geübt haben.

Mit freundlichen Grüßen
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Berlin

16.09.2013

Koszerne ubijanie prof. Chodakiewicza

W końcu lipca br,w czas najgorszych upałów w środkowej Europie i środkowych stanach Ameryki Północnejprzez nieliczne media w Polsce i w USA przemknęła się informacja, którą mało kto zauważył: oto z jakiejś konferencji dla polonijnej młodzieży wyproszono uprzednio zaproszonego na nią profesora Marka Chodakiewicza. W tym czasie między Polską a Izraelem trwała burza z wyładowaniami w eterze na temat uchwalonego przez Sejm zakazu koszernego uboju zwierząt. Okazało się nagle, że od dziesięcioleci egzystencja Izraelczyków, szczególnie tych najbardziej mięsożernych, bo z izraelskiej armii zależy od know-how polskich rzezaków i wysokowartościowych protein polskich krów. Kogomiałabyobchodzić jakaś lokalna impreza w  dla polonijnej, nawet nie polskojęzycznej młodzieży i jakiś profesor historii, któremu nie dane będzie wygłosić do tej młodzieży wykładu? Burza w szklance wody?I to w dodatku sprzed dwóch miesięcy?

Tymczasem to drobne, na pozór tylko towarzyskie wydarzenie jest kolejną przegraną potyczką w toczącej się ponad głowami Polaków batalii o ich przyszłość, oraz, co mało kto zdaje się dostrzegać- aktem wyraziście symbolicznym. Z perspektywy czasu widać to dokładnie.
Przypomnijmy sam fakt: oto od kilku lat w czasie wakacji na Central Connecticut State University (CCSU) odbywa się szlachetna z założenia impreza- ponadorganizacyjne, apolityczne forum młodej Polonii pod nazwą, której żadnemu Polakowi tłumaczyć nie trzeba: „Quo vadis?”. Dzieci i wnuki Polaków wypędzonych z Polski w różnym czasie i okolicznościach przez urzędujące reżymy otrzymują wspaniałą możliwość, aby przez parę dni spotkać się, poznać się, podyskutować o przeszłości i usłyszeć parę wskazówek i krzepiących słów na przyszłość. Podobne spotkania odbywają się w Australii i Kanadzie. Prof. Marek Chodakiewicz miał wygłosić odczyt na temat świadomości narodowej Polaków („Meaning of Polish identity”). Był jednym z kilkunastu panelistów, wśród których niewątpliwie był osobistością i osobowością najbardziej rozpoznawalną. Prof. Chodakiewicz został zaproszony nie tylko ze względu na swoje dokonania na niwie najnowszej historii, ale również dlatego, że jego własna droga życiowa – młodego emigranta , który potrafił ciężką pracą i zaangażowaniem zająć ważne miejsce w amerykańskiej nauce jednocześnie nie tracąc własnych korzeni – dobitnie dowodzi, że sukces w najtrudnieszych nawet obszarach społecznej stratyfikacji jest dla cudzoziemca możliwy.
Jednak okazało się, że nie wystarczy uznanie i akceptacja przez Amerykanów. Dokładnie tak samo, jak to było za czasów komuny – w sprawach Polonii decydujący głos ma ….rząd polski.
Do profesora Chodakiewiczawystosowano zaproszeniew piątek 12 lipca. Jednakjużw środę 17 lipca po burzliwej sesji komitetu organizacyjnego konferencji decyzję zmienionoi na żądanie pani konsul Juńczyk-Ziomeckiej ….profesora wyproszono. Podczas owej burzliwej sesji pani konsul twierdziła, żenaukowiec ten.... nie jest kompetentny.Najwidoczniej musiała przedstawić współorganizatorom argumenty nie do podważenia, skoro uznali oni, że wykształconyw USA, z doktoratem z Columbia University autor kilkunastu książek po polsku i angielsku jak również kilkuset artykułów naukowych i kilku tysięcy felietonówi niepodważalny autorytet w polskiej historii najnowszejnie jest kompetentny, aby mówić polonijnej młodzieży o tożsamości narodowej. Sekundował jej reprezentujący gospodarzy prof.Mieczysław Biskupski z Central Connecticut State University (CCSU), którego nazwisko tym samym weszło do polskiej rzeczywistości medialnej. Zbędne, bo oczywiste są w tym miejscu jakiekolwiek refleksje o pogwałceniu prawa do wolnego głosu instytucji akademickiej, w dodatku obcej. Co ciekawe, konsul Juńczyk-Ziomecka(tak, ta od hołdu lennego wobecB'nai B'rithw Warszawie w 2007r.)miała dowodzić, że zaproszenie tego historyka w danej chwili jest niemożliwe ze względu na toczące się pomiędzy rządempolskimi izraelskim kontrowersje dotyczące decyzji Sejmu zakazującej ….uboju rytualnego. Czyżby konsul Juńczyk-Ziomecka miała sugerować,że rząd Izraela czułby się urażony, gdyby prof. Chodakiewicz mówił przez pól godziny do młodzieży polskiej goszczącej w Connecticut o znaczeniu polskiej tożsamości z zemsty za decyzję Sejmu w sprawie koszernego uboju polskich krów dla izraelskiej armii? Tak przynajmniej zrozumieli to inni organizatorzy .Późniejsze pisemne, jeszcze bardziej pokrętne wyjaśnienia pani konsul nie tylko niczego nie wyjaśniły, ale dały asumpt do zastanowienia się, jak dalece urzędnik utrzymywany za pieniądze polskich podatników potrafi im szkodzić. Bo, że jest to działalność dla Polaków szkodliwa, co do tego nie może być już żadnych wątpliwości. Argumentacja, a choćby nawet tylko sugestia,jaką zaprezentowała pani konsul zasługuje na pilne odwołanie dyplomaty i obligatoryjne przebadanie go przez odpowiednich specjalistów na poczytalność. Nic takiego się jednak nie stało. Pani konsul nadal –jakby nigdy nic -sprawuje swoje obowiązki w USA,co wymownie świadczy o tradycyjnych celach i zadaniach polskiej rządowej dyplomacji w środowiskach polonijnych.
Oczywiście, konferencja „Quo vadis” się odbyła, zaproszona młodzież niczego nie zauważyła i miejmy nadzieję, że było jej obojętne, co jej mówi ambasador Ryszard Sznepf, dyrektor fundacji „Szalom”, syn KPP-owca, a później, po wojnie, pułkownika informacji wojskowej Maksymiliana Sznepfa, współodpowiedzialnego za prześladowania Polaków w ich ojczyźnie, bo przecież nie o swojej tożsamości i działalności opowiadał, choć doprowadziły go do spektakularnego zawodowego sukcesu w "wolnej Polsce".
Ambasador R.Sznepf w otoczeniu uczestników konferencji Quo vadis pt."Motywować, edukować & inspirować" 2-4 sierpnia 2013.
Ambasador Sznepf swoje „dyplomatyczne” szlify zdobywał – jak dobrze pamiętamy – w Urugwaju z zaangażowaniem i pasją zwalczający Prezesa USOPAŁ Jana Kobylańskiego . Wszystko razem – cały antypolski puzzle - ściśle ze sobą przylega i nawzajem się uzupełnia. I naturalnie, smutne, że pomimo tylu lat doświadczeń Polonia nadal daje sobą poniewierać przez manichejskie zagrywki z Warszawy. Jednak pomyłką byłoby sądzić, że był to tylko towarzyski wybryk . Przeciwnie. O tym, że toczy się batalia o Historię wiemy. Mówiło i mówi o tym wybitne grono nie tylko historyków, z prof. Markiem Chodakiewiczem włącznie, ale autorytetów z wszelkich dziedzin. Często wskazuje na ten fakt ks. prof. Waldemar Chrostowski. „Kto zna przeszłość, ten ma klucze do przyszłości”- ta znana prawda ma szczególne znaczenie w naszym kraju., gdzie Historia domaga się napisania od nowa i gdzie historyków wychylających głowę z bajora czerwonego Kłamstwa niszczy się programowo, a nawet fizycznie, szczególnie, gdy tkną tematu tabu – przestępstw żydokomuny wobec Polaków . Tu należy przypomnieć nazwisko śp. Dariusza Ratajczaka.
Prof. Chodakiewicz posiada luksus niezależności i chętnie z niego korzysta wygłaszając opinie, które przysparzają mu wdzięcznych słuchaczy i czytelników na prawicy, a wrogów na lewicy. Nic dziwnego, że w r.2008 znalazł się na czołowym miejscu na proskrybcyjnej „Liście Michnika”, na której nota bene znaleźli się wszyscy wybitni polscy historycy. Jednak sekowanie Chodakiewicza ma dłuższą historię, i – jak widzimy z ostatniego, wyżej opisanego przykładu – ma wymiar międzynarodowy, żeby nie powiedzieć – międzykontynentalny. Pisał o tym w nr 19/20 „Glaukopisu” już w r. 2010 inny amerykański historyk polskiego pochodzenia – John Radziłowski. Intryganci nazwani są tam po imieniu, a kulisy ich działań są oczywiste- chodzi o propagandową dominację „prawd” historycznych ogłaszanych w kolejnych pseudo-historycznych publikacjach przez socjologa Jana Tomasza Grossa. Kto za nim stoi i czyje interesy – nikomu nie trzeba tłumaczyć. Jednak byłoby skandalicznym nadużyciem posługiwać się argumentacją, której użyła polska konsul Juńczyk-Ziomecka w lipcu tego roku – że prof. Chodakiewicz jest uważany za kontrowersyjnego przez polskie MSZ . W związku z tym – dopowiedzmy myśl pani Juńczyk-Ziomeckiej – należy profesora Chodakiewicza spacyfikować, odebrać mu głos, a przede wszystkim wpływ na młodzież. Tylko tak można uchronić stosunki polsko-izraelskie przed szkodą... Nie wiem, czy pani Juńczyk-Ziomecka jest przy okazji również honorowym konsulem Izraela w USA, czy może tylko społecznym aktywistąhasbary. Może aktywistą hasbary jest sam minister Sikorski i wyproszenie prof. Chodakiewicza odbyło się na jego żądanie, kto – prócz niego to wie? Lecz jestem najgłębiej przekonana, że państwo Izrael jest mieszane do tego geszeftu bez swojej woli i wiedzy.
To potomkowie żydokomuny, którzy przejęli spadek po swoich ojcach i dziadkach, mordercach naszych ojców i dziadków, są żywotnie zainteresowani utrzymaniem swoich wpływów w Polsce. Ci, którzy są na miejscu i ci, którzy wracają po latach dyskredytowania Polski i Polaków we wszelki możliwy sposób, nagradzani są przywróceniem im polskiego obywatelstwa i wszelkich beneficjów. A ponieważ znany i dzięki m.in. wydawanemu także po polsku profesorowi Kevinowi McDonaldowi naukowo dobrze udokumentowany jest destrukcyjny potencjał żydowskiej mniejszości wynikający z ich w pierwszej kolejności antychrześcijańskiej postawy, oczywiste jest, że ktoś, kto publicznie wypowiada takie słowa, jak prof. Chodakiewicz w czerwcu tego roku w Polsce o zagładzie polskich elit, ten liczyć się musi z plemienną zemstą:
„Żeby Kwaśniewski mógł brylować, czy żeby Michnik mógł być uważany za geniusza, trzeba było najpierw Katynia, Kołymy. Palmir, Auschwitz – rzezi polskich elit. Bo na bezrybiu i rak ryba. Pozostałe niedobitki zostały zniszczone. Co się stało z plejadą polskich profesorów, którym udało się przeżyć wojnę? Prof. Koneczny został wyrzucony z Uniwersytetu Jagiellońskiego.(Umarł z głodu- przyp. JMW)Podobny los spotkał prof. Konopczyńskiego, prof. Taylora na Uniwersytecie Poznańskim, prof. Kasznicę. Przypomnijmy profesora prawa Karola Pospieszalskiego, wybitnego znawcę zbrodni niemieckich.(W 1966 r. za nie przyłączenie się do rozpętanej przez PZPR nagonki na biskupów polskich,którzybyliautorami listu do biskupów niemieckich, został wyrzucony z Instytutu Zachodniego. Mimo że nadal pracował na UAM, nie miał już szans na karierę naukową- przyp.JMW),któremu komuniści w całej powojennej uniwersyteckiej pracy tylko raz i to przez omyłkę, pozwolili wydać jednä książkę. Długo moglibyśmy wymieniać.... Natomiast na ich miejsce wpychała się chamokomuna i ludzie proweniencji etnicznej, których prof. Śpiewak nazywa żydokomuną. I to była wymiana elit. Na miejsce polskich elit wchodzili prymusi selekcji negatywnej, ludzie, którzy w wolnej Polsce paśli by krowy. Z dnia na dzień stali się oni autorytetami, nagle zaczęli wykładać na uniwersytetach. I na tym polega polska tragedia.„
Prof. Chodakiewicz w maju 2013 w Krakowie (z prof. Nowakiem)
Profesor Chodakiewicz nie jest wyjątkiem, choć ze względu na jego międzynarodowy zakres oddziaływania, jest obiektem szczególnej nienawiści. Cały szereg polskich wybitnych historyków z prof. Nowakiem i Żarynem na czele stoi pod obstrzałem. Do tego dochodzą socjologowie , filozofowie, naukowcy z wszelkich dziedzin. O artystach nie wspominając. Ci, którzy w jakikolwiek sposób mają dostęp do nielicznych otwartych na ten problem mediów – mówią o tym od czasu do czasu. Ci, którzy nie mają – cierpią w milczeniu. Traci jednak na tym – Polska. I to przy jednoczesnym świadomym procesie ogłupiania mas i odbierania narodowi tożsamości. (Znamienne- taki był właśnie temat niedoszłego wykładu prof. Chodakiewicza na konferencji „Quo vadis?”- O znaczeniupolskiejtożsamości)
Czy Polacy w tej bezpardonowej batalii stoją na z góry przegranych pozycjach? Jasne jest, że celuje się do pojedynczych osób i jak w szachach –figury te są jedna po drugiej utrącane. Wzorem NKWD-owskich i gestapowskich metod niszczone są odradzające się polskie elity. Będzie się tak działo, dopóki nie odwrócimy biegu zatrutych strzał.Najwyższy czas, aby wszyscy ci ludzie Dobrej Woli i Prawa Bożego, którzy mają jakikolwiek wpływ na świadomość społeczną zawiązali szeroką Koalicję Ducha. Nie trzeba do tego bębnów ani fanfar. Nie trzeba zjazdów, konferencji i wielkich słów. Wystarczy „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Nie głucha cisza nad kolejną utrąconą ofiarą z „Listy Michnika”, lecz głośny, wspólnymoralny ostracyzmmusi być odpowiedzią.Inaczej kolejne wschodzące pokolenia Polaków będą koszone przez bezwzględnego przeciwnika.
_____________
Prof. Marek Jan Chodakiewicz (ur. 15 lipca 1962 r. w Warszawie) – polski historyk, amerykański profesor, specjalizujący się w badaniu stosunków polsko-żydowskich oraz tematyki holokaustu. Od 2003 r. jest profesorem historii w Instytucie Polityki Międzynarodowej w Waszyngtonie. W kwietniu 2005 r. został przez prezydenta Busha powołany do amerykańskiej Rady Pamięci Holokaustu. Od 2008 jest kierownikiem Katedry Studiów Polskich im. Tadeusza Kościuszki (The Kosciuszko Chair of Polish Studies) w Waszyngtonie.
 
 

20.02.2012

Smoleńsk? POZAMIATANE!


No i pozamiatane. Najdosłowniej. Miliony z tytułu ugody zostały wypłacone rodzinom Ofiar Katynskiej Delegacji, oświadczenia o nieroszczeniu jakichkolwiek dalszych pretensji podpisane, pełnomocnicy Rodzin  są bardzo zadowoleni z dotychczasowej współpracy z prokuraturą, prokuratorzy są bardzo zadowoleni, że Moskwa ich kolejno wzywa na świadków, bo dzięki temu będą odsuwani od dalszych prac, p. Wassermanówna stwierdziła z mocą „nigdy się nie dowiecie czy przeżyli“, więc i zwolennicy teorii spiskowych też dostali jakiś ochłap. Zespół Parlamentarny wysłuchał BORowców. Ktoś stwierdził na Salonie, że „to jest kryminał“. Szczęście w nieszczęściu – osoby odpowiedzialne „pagibły“. Słowem – pełna sielanka z 97 ofiarami w tle.
Nic dziwnego, że ukoronowanie przyszło w porę. Niezawodni reporterzy RMF powiadomili nas kilka dni temu na swoim portalu (oczywiście  „nieoficjalnie“) że: „Cywilna prokuratura zamierza zakończyć wkrótce śledztwo w sprawie przygotowań do lotów premiera i prezydenta do Smoleńska w kwietniu 2010 roku. Oprócz wiceszefa BOR, którego prokuratorzy podejrzewają o niedopełnienie obowiązków i poświadczenie nieprawdy, nikt więcej nie usłyszy zarzutów. Według informacji Romana Osicy, umorzenie pozostałych wątków śledztwa planowane jest na koniec lutego. Prokuratorzy ustalili osoby odpowiedzialne za niedopełnienie obowiązków oraz za bałagan podczas przygotowania tej wizyty.  (Teraz uwaga!) Osoby za to odpowiedzialne zginęły jednak w katastrofie.“

Co prawda, do końca kwietnia można jeszcze przeprowadzić ekshumacje, ale nawet pierwsza wnioskodawczyni, p. Gosiewska nie wykazuje aktywności w tym kierunku. Podobno Rosjanie coś przeciągają. A że  brak jest nowych wniosków ze strony pokrzywdzonych rodzin, to znak, że nie są one tym zainteresowane.
 No więc czy  nie jest pozamiatane?
Tymczasem Zespół Parlamentarny po udanym tournee jego Przewodniczącego po USA i Kanadzie obiecuje ustami tegoż dalszy lans w Brukseli. Piszę to oczywiście sarkastycznie, bo nie może to być nic innego, jak tylko lans. Nazwa „Zespół Parlamentarny d/s wyjaśnienia tragedii smoleńskiej“ brzmi poważnie, jednak nie jest to żadne ciało posiadające osobowość prawną. Toteż takie ciało nie może praktycznie występować na zewnątrz. Nie może się czegokolwiek domagać od instytucji  i organów krajowych i zagranicznych. Nie może nawet złożyć wniosku do prokuratury z tytułu art.240 kk, do czego zobowiązane są konstytucyjnie obywatele i instytucje RP . Może to zrobić natomiast osobiście pan przewodniczący i wszyscy członkowie Zespołu oraz jego „społeczni asystenci“. Czy to zrobili?  Przypuszczam, wątpię, jestem pewna, że nie. Wystarczyła im najwidoczniej przyjęta przez prokuraturę kwalifikacja „nieumyślnie spowodowanej katastrofy w ruchu komunikacyjnym“.  Tymczasem, kiedy pojawia się publicznie podejrzenie o zamachu, złożenie wniosku do prokuratury z art.240 kk powinno być tego logiczną konsekwencją. Inaczej wisi w powietrzu zarzut „grzechu zaniechania“. (definicje w tresci art. 240 § 1 kk w przypisie)

 Tym bardziej Zespół nie może domagać się powołania żadnych komisji międzynarodowych. Pan Antoni Macierewicz, mimo  przypisywanej mu charyzmy, nie może przecież udać się do obecnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego i poprosić go, aby za plecami Tuska i Putina takąż komisję powołał i mianował do niej określone osoby, które tylko na to czekają przebierając niecierpliwie nóżkami... Nie chcę tu puszczać wodzów literackiej fantazji i obmyślać, co miałaby taka międzynarodowa komisja badać? Pancerną brzozę na Sewernym? 
Tzn. ściśle mówiąc, pan Macierewicz może to zrobić, jeśli będzie miał taki kaprys, może pójść lub napisać do pana Schulza, tylko że pan Martin Schulz, mimo całej sympatii do charyzmatycznego posła niechybnie poradzi mu w pisemnej odpowiedzi między wierszami, żeby udał się najpierw po atest np. do Instytutu Psychiatrii na Sobieskiego ….
Pan Przewodniczący Zespołu Parlamentarnego obiecując swoim zachwyconym słuchaczom tournee po UE z wielkim finałem w Brukseli musi jednoczesnie ukrywać bolesny fakt, że prawnie nic się już nie da wygrać. I że on, obojetnie jaką sobie przypisze role, czy  jako poseł, czy jako przewodniczący tak ważkiego „zespołu“ nie ma żadnego prawa do występowania do jakichkolwiek zagranicznych instytucji. I to nawet w przypadku, gdyby się z jakąś taką instytucją całkiem poważnie i terminowo pisemnie umówił, zamiast zawadiackiego wydzwaniania znienacka dzień wcześniej, jak to miało miejsce z senatorem Kingiem  w listopadzie 2010 w Waszyngtonie.
Przy tym pozostaje nieprzeniknioną zagadką, dlaczego na czele Zespołu Parlamentarnego stanął sporny i konfliktowy polityk - Antoni Macierewicz (czy nie występuje tu klasyczny konflikt interesów? AM jako świadek i jako szef zespołu parlamentarego?), a nie np. Zbigniew Romaszewski, z doświadczenia i cech charakteru bardziej predystynowany do odegrania takiej roli. Być może dzięki jego kandydaturze byłaby szansa choćby w obecnej kadencji na utworzenie regularnej Komisji Parlamentarnej. Tymczasem przesuwając go nieoczekiwanie do innego niż dotąd  okręgu wyborczego Jarosław Kaczyński zmarnował szanse Romaszewskiego na mandat senatora.
 Jacy ludzie stanowią Zespół Parlamentarny? Oficjalna lista nazwisk jest długa, ale kto, oprócz hiperaktywnego Antoniego Macierewicza faktycznie w nim pracuje? Na moje pytanie o to skierowane publicznie do samego Przewodniczącego w maju ub. roku usłyszałam w odpowiedzi, że jest to...tajemnica. Ciekawe, tajemniczy zespół w sejmie....Jednak mimo to pan Przewodniczący postanowił łaskawie rąbka tej tajemnicy przede mną i innymi zgromadzonymi na spotkaniu w Berlinie uchylić. Usłyszeliśmy zatem, że Zespół na codzień, to kilkanaście osób pracujacych nieodpłatnie po kilka godzin w tygodniu, bo do przeanalizowania są przecież...“dziesiątki tysięcy zdjęć“.  Czyli byłoby to z grubsza licząc kilkadziesiąt roboczogodzin w tygodniu, definitywnie ponad sto w miesiącu, mnożąc przez liczbę 17 miesięcy czyniłoby to co najmniej 1700-2000 roboczogodzin.
Co osiągnięto przez ten czas? Bo rozumiem, że prof. Binienda angażował swoje własne amerykańskie  roboczogodziny.  Podobnie dr. Nowaczyk. Czy znaleziono wśród „dziesiątków tysięcy“ (kto i kiedy je na miejscu wypadku zrobił? Czy nie pracownik rosyjskich służb Amielin?) choćby ślad kokpitu? Choćby jedno ciało? Co poza tym zdziałał Zespół?
Otóż starczy do wymienienia tych dokonań palców jednej ręki: była to początkowa seria tzw. „wysłuchań“ przed Zespołem Parlamentarnym, z których część została spisana, uzupełniona ostatnio wystąpieniem dwóch byłych oficerów BOR, dwa tzw. „telemosty“ z prof. Biniendą i dr.Nowaczykiem oraz niedawna prezentacja subaktywnej „gry komputerowej“ dla początkujących pt. „Rekonstrukcja wraku“. Wszystko to niestety, z wyjątkiem może drugorzędnych dla sprawy samej Tragedii badań prof. Biniendy,  pozbawione większych wartości poznawczych dla samego śledztwa.
 Najważniejszą z punktu widzenia śledztwa musiałaby być kwestia punktu wyjściowego , tzn. nie tylko lotniska Okęcie, lecz i drogi do niego uczestników Delegacji, następnie całej trasy lotu oraz tego, jak i gdzie osoby uznane za ofiary zginęły. Tymczasem właśnie tymi kwestiami Zespół Parlamentarny nie zajął się wcale.
 Zadziwiająca jest, co zresztą kilkakrotnie podnosili już dziennikarze, jak np. Łukasz Warzecha w Rzepie juz w r.2010 czy  blogerzy, jak np. Atem albo Rexturbo, niekompetencja Zespołu, a co za tym idzie- niedyskontowanie skromnych, lecz dostepnych, możliwości zbliżenia się do Prawdy o 10 Kwietnia. Sam pan Macierewicz lub pani poseł Kruk to niewątpliwie nieprzeciętnie inteligentne i utalentowane osoby, ale przecież nie mają umiejętności i wiedzy prokuratorów lub fachowców branży lotniczej czy... medycznej (np. na jakiej podstawie i w oparciu o jakie symptomy min. Jacek Sasin ustalił  i to jeszcze na długo przed znalezieiem ciał Pary Prezydenckiej, że oboje nie żyją?- o to pana Sasina nawet nie spytano)
 Najważniejszym dowodem rzeczowym w "sprawie" powinien być  kokpit i ciała ofiar. Każdy  "karnista" - medyk sądowy i biegły z zakresu awioniki i wyposażenia samolotu - urzadzeń rejestrujacych mechanicznie ostatnie chwile lotu i moment wypadku, przyzna,  że "zegary" w kokpicie rejestrują w chwili wypadku podstawowe dane, pozwalające ocenić przyczyny i przebieg zdarzenia. Zatrzymane w czasie "dane" są technicznym obrazem przebiegu zdarzenia w ostanich sekundach katastrofy. W przeciwieństwie do tzw. "skrzynek" czarnych, czerwonych, albo żółtych, nie mogą być sfałszowane. Mogą zostać tylko zniszczone, np. przez usunięcie, ukrycie, bądź w końcu fizyczne zniszczenie kokpitu. Tymczasem rzekomo znalezione przez Rosjan urządzenia pokładowe FMS i TAWS rzekomo mające pochodzić z tego właśnie samolotu były w opowieściach pana Przewodniczącego, które snuje publicznie do dziś. Miały być BADANE przze amerykańskich ekspertów w Redmond. Jak z tym naprawdę było pisałam dwa razy(nie było żadnych amerykażskich ekspertyz!) i pan Przewodniczący z zaciśniętymi zębami musiał mi przyznać rację.

Właściwie zabezpieczone po zajściu zdarzenia ciała ofiar są fundamentalnym źródłem wiedzy o przebiegu zdarzenia i przyczynach śmierci ofiar. A przecież o LUDZI nam chodzi, a nie o to, jak i gdzie rzekomo odpadło skrzydło czy na jakiej wysokości nastąpiło „zamrożenie komputera“.

Indywidualny i niepowtarzalny kokpit samolotu Tu154-101  i znajdujące się w nim, lub w jego pobliżu, ciała ofiar, musiałyby stanowić właśnie takie źrodła dowodowe. Jeżeli ich w tym wypadku nie zabezpieczono i nie pozwolono na ekshumacje i weryfikację, ani się ich nawet publicznie nie domagano,  to powinno zmusić osoby występujące w "sprawie", deklarujące publicznie swoje oburzenie i świętą wolę powoływania kolejnych komisji, by przyjrzały się uważnie swojemu odbiciu w lustrze.
 Zdumiewają zaniechania i uniki Zespołu Parlamentarnego i jego Przewodniczącego  i do ich przykrycia nie wystarczą talenty wędrownego kaznodziei czy szarm  przesympatycznego teścia. Jednak zastanawia mnie szczególnie palący problem, jaki pan Przewodniczący ma osobiście nie z prokuratorami, nie z Tuskiem czy Komorowskim, lecz z  anonimowymi (lub występującymi pod własnym imieniem i nazwiskiem- jak w moim przypadku) ludźmi z wielu krajów i kontynentów, którzy nie znając się przedtem, zjednoczyli się od prawie dwóch lat w nieustępliwym dążeniu do poznania Prawdy  o  tragedii 10 Kwietnia, czyli o tym, jak i gdzie  oraz dlaczego zginęła  nasza Delegacja.  Upór, z jakim Antoni Macierewicz w wielu publicznych wystąpieniach usiłuje zdyskredytować nasze wysiłki nazywając nas głośno wręcz AGENTAMI wskazuje  co najmniej na daleko posuniętą manię prześladowczą -  podobno chorobę zawodową byłych ministrów spraw wewnętrznych. Jednak choroba ta  u innych znanych mi polskich i zagranicznych ministrów MSW nigdy nie wiodła aż poza granicę śmieszności.  Należy   wyciągnąć z tego pilny wniosek zanim PiS zgłosi w przyszłości swoje kandydatury na Prezydenta RP.  Generalny obowiązek fachowych badań dla wszystkich osób podejmujących się funkcji publicznych byłby krokiem wstępnym i z niewątpliwą korzyścią dla Polski.  
Gdyby jednak było pewne, że pan Antoni Macierewicz publicznie używa w stosunku do całej grupy osób, w tym mnie, tego deprecjonującego określenia świadomie i w całej przytomności umysłu, dyskwalifikuje go to w moich oczach i w oczach wielu innych osób nie tylko jako polityka i posła, ale i jako człowieka. Cieszy się on co prawda  immunitetem, jednak  dla mnie utracił on tzw. zdolność honorową. 
Jest niewątpliwie ciosem dla wszystkich wyborców poruszonych Tragedią 10 Kwietnia, że Zespół Parlamentarny nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Mało tego, jest to cios o wymiarze historycznym. Zmarnowano jedyną szansę na kalekie co prawda, ale wyjaśnienie czegokolwiek w tym bezprecedensowym Zdarzeniu. Odbija się to czkawką już teraz, a znajdzie swoje fatalne odbicie w politycznym znaczeniu Polski i postrzeganiu Polaków na arenie międzynarodowej. Miało być przyzwoicie, a wyszło jak zwykle.
 My, niestety, mimo upływu prawie dwóch lat nadal nie wiemy, gdzie, o której godzinie i jak zginęła nasza Delegacja. I czy w ogóle opuściła granice Polski. W wielu z nas zostanie na zawsze niezabliźniona rana.

________________________
Przypis:

art. 240 kk
§ 1. Kto, mając wiarygodną wiadomość o karalnym przygotowaniu albo usiłowaniu lub dokonaniu czynu zabronionego określonego w art. 118, 127, 128, 130, 134, 140, 148, 163, 166, 189 lub 252, nie zawiadamia niezwłocznie organu powołanego do ścigania przestępstw, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

17.01.2012

„..czy aby do końca jestem bezpieczna...”-M.Wassermann



W tygodniku „Gość Niedzielny" z 12 stycznia (patrz tutaj) znalazł się wywiad z p. mecenas Małgorzatą Wassermann, córką śp. Zbigniewa Wassermanna pt.:“Mam to po ojcu“.
Całość warta jest wnikliwej lektury. Ja zwróciłam uwagę na poniższy fragment:

„...Sama byłam w zbyt wielkich emocjach, żeby myśleć racjonalnie. Nawet koszmarne przesłuchanie w Moskwie najpierw nie budziło moich podejrzeń. I dopiero w czerwcu, gdy miałam dostęp do akt prokuratorskich, gdy również wysłuchałam wystąpienia Edmunda Klicha w telewizji (mówił mniej więcej – że gdyby powiedział, co widział w Smoleńsku, wybuchłaby III wojna...) i gdy zaczęłam w końcu analizować jako prawnik to, co się wokół mnie działo, zaczęłam w zupełnie praktyczny i prawniczy sposób postrzegać katastrofę i obserwować posmoleńską rzeczywistość. Ktoś, kto nie ma nic do ukrycia – mówię tu o polskim rządzie – tak dziwnie się nie zachowuje... Tyle zaniedbanych spraw – czy aby na pewno przypadkowo? I wobec powyższego obecnie nie wykluczam żadnego scenariusza. „

Jeżeli  pani Wassermann "nie wyklucza żadnego scenariusza", to dlaczego do dzisiaj nie zdecydowała się na wystąpienie z zawiadomieniem o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa chociażby w postaci zdefiniowanej w moim piśmie do Prokuratora Generalnego (patrz tutaj). Mogłaby od razu poprawić swoja pozycję procesową nie oglądając sie na "Zespół Parlamentarny", uzyskując nie tylko prawo do otrzymania statusu strony pokrzywdzonej, ale stając się współuczestnikiem śledztwa. W szczególnym przypadku, gdyby prokuratura podjęła czynności utrudniające prawa w zakresie zapewnienia gwarancji procesowych p. Wassermann, np. odmawiając jej praw strony pokrzywdzonej, to mogłaby ona w drodze zażalenia ujawnić stronniczość prokuratury i wystąpić z wnioskami o jej wyłączenie i poddanie sprawy ocenie międzynarodowych organów sprawiedliwości - patrz
  1. Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z dnia 4 listopada 1950 r. , oraz
  2. orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, oraz art. 87 ust. 1, art. 90 ust. 1, art. 91 ust. 1,2,3 Konstytucji RP.

Nawet, jeśli pani mecenas Wassermann o tych rzeczach nie wie, to powinna się dowiedzieć. I w tej intencji o tym tutaj piszę. To także realnie zwiększyłoby jej własne poczucie bezpieczeństwa.
„.....Zastanawiam się, czy aby do końca jestem bezpieczna...” kończy bowiem p. Wassermann swoją wypowiedź. Na to właśnie liczą siły hamujące uczciwe śledztwo. Na strach Rodzin Ofiar i na ich bezradność. Tymczasem strach to nie jest klucz do Prawdy.


13.01.2012

Antoni Macierewicz- list do mnie czy do FYMa?



 Pan poseł Antoni Macierewicz opublikował (patrz tutaj) na prośbę anonimowych blogerów swój list, jaki był uprzejmy przysłać mi pocztą elektroniczną w zeszłą niedzielę wieczorem. Do wczoraj byłam przekonana, że list ten skierowany był do mnie. Dlatego omówiłam go krótko (tutaj) cytując z niego najistotniejsze stwierdzenia, które przytoczyłam precyzyjnie (patrz zaznaczony na żółto tekst w oryginale – poniżej link).
Nie odnosiłam się do pełnych żalu dywagacji Pana Posła  na temat nieokreślonych publicystów, którzy „nie chcą w ogóle podjąć badań tego co mozna zbadać“. Uważałam też, że należy spuścić wstydliwą kurtynę milczenia na niezwykle emocjonalną drugą część listu, która w moim mniemaniu odzwierciedla idiosynkrazje steranego 45-letnią walką o lepszą Polskę działacza.
Okazało się jednak wczoraj, że dla pana Posła Macierewicza ta właśnie część jego listu była najważniejsza, ponieważ swoją publikację na portalu „w Polityce“ kazał zatytułować w ten oto sposób:
Antoni Macierewicz w sprawie koncepcji FYM-a - PEŁNY TEKST LISTU
Ucieszyło mnie w niedzielę, że przewodniczący Zespołu Parlamentarnego przyznaje mi rację w sprawach ewidentnie zasadniczych, czyli fałszowania danych TAWS/FMS przez Rosjan oraz uwiarygadniania ich (chcąc nie chcąc) przez Amerykanów, a także tzw. „ maskirowki“ (zaplanowanej inscenizacji) na Sewernym i nie odwołuje tego w środę.
Wczoraj jednak, patrząc na cytowany wyżej tytuł, z przykrością stwierdziłam, że list ten skierowany był nie tyle do mnie, co w istocie do popularnego blogera FYMa (Free Your Mind – tutaj). FYM ma niebawem ogłosić wynik wielomiesięcznego śledztwa obywatelskiego w sprawie Kłamstwa Smoleńskiego w formie książki, która będzie udostępniona nieodpłatnie w sieci.
Dziwić się jednak należy, że były minister spraw wewnętrznych, były wiceminister MON i były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) otoczony kręgiem asystentów i pomocników nie wysłał swojego listu bezpośrednio do blogera FYMa, do którego ma widoczne teraz, po publikacji swojego listu, dla wszystkich, choć dla mnie niezrozumiałe, żale i pretensje. Czyżby przy takim aparacie trudno było znaleźć (wielokrotnie powtarzany w sieci!) adres emailowy? Na szczęśćie dzięki upublicznieniu przez Pana Posła całego listu dowiedział się o jego budującej treści – jak mniemam – także właściwy adresat i wybaczy starszemu panu z tak heroiczną biografią przykre zarzuty i niezręczne sformułowania. Chciałoby się powiedzieć - wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Niestety, problemy komunikacyjno-epistalograficzne pana Posła nie zbliżyły nas ani o krok do rozwiązania, na jakie czekamy. Dlatego muszę tu znowu powtórzyć: mimo upływu 21 miesięcy, pracy dwóch prokuratur i trzech komisji oraz Zespołu Parlamentarnego nadal nie wiemy, ani o której godzinie dokonała się zagłada Delegacji, ani - dlaczego. ani też gdzie.

5.01.2012

Rosyjskie badania i amerykańskie ekspertyzy


Tajemnicze skrzynki z Sewernego- TAWS i FSM

Od przeszło 20 miesięcy z wiadomych, tragicznych powodów narodziły nam się tłumy specjalistów od latania, a przynajmniej co drugi z nich zna się także na konstrukcji samolotu. I to nierzadko lepiej, niż na konstrukcji cepa. Szczególnie dobrze znamy się na tupolewach, bo wiadomo, ruskie badziewie i zrobione chyba z kryształu - rozpada się toto na tysiące drobnych odłamków od zahaczenia o byle brzozę podczas lądowania.

Ale dość sarkazmu. Faktem jest, że od przeszło 20 miesięcy zarzucani jesteśmy fachową terminologią dotyczącą naszej narodowej tragedii z 10 Kwietnia. Nikt się nie wysila, żeby nam cokolwiek z tego wytłumaczyć. Ten fachowy żargon ma na celu jedynie stworzyć zasłoną dymną z pozornych działań i pozorowanych dywagacji. I chociaż temat jest prawie wyczerpany, bo niedługo stanie pomnik, uroczyście zostaną złożone wieńce i będzie pozamiatane, to jednak, zgodnie z dewizą „lepiej późno, niż wcale”, warto raz dobrze przyjrzeć się temu, o co na przykład z tymi całymi sławnymi amerykańskimi ekspertyzami komputerów pokładowych TAWS/FMS chodzi.

Dla przypomnienia: na oślej łączce na rubieżach lotniska wojskowego Sewerny, położonego niedaleko od centrum Smoleńska zarzuconej zardzewiałym złomem samolotowym, znaleziono 10 kwietnia 2010 r. wieczorem czerwony żakiet śp. Grażyny Gęsickiej, który, obok listy ofiar i ciał śp. Prezydenta i marszałka Putry, stał się dowodem na to, że tam właśnie wydarzyła się 14 godzin wcześniej tragedia. Podobno kilka osób ów żakiet w nocy widziało, w tym poseł Max Kraczkowski. Co ciekawe, nie zauważył go 14 godzin wcześniej, rano, ani pan montażysta-operator Wiśniewski, ani pan kierowca Kwaśniewski, ani jego pasażer, pan ambasador Bahr, ani pan Stachelski, ani pan minister Sasin, ani pan Kwiatkowski, ani pan Wierzchowski, ani w ogóle nikt. Ba! Nikt nie zauważył kokpitu tutki, a ten „drobiazg” naprawdą trudno przeoczyć.

Tym bardziej nie dziwota, że nikt nie zauważył walających się w błocie komputerów pokładowych, czyli systemu wczesnego ostrzegania TAWS oraz komputera FMS (Flight Management System), które w obecnej dobie są zaraz po silniku najważniejszymi urządzeniami każdego samolotu od Cesny poczynając i dzięki nim podobno nawet ja po jednej próbie i to z zamkniętymi oczami potrafiłabym wystartować z Okęcia i wylądować w Smoleńsku.
Pan montażysta-operator Wiśniewski, który był pierwszy z kamerą na miejscu tragedii, znalazł co prawda od razu czarne skrzynki w pomarańczowej kapsule, co wyglądało bardzo filmowo, ale komputery znalazł nie wiedzieć kiedy zdaje się Spec-Naz. Albo straż pożarna. No, chyba że sprawne sanitariuszki w wolnej chwili.
W każdym razie bezcenne komputery produkcji amerykańskiej znalazły się od razu we właściwych rękach i po zaledwie dwóch tygodniach leżenia – jak chcemy wierzyć -w zamkniętym na cztery spusty sejfie w Moskwie, zostały przesłane pocztą dyplomatyczną do USA, do producenta czyli Universal Avionics. Faktem jest, że JAKO JEDYNY DOWOD, jeśli nie liczyć ciał naszych Ofiar w zalutowanych trumnach, opuściły one Rosję i znalazły się w USA, w rękach ekspertów. Reszta dowodów nadal jest aresztowana w Rosji i nawet zapis czarnych skrzynek otrzymaliśmy z 10-minutowym bonusem w postaci kopii.
Jak zatem mógł minister Szojgu do tego dopuścić, by komputery pokładowe badał kto inny?
Moje głębokie i postępujące przeświadczenie o spiskowej praktyce dziejów kazało mi spytać paru fachowców z naszej strony, czy aby owe "zapisy" z TAWS od początku nie miały być uwiarygodnione przez amerykańskich przyjaciół? Wygląda bowiem na to, że tak to zaplanował MAK, a wiary-godni i poczciwego serca Polacy łatwo uwierzyli w "badania i ekspertyzę" w Redmond.
Tymczasem, ujmując to najkrócej w punktach, fakty są następujące:

  1. Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma takiego prawa. Badania wykonywał MAK, wszystkie od A do Z.
  2. MAK zwrócił się o pomoc prawną do strony konwencji ICAO (International Civil Aviation Organization)- NTSB w badaniu skrzynki FMS i TAWS wyprodukowanej przez firmę amerykańską, czyli z jurysdykcji NTSB wykazując tym samym nadprogramową dobrą wolę.
  1. NTSB w ramach pomocy przekazał materiały do Redmond, a otrzymane wyniki przekazał do MAK. Fachowcy w Redmond odczytali zamówione wybrane dane i zwizualizowali je na papierze. Nic ponadto. Nie wypowiadali się na tematy wiarygodności lub integralności tych danych, bo nie byli o to pytani.
  2. MAK na mocy konwencji ICAO przekazał swój raport ze śledztwa z odczytami z Redmond do publikacji w NTSB.
  3. NTSB opublikowała raport MAK z zaznaczeniem autorstwa MAK. Widnieje tam do dziś godzina zdarzenia 8.56!
  4. NTSB i w ogóle Amerykanie nie mogli i nie wykonali niczego w tej sprawie, poza rolą skrzynki pocztowej, zatem nie mogli nic z własnej inicjatywy badać, ogłaszać, publikować, ponad to, co zostało zlecone przez Rosjan. Nie są oni bowiem prawnie zainteresowaną stroną w tej sprawie. Wszystko, co mogli, to spełnić czyjeś prośby na mocy umów międzynarodowych.

Redmond wykonało zleconą przez NTSB ekpertyzę skrzynek otrzymanych z Moskwy, w zakresie wskazanym przez Moskwę. Nie musieli wykonać tego na
zlecenie MAK wprost, a na polecenie NTSB musieli wykonać to,o co poproszono i w ścisłym zakresie tylko to, o co poproszono. (tutaj link-klik) Taki mówi konwencja o współpracy. Czyli powtórzmy jeszcze raz: NTSB poleca odczytać skrzynki i dokonać ich zapisu na osi czasu z wizualizacją w postaci wykresu i zrzutem danych w np. .xls (Excel) I to Redmond wykonuje. Nic ponadto. Nie może wyrażać opinii o prawidłowości danych, albo o stanie skrzynki, jeśli nie jest o to proszona. MAK mógł wysłać rozbebeszone pudełko z podmienionymi częściami i poprosić o odczyt. Redmond wykonuje. I koniec! Choć byłoby nawet oczywiste, że to fałszerstwo, nie mogą nic o tym mówić, bo o to nie pyta urząd NTSB. To jest jasne jak słońce dla każdego, kto jest obeznany z procedurami administracyjnymi dobrze funkcjonujących organizacji.

  • 7. Według prawa międzynarodowego stronami do tego zdarzenia są rządy PL i RU, które na mocy umowy Tuska z Putinem przekazały do badania MAK okolicznosci katastrofy. To umocowanie jest jasno przez MAK wykazane i opublikowane na stronie NTSB - proszę sprawdzić (tu link) Stronami są rządy PL i RU. Zresztą to oczywiste, bo mówi o tym prawo międzynarodowe, prawo lotnicze, konwencja chicagowska i konwencja ICAO. Wszystkie zgodnie stwierdzają, że samoloty państwowe (state aviation) należą do wyłącznej kompetencji właściwych rządów - właściciela samolotu i terenu zdarzenia. Jeśli na przykład włoski samolot rozbije się w Boliwii -są to rządy Włoch i Boliwii, jeśli francuski boeing na międzynarodowym Atlantyku - wyłącznie rząd Francji.

Podsumowując: NTSB i Redmond tak naprawdę nic nie badały, tylko w Redmond odczytano to, co im Moskwa przysłała. I tylko tyle, bo tyle im kazano, ani linijki więcej (choć mieli na to ochotę powiadamiając o duzej ilości danych- cyt.:“ Duża ilość surowych danych. Możemy przedstawić inne parametry w postaci czytelnej dła człowieka, jesli będzie potrzebne w śledztwie“), a z własnej inicjatywy nic robić nie mogą. Oczywiście, bez wątpienia wiedzą o wszystkim, co się wydarzyło, ale wiedza jest rzeczą zbyt cenną, by się nią niepotrzebnie chwalić.


Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o Smoleńsku w amerykażskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest to w raporcie czytelnie zaznaczone). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC.
W związku z powyższym dywagacje o rzekomych badaniach NTSB, wzywanie ich do takowych poprzez naszych parlamentarzystów jest dziecinnym nieporozumieniem. Nie jest natomiast zabawna akcja propagandowa wokół "badań NTSB". NTSB nie zrobił nic w tej sprawie i - co więcej - nic zrobić nie może, a gen. Anodina to sprawnie wykorzystała. Pomimo „świetnej współpracy“z Rosjanami nadal nawet nie wiemy, o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani, dlaczego. Ani- gdzie. Ani tym bardziej- czy w ogóle.



Ze strony NTSB:
http://www.ntsb.gov/aviationquery/brief2.aspx?
ev_id=20100429X00503&ntsbno=ENG10RA025&akey=1%20ENG10RA025


31.12.2011

Paplanie z Bogiem


Paplanie z Bogiem


Na Początku było Słowo – po aramejskubabb-ili- „Brama Boga” . Kiedy Brama Boga otwarła swoje podwoje – stał się świat. Odtąd przez Bramę wdzierają się nieprzerwanie dalsze Słowa i tak nieprzerwanie staje się świat i światem jest każde słowo.
- Przekonaj się – powiedział Bóg, jakby dostrzegł ślad wątpliwości w moich oczach i wyjął z kieszeni trzy pisaki. Jeden z niebieskim, jeden z czerwonym i jeden z zielonym tuszem. - Zatocz okrąg wokół każdego napisanego tu słowa. Mówiąc to Bóg własnoręcznie narysował kółka wokół każdego słowa - Widzisz je teraz osobno, jak osobne planety. Zobacz - każde ma swoje wnętrze, swoją powierzchnię, z której wyrastają asocjacje i konotacje, każde ma swoją atmosferę i stratosferę. Każde ma swoje Słońce i swoje Księżyce.
Przyglądam się słowom zamkniętym w bańkach własnych światów. Niektóre Bóg zakreślił na czerwono, inne na zielono. Dlaczego je tak porozróżniał, skoro nie można obyć się bez żadnego z nich? Wyczuwam w tym geście znaną mi skądinąd chęć podporządkowywania, strukturyzowania, katalogizowania. A może jestem przeczulona?
Z Bogiem rozmawiamy na początku po angielsku i niezauważenie przechodzimy na niemiecki. – Jaki język znasz lepiej niż angielski? –dopytuje się Bóg dyplomatycznie. Polskiego nie zna. Ale zna trochę rosyjski, odkąd mieszka u niego kątem sześćdziesięcioletnia Natasza z Petersburga, która w zamian za dach nad głową od pół roku karmi go i opiera. Natasza nie zna żadnych obcych języków. Przyniosło ją aż tutaj za chlebem. Bóg nie ma chwilowo lepszego wyjścia, jak uczyć się rosyjskiego i popisuje się teraz tą nikłą znajomością przede mną, tutaj, na Plaza de la Encarnación w Madrycie.
Bóg ma –jak na Boga przystało – długie białe włosy, sięgającą pasa białą brodę i długie białe wąsy. Pogodne, niebieskie, wesołe oczy małego chłopca, który stroi sobie żarty z dorosłych otacza siatka zmarszczek. Ubrany jest w cienkie białe spodnie i różową koszulę, którą kupiła mu Natasza. „Kochajcie mnie” – mówi za pośrednictwem tego różowego koloru do przechodniów. Nie potrafię rozpoznać, czy język ojczysty Boga to angielski czy niemiecki. A może holenderski?
Bóg jest chyba ostatnim z gatunku Dzieci-Kwiatów, które wędrowały niegdyś w sandałach po Ziemi nie produkując, nie niszcząc, nie brudząc się pieniędzmi, lecz czyniąc Miłość. „Przykazanie nowe daję wam – powiedział ustami swojego Syna podczas Ostatniej Wieczerzy – Abyście się wzajemnie miłowali” . Tak przynajmniej podaje Jan. Do tego nie trzeba wielu słów. Dlatego pytanie o narodowość Bóg odbiera jako podwójny afront. –My nie mamy narodowości – twierdzi używając dobitnie formy pluralis majestatis - a język potrzebny nam jest tylko po to , żeby się z wami porozumieć. Obojętnie jaki.
Rozmawiamy z Bogiem o języku w kilku językach popijając czerwone wino z Valdepeñas, które przyniósł nam na tacy kelner. – Skąd jesteś?- spytał go Bóg zaciekawiony jego akcentem. –Z Meksyku – uśmiechnął się kelner kasując ode mnie natychmiast należność. Nie wzbudziliśmy oboje jego zaufania. Bóg dał mi już wcześniej do zrozumienia, że brzydzi się pieniędzmi. Wspominam, że właśnie zaledwie trzy godziny temu przemierzałam Valdepeñas. Pod powiekami zachowałam jeszcze zdumiewająco żywe kolory tej ziemi i przyrzekłam sobie tam wrócić. Bóg na to, że przewędrował Valdepeñas już szmat czasu temu. Oboje rozkoszujemy się teraz esencją żelazistych ziem Valdepeñas. Naszą oszczędną wymianę zdań wzbogaconą długimi pasażami milczenia urozmaicają dwie artystki grające na flecie i na gitarze. Kiedy podchodzą do nas po datek Bóg podnosi się z krzesła i ignorując ich nadstawiony po drobne miedziany kubeczek długo i wylewnie dziękuje im za koncert. Jego hiszpański jest bez zarzutu. Słowa są dobrane starannie i trafiają w sedno. Zdania – na szczęście dla mnie – są proste i przejrzyste. Takim samym tonem mówi do mnie, a ja odpowiadam. Rzeczywiście odpowiadam. W tej samej chwili zastanawiam się, w jakim języku właściwie rozmawiamy. –Powtarzam ci, to obojętne - odpowiada moim myślom na głos Bóg. - Najważniejsze, że rozmawiamy, bo mamy sobie coś do powiedzenia. Mowa znaczy więcej niż język.

Smiejemy się oboje z oczywistości tego twierdzenia. Smiejemy się, bo wiemy, że porozumiewamy się nie tylko słowami. Nawet nie przede wszystkim. Rozmawiają nasze oczy, w których mieści się całe doświadczenie piśmiennej i niepiśmiennej ludzkości. Nasze, oraz naszych rodziców, przyjaciół, kochanków, a także bohaterów literackich i filmowych, których losy taszczymy w naszej pamięci i w naszych uwarunkowaniach jak gigantyczny garb, który raz nas podrywa do lotu, a innym razem zatrzymuje w miejscu, albo znowu każe się chować w mysią dziurę ze strachu. Rozmawiają nasze pauzy, nasze westchnienia, nasze niedomówienia; głowy, które obracają się w czasie rozmowy na wszystkie strony, kiwają, odchylają się , kręcą na znak przeczenia; rozmawiają nasze ramiona, kiedy to się ku sobie pochylają, to cofają się w głąb oparcia wiklinowych krzeseł; nasze ręce, które to podnoszą kieliszek, to pióro, to znów dotykają się nawzajem, tak, jakby chciały podnieść wagę wypowiadanej właśnie kwestii przenosząc ją także dotykiem.

Nie wiem, czy dla kogoś, kto może przygląda nam się z boku jest to rozmowa ożywiona, czy raczej ospała wymiana równoważników zdań. I Bóg i ja mamy poczucie, że poruszamy najważniejsze kwestie, że tak samo pojmujemy sens i bezsens świata , jego komiczną powagę, jego dostojne piękno i dramat wykolejonej cywilizacji. Podróżujemy w naszej rozmowie przez kontynenty i systemy słoneczne i odnoszę wrażenie, że jeszcze jeden taki wieczór z Bogiem na Plaza de la Encarnación, a uda mi się objechać dokoła kulę mojego mózgu i jego płaty scalą się wreszcie tak, jak niegdyś kontynenty kuli ziemskiej stopione były w jedną logiczną całość. Jestem pewna, że wtedy mogłabym mówić bez wysiłku we wszystkich językach świata, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ucho i zatrzymały się niepewnie w jakimś fiordzie mojej mózgownicy. Nic przecież nie ginie w przyrodzie. Dlaczego miałoby cokolwiek ginąć w moim mózgu? Nie, z pewnością jest tam wszystko, co zobaczyłam, przeżyłam, usłyszałam i przeczytałam. Wszystkie obce słowa, wszystkie reguły gramatyczne, wszystkie wariacje stylistyczne, wymieszane (albo i nie) z oszalałymi kolorami jesieni, albo z porywającymi zapachami wiosny. Chaos, entropia, rozpad , by wreszcie mogło zakiełkować ziarno zrozumienia. Moja własna mikro-Akasha.
Rozmawiamy z Bogiem o języku i zdumiewam się w myślach, jak dalece nieważna staje się dla mnie wymowa, jak nie myślę o gramatyce i - co gorsza – zupełnie nie uświadamiam sobie niewątpliwego przecież wysiłku, jakim zawsze pozostaje posługiwanie się obcym językiem. Nie odczuwam bólu skrępowania czy choćby tylko ograniczenia, które tyle razy odbierały mi przekonanie co do ważności tego, co chciałam powiedzieć i nakazywały przerwać wypowiadaną kwestię w połowie. „Ty na pewno masz coś przeciwko niemieckiemu!” – to stwierdzenie wypowiadane raz jako wyrzut, raz jako konstatacja powtarzało się wielokroć podczas moich pierwszych lat spędzonych w Niemczech. Mówiono - „masz coś przeciwko językowi”, a myślano – „ masz coś przeciwko nam”. Czemu miałabym nie mieć? Prawie cały świat ma coś przeciwko nim. A ja mam do tego przynajmniej tyle samo powodów, co przeciętny Polak i statystyczny Zyd ze wschodniej Europy. Pomimo to, a raczej właśnie z tego powodu – próbuję poznać ten język. Raz jest to twarde i lodowate doświadczenie miejskiej ślizgawki, innym razem zielona słoneczna łąka.
I nigdy nie wiadomo, co to będzie, w co obróci się mój wysiłek wyrażenia tego, co pomyślała głowa. Zadrwi ze mnie czy wynagrodzi mnie nieoczekiwanie? Dlatego muszę go traktować z respektem. Pokochać go się nie da. Zeby pokochać język, trzeba kochać ludzi, którzy nim mówią, ale nie da się kogoś kochać, kto nas nie kocha – tłumaczę Bogu na Plaza de la Encarnación późnym wieczorem w Madrycie, a on kiwa głową ze zrozumieniem. Nie muszę zaraz kochać, ale mogę się zaprzyjaźnić, zauważa. To już więcej niż respekt. Co też próbuję , z całych sił. Moje próby wielokroć zawodzą, bo przyjaźń to też jest partnerski układ, a w tym kraju dla nikogo nie jestem partnerem. Po pierwsze i po ostatnie dlatego, że nie mówię dobrze po niemiecku. Niemieckość polega na Języku. Z niego się narodziła i w gruncie rzeczy tylko nim jest Niemieckość – czyli Wyższość : Językiem właśnie. Hildegard von Bingen twierdziła, że Adam i Ewa mówili w Raju po teutońsku. Oświecona i wielebna wiedziała lepiej, niż ktokolwiek inny, a już o niebo lepiej, niż jakikolwiek cudzoziemiec, w jakim języku rozmawiali Pierwsi Rodzice. Czy się nawzajem rozumieli, to już odrębna kwestia. Dzięki temu twierdzeniu , które mnie zrazu rozśmieszyło prawie do łez pojęłam nagle źródła niemieckiej dumy narodowej. Naród to język. On ich zjednoczył. Nie żadne granice i traktaty, lecz język. Język to jest Hochburg niemieckości- tłumaczę Bogu, o którym nie wiem, czy nie urodził się Niemcem. Za często mówi o Hamburgu. Wiele razy podczas moich długich lat w Niemczech przekonywałam się, że wyrobnicy języka, jego rzemieślnicy , a tym bardziej jego jubilerzy wcale nie pragną, by obcokrajowcy posiedli go w podobnym stopniu, co oni. Oni wypili ten język z mlekiem matki. Nauczyć się go – twierdzą, nie może nikt obcy do końca. Tak, jak nikt nie mógł przedrzeć się przez Chiński Mur. Teoretycznie. Wiemy już skądinąd, że nie ma niezdobytych murów.
Tak więc w pocie czoła boruję dziury w Chińskim Murze teutońskiego języka cierpiąc przy tym na ciele i duszy. Cierpię, że nie mogę w y p o w i e d z i e ć w tym języku tego wszystkiego, co myślę. Cierpię zatem na zakłócenia duchowego krążenia. Słowa nie są zaopatrywane przez myśli w świeży tlen. Cierpię na permanentny skurcz języka, który musi układać się w ustach tak, jakby było mu tam wciąż za ciasno. Jestem niczym innym, jak inwalidą duchowym. I gdy słyszą wszystkie w błędnych formach gramatycznych błędnie przeze mnie wypowiadane, błędnie akcentowane słowa – traktują mnie jak inwalidę. Jestem kimś w rodzaju ślepca i w tym kraju powinnam nosić na lewym przedramieniu żółtą opaskę z trzema czarnymi punktami. Tak, jak niewidomi. Każdy powinien móc rozpoznać z daleka: patrzcie! oto nadciąga ta inwalidka, która nie potrafi się wypowiedzieć, a więc tym samym MNIEJ JEST. Każdy powinien mieć możliwość zejść mi z drogi na czas, uciec. Bo a nuż – nie pojmę, nie zrozumiem, przeszkodzę, zawadzę, jak cegła, która wypadła z Wieży Babel i leży teraz na drodze bez przynależności i bez celu. Przeszkadza.
Na codzień mówię w trzech językach – podobnie jak Bóg. Czy to znaczy, że mówię o dwie trzecie mniej w każdym języku, aniżeli byłoby mi to przeznaczone, gdybym miała tylko jedną mowę ojczystą? A może mówię więcej niż ci, którzy posługują się tylko jednym językiem? Tracę? Czy zyskuję? Każdy język ma swoje ograniczenia. Gdyby nie ta codzienna mozolna praktyka nigdy bym pewnie tego nie zauważyła. Każdy kultura ma swoje ramy. Poza nimi zaczyna się już inna kultura – zawsze w innym języku. Przekraczając ramy nie zawsze można rozpoznać, co to za kultura i w jakim akurat wyraża się języku. „Co to za język ?” –pytam siebie w myśli patrząc na czarne obrazy Goi w Prado. „Co to za język?” –pytam siebie w myśli słuchając Erica Satie. „Co to za język?” – zdumiewam się słuchając robotników w podmiejskim autobusie o 5 rano jadących do pracy w warszawskiej hucie. „Co to za język?” zastanawiam się oglądając rozkwitające na ekranie komputera fraktale. Cierpię, że nie osiągam finezji w niemieckim i angielskim, której wymagają lata edukacji i polerowania. Zimny pot występuje mi na czoło ze strachu, że gubię tę finezję w polskim. W marach sennych tracę czucie, tracę wzrok, tracę węch, tracę mowę. Jednocześnie coraz intensywniej rozróżniam pojedyncze słowa i zachwycam się nimi, jak egzotycznymi roślinami w Ogrodzie Botanicznym. „To drzewo pachnie w grudniu jak świeże ciasto drożdżowe!” I już jestem w bańce Bożonarodzeniowej, i już mam za sobą dwa tysiące lat chrześcijaństwa i pięć wieków obchodzenia grudniowych świąt i moje dzieciństwo, zaczyn ciasta: mąka, tłuszcz i cukier, jego powolne wyrabianie, cud rośnięcia w dzieży , widzę babcię i mamę w kuchni, jak się krzątają czerwone od ciepła buchającego z piekarnika, widzę jak moje dziecięce zdumienia, moje zaciekawienia, moja radość z tego intensywnego dziania się czyni je czarodziejkami.
Zataczam okręgi wokół słów i wodzę myślą jak palcem po ich skomplikowanych wzorach, jak po powikłanych liniach arabesek w Pałacu Nasredów w Alhambrze. Co mnie coraz bardziej zajmuje, to ich wartość, ich waga, ich masa. Całe ich znaczenie. Dlaczego wypowiedział lub wypowiedziała to słowo? Co chce mi tym słowem przekazać ukrywając tak skrzętnie swoje uczucia? Ile irytacji wkłada w te uprzejme – zdawałoby się – formułki? Ile złości? Ile obojętności? Inflacja słowa.
W tym momencie Bóg i ja kiwamy tylko głowami w milczeniu. Od początku ludzkości nigdy nie produkowano takiej ilości słów, jaka powstaje dzisiaj. Sześć miliardów mówiących, krzyczących i śpiewających ludzi zwielokrotnione przez echo gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, kin i telefonów. Rozgadany, pulsujący słowem świat. Hałas tej paplaniny musi wypełniać Wszechświat i Bóg chowa się w sobie, tak, jak ja kurczę się i chowam w sobie, kiedy w metrze siądzie koło mnie ktoś ze słuchawkami w uszach, z których wylewa się łomot perkusji.
Nasza wykolejona cywilizacja to nie przede wszystkim nowe technologie, za pomocą których otwieramy na naszą własną zgubę kolejne Puszki Pandory. Wykolejanie naszej cywilizacji zaczęło się od inflacji słowa. To, czym było słowo w kulturach pierwotnych, a więc formą Życia, pełną symbolicznego znaczenia jednością duchową między Ziemią i Kosmosem, zaczynem Materii - tym przestało być Słowo produkowane od czasu Gutenberga.
- I znowu Niemiec jest sprawcą totalitarnego zniszczenia świata, tamtego świata, sprzed Gutenberga –śmieję się patrząc Bogu w oczy. Obrazi się ? Poczuje się dotknięty? Słowa stały się puste. Nadużywane, straciły swoją duchową pojemność, swoją sprawczą moc, swoje konotacje, swoje korzenie, swoje Słońca i Księżyce. Im częściej używane są do wyrażania kłamstwa, tym bardziej blakną, spełzają –żałosne strzępy dawnych znaczeń. Trzeba ich więcej i więcej, żeby przykryć strzępami strzępy. W erzefast food produkujemy miliardy ton niezdrowego pożywienia dla naszych ciał i biliony, tryliony pozbawionych jakichkolwiek znaczeń słów, które zalegają nasze głowy i zatruwają dusze. I nie jesteśmy syci. Jesteśmy głodni specjalnych słów, które mają być jak egzotyczne przyprawy.
Bóg opowiada mi, że spędził pięć lat w hinduskim więzieniu, w śmierdzącej ekskrementami i pleśnią norze. Codziennie po kilka razy powtarzał na głos zdanie – „ To jest najpiękniejsze miejsce na świecie” . Bili go za to współwięźniowie i strażnicy. Pisał to zdanie na ścianie, a oni je zamalowywali. -- To słowa stwarzają światy – powiedział Bóg dobitnie, jakby dawał mi Dwunaste Przykazanie – Dlatego wolno nam wypowiadać i pisać tylko te słowa, których potrzebujemy i które czujemy. – Zaprawdę powiadamy ci, to słowa stwarzają światy – powtórzył jeszcze dwukrotnie, by przypieczętować wagę tego twierdzenia.
W oknach nad naszymi głowami gasły powoli światła zapowiadając moment, w którym słowo i gest stają się ciałem. Już za kilka minut w marzeniach sennych będą, jak co noc, pojawiać się światy, do których opisu ludzie po przebudzeniu szukać bedą odpowiednich słów. "Babb- babb-a" - opisują świat wszystkie niemowlęta w identycznej mowie. "Gaworzą" - mówimy i uczymy je właściwych określeń: "Nie babb-a , tylko mama, nie babb-ta tylko tata, nie babb-a, tylko babcia".
Rozstawaliśmy się z Bogiem bez słów. Angielskich, niemieckich, hiszpańskich, rosyjskich i polskich. Wypełniało nas ciepło wzajemnego zrozumienia, które wymieniliśmy krótkim uściskiem. Opuszczając Plaza de la Encarnación nie mogłam pozbyć się uczucia, że odkryłam istotę Grzechu Pierworodnego. Spożycie Owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego popchnęło Adama do samodzielnego nazywania rzeczy. Ukradł Bogu jego boskie kompetencje i zaczął Akt Tworzenia według własnego widzimisię.A mówił podobno po teutońsku.


 

Berlin-Madryt, październik 2000