Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcin Wierzchowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcin Wierzchowski. Pokaż wszystkie posty

5.01.2012

Rosyjskie badania i amerykańskie ekspertyzy


Tajemnicze skrzynki z Sewernego- TAWS i FSM

Od przeszło 20 miesięcy z wiadomych, tragicznych powodów narodziły nam się tłumy specjalistów od latania, a przynajmniej co drugi z nich zna się także na konstrukcji samolotu. I to nierzadko lepiej, niż na konstrukcji cepa. Szczególnie dobrze znamy się na tupolewach, bo wiadomo, ruskie badziewie i zrobione chyba z kryształu - rozpada się toto na tysiące drobnych odłamków od zahaczenia o byle brzozę podczas lądowania.

Ale dość sarkazmu. Faktem jest, że od przeszło 20 miesięcy zarzucani jesteśmy fachową terminologią dotyczącą naszej narodowej tragedii z 10 Kwietnia. Nikt się nie wysila, żeby nam cokolwiek z tego wytłumaczyć. Ten fachowy żargon ma na celu jedynie stworzyć zasłoną dymną z pozornych działań i pozorowanych dywagacji. I chociaż temat jest prawie wyczerpany, bo niedługo stanie pomnik, uroczyście zostaną złożone wieńce i będzie pozamiatane, to jednak, zgodnie z dewizą „lepiej późno, niż wcale”, warto raz dobrze przyjrzeć się temu, o co na przykład z tymi całymi sławnymi amerykańskimi ekspertyzami komputerów pokładowych TAWS/FMS chodzi.

Dla przypomnienia: na oślej łączce na rubieżach lotniska wojskowego Sewerny, położonego niedaleko od centrum Smoleńska zarzuconej zardzewiałym złomem samolotowym, znaleziono 10 kwietnia 2010 r. wieczorem czerwony żakiet śp. Grażyny Gęsickiej, który, obok listy ofiar i ciał śp. Prezydenta i marszałka Putry, stał się dowodem na to, że tam właśnie wydarzyła się 14 godzin wcześniej tragedia. Podobno kilka osób ów żakiet w nocy widziało, w tym poseł Max Kraczkowski. Co ciekawe, nie zauważył go 14 godzin wcześniej, rano, ani pan montażysta-operator Wiśniewski, ani pan kierowca Kwaśniewski, ani jego pasażer, pan ambasador Bahr, ani pan Stachelski, ani pan minister Sasin, ani pan Kwiatkowski, ani pan Wierzchowski, ani w ogóle nikt. Ba! Nikt nie zauważył kokpitu tutki, a ten „drobiazg” naprawdą trudno przeoczyć.

Tym bardziej nie dziwota, że nikt nie zauważył walających się w błocie komputerów pokładowych, czyli systemu wczesnego ostrzegania TAWS oraz komputera FMS (Flight Management System), które w obecnej dobie są zaraz po silniku najważniejszymi urządzeniami każdego samolotu od Cesny poczynając i dzięki nim podobno nawet ja po jednej próbie i to z zamkniętymi oczami potrafiłabym wystartować z Okęcia i wylądować w Smoleńsku.
Pan montażysta-operator Wiśniewski, który był pierwszy z kamerą na miejscu tragedii, znalazł co prawda od razu czarne skrzynki w pomarańczowej kapsule, co wyglądało bardzo filmowo, ale komputery znalazł nie wiedzieć kiedy zdaje się Spec-Naz. Albo straż pożarna. No, chyba że sprawne sanitariuszki w wolnej chwili.
W każdym razie bezcenne komputery produkcji amerykańskiej znalazły się od razu we właściwych rękach i po zaledwie dwóch tygodniach leżenia – jak chcemy wierzyć -w zamkniętym na cztery spusty sejfie w Moskwie, zostały przesłane pocztą dyplomatyczną do USA, do producenta czyli Universal Avionics. Faktem jest, że JAKO JEDYNY DOWOD, jeśli nie liczyć ciał naszych Ofiar w zalutowanych trumnach, opuściły one Rosję i znalazły się w USA, w rękach ekspertów. Reszta dowodów nadal jest aresztowana w Rosji i nawet zapis czarnych skrzynek otrzymaliśmy z 10-minutowym bonusem w postaci kopii.
Jak zatem mógł minister Szojgu do tego dopuścić, by komputery pokładowe badał kto inny?
Moje głębokie i postępujące przeświadczenie o spiskowej praktyce dziejów kazało mi spytać paru fachowców z naszej strony, czy aby owe "zapisy" z TAWS od początku nie miały być uwiarygodnione przez amerykańskich przyjaciół? Wygląda bowiem na to, że tak to zaplanował MAK, a wiary-godni i poczciwego serca Polacy łatwo uwierzyli w "badania i ekspertyzę" w Redmond.
Tymczasem, ujmując to najkrócej w punktach, fakty są następujące:

  1. Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma takiego prawa. Badania wykonywał MAK, wszystkie od A do Z.
  2. MAK zwrócił się o pomoc prawną do strony konwencji ICAO (International Civil Aviation Organization)- NTSB w badaniu skrzynki FMS i TAWS wyprodukowanej przez firmę amerykańską, czyli z jurysdykcji NTSB wykazując tym samym nadprogramową dobrą wolę.
  1. NTSB w ramach pomocy przekazał materiały do Redmond, a otrzymane wyniki przekazał do MAK. Fachowcy w Redmond odczytali zamówione wybrane dane i zwizualizowali je na papierze. Nic ponadto. Nie wypowiadali się na tematy wiarygodności lub integralności tych danych, bo nie byli o to pytani.
  2. MAK na mocy konwencji ICAO przekazał swój raport ze śledztwa z odczytami z Redmond do publikacji w NTSB.
  3. NTSB opublikowała raport MAK z zaznaczeniem autorstwa MAK. Widnieje tam do dziś godzina zdarzenia 8.56!
  4. NTSB i w ogóle Amerykanie nie mogli i nie wykonali niczego w tej sprawie, poza rolą skrzynki pocztowej, zatem nie mogli nic z własnej inicjatywy badać, ogłaszać, publikować, ponad to, co zostało zlecone przez Rosjan. Nie są oni bowiem prawnie zainteresowaną stroną w tej sprawie. Wszystko, co mogli, to spełnić czyjeś prośby na mocy umów międzynarodowych.

Redmond wykonało zleconą przez NTSB ekpertyzę skrzynek otrzymanych z Moskwy, w zakresie wskazanym przez Moskwę. Nie musieli wykonać tego na
zlecenie MAK wprost, a na polecenie NTSB musieli wykonać to,o co poproszono i w ścisłym zakresie tylko to, o co poproszono. (tutaj link-klik) Taki mówi konwencja o współpracy. Czyli powtórzmy jeszcze raz: NTSB poleca odczytać skrzynki i dokonać ich zapisu na osi czasu z wizualizacją w postaci wykresu i zrzutem danych w np. .xls (Excel) I to Redmond wykonuje. Nic ponadto. Nie może wyrażać opinii o prawidłowości danych, albo o stanie skrzynki, jeśli nie jest o to proszona. MAK mógł wysłać rozbebeszone pudełko z podmienionymi częściami i poprosić o odczyt. Redmond wykonuje. I koniec! Choć byłoby nawet oczywiste, że to fałszerstwo, nie mogą nic o tym mówić, bo o to nie pyta urząd NTSB. To jest jasne jak słońce dla każdego, kto jest obeznany z procedurami administracyjnymi dobrze funkcjonujących organizacji.

  • 7. Według prawa międzynarodowego stronami do tego zdarzenia są rządy PL i RU, które na mocy umowy Tuska z Putinem przekazały do badania MAK okolicznosci katastrofy. To umocowanie jest jasno przez MAK wykazane i opublikowane na stronie NTSB - proszę sprawdzić (tu link) Stronami są rządy PL i RU. Zresztą to oczywiste, bo mówi o tym prawo międzynarodowe, prawo lotnicze, konwencja chicagowska i konwencja ICAO. Wszystkie zgodnie stwierdzają, że samoloty państwowe (state aviation) należą do wyłącznej kompetencji właściwych rządów - właściciela samolotu i terenu zdarzenia. Jeśli na przykład włoski samolot rozbije się w Boliwii -są to rządy Włoch i Boliwii, jeśli francuski boeing na międzynarodowym Atlantyku - wyłącznie rząd Francji.

Podsumowując: NTSB i Redmond tak naprawdę nic nie badały, tylko w Redmond odczytano to, co im Moskwa przysłała. I tylko tyle, bo tyle im kazano, ani linijki więcej (choć mieli na to ochotę powiadamiając o duzej ilości danych- cyt.:“ Duża ilość surowych danych. Możemy przedstawić inne parametry w postaci czytelnej dła człowieka, jesli będzie potrzebne w śledztwie“), a z własnej inicjatywy nic robić nie mogą. Oczywiście, bez wątpienia wiedzą o wszystkim, co się wydarzyło, ale wiedza jest rzeczą zbyt cenną, by się nią niepotrzebnie chwalić.


Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o Smoleńsku w amerykażskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest to w raporcie czytelnie zaznaczone). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC.
W związku z powyższym dywagacje o rzekomych badaniach NTSB, wzywanie ich do takowych poprzez naszych parlamentarzystów jest dziecinnym nieporozumieniem. Nie jest natomiast zabawna akcja propagandowa wokół "badań NTSB". NTSB nie zrobił nic w tej sprawie i - co więcej - nic zrobić nie może, a gen. Anodina to sprawnie wykorzystała. Pomimo „świetnej współpracy“z Rosjanami nadal nawet nie wiemy, o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani, dlaczego. Ani- gdzie. Ani tym bardziej- czy w ogóle.



Ze strony NTSB:
http://www.ntsb.gov/aviationquery/brief2.aspx?
ev_id=20100429X00503&ntsbno=ENG10RA025&akey=1%20ENG10RA025


18.05.2011

Tajemnicze miejsca-Okęcie i Sewerny: glossa do FYMa

Tak! Wbrew najmocniejszym kneblom i zakazom czas na analizę Okęcia 10 kwietnia! Po 14 miesiącach od dnia zniknięcia polskiej delegacji do Katynia z Parą Prezydencką na czele nie Prokuratura, lecz Obywatelska Grupa Blogerów wreszcie bierze się za rekonstrukcję Punktu Wyjścia (patrz tutaj).
Biegnąc myślami do wydarzeń z tamtego poranka cały czas usiłuję w wyobraźni uzmysłowić sobie dwa decydujące według mnie momenty- moment startu na Okęciu i moment planowanego lądowania na lotnisku Sewernym w Smoleńsku. Próba rekonstrukcji  przez FYMawydarzeń na Okęciu 10 kwietnia 2010 zmobilizowała mnie do zapisania paru moich własnych pytań.
Ewidentnie brakuje jakichkolwiek faktycznych, realnych, wiarygodnych świadków i sprawdzalnych punktów zaczepienia. Na Okęciu niezależnie od mało przekonującego pana Klarkowskiego mieli przecież żegnać Prezydenta także pani Fotyga z panem Kowalem. Nie usłyszeliśmy nigdy ani jednego słowa na temat tej chwili ani od pani Fotygi, ani od pana Kowala. Dlaczego? Przecież każdy świadek jest na wagę złota. Każda wypowiedź weryfikuje inne wypowiedzi. Czy nie byłoby to zadanie dla nieoszacowanego pana Macierewicza i jego Zespołu Parlamentarnego?
Niewątpliwie należy cofnąć się jeszcze bardziej i zrekonstruować co najmniej przebieg całego dnia 9 kwietnia, a także nocy z 9 na 10 kwietnia. Wskazuje na taką konieczność choćby niewyjaśniona sprawa lotu stewardessy Justyny Moniuszko do Smoleńska ( z jaką załogą? jakim samolotem?) właśnie 9 kwietnia. Jak, kiedy i czym docierali poszczególni uczestnicy delegacji na lotnisko, skoro samochód szefowej Naczelnej Rady Adwokackiej, ś.p. Joanny Agackiej-Indeckiej, którym jechała w środku nocy z Łodzi na Okęcie został znaleziony po apelach męża dopiero tydzień później porzucony na wewnętrznym(!) parkingu hotelu „Domu Chłopa” w centrum Warszawy?
Jest jednak pytanie, jakie mnie od samego początku męczy:
DLACZEGO TEN LOT MUSIAŁ ODBYWAC SIE TAK WCZESNIE?
Kto personalnie organizował tę imprezę w Katyniu? Czy nie był to (tak jakoś w potoku wszelkich ustaleń 14 miesięcy temu mi się przypomina) sam pan minister Sasin z nieodłącznym panem ministrem Wierzchowskim? Czy nie oni właśnie mieli za zadanie organizację wszelkich prezydenckich imprez, szczególnie poza samym Pałacem Prezydenckim? 
Dlaczego ustalono czas uroczystości na Cmentarzu Katyńskim na godzinę jedenastą, co zmusiło tyle osób, w tym większość starszych wiekiem i schorowanych do wstawania o trzeciej-czwartej nad ranem? Czy dwie-trzy godziny później zmieniłyby cokolwiek w przebiegu uroczystości? Powszechnie wiadomo, że organizm człowieka w czasie między godziną trzecią i szóstą rano jest najsłabszy. W tym czasie najwięcej ludzi umiera, a i najwięcej się rodzi. Organizm pozbawiony snu w tych godzinach nie może przez cały dzień uzyskać stabilności. Domyślam się, że chciano skorelować czas przyjazdu pociągu z delegatami z czasem przylotu samolotów. Dlaczego zatem pociąg musiał przyjeżdżać tak wcześnie? Tak, czy inaczej był to przecież specjalny pociąg. 
Osobny, ważny i ciekawy temat, który - mam nadzieję-podejmą blogerzy- to owe osoby, które zrezygnowały z lotu samolotem oraz ich motywacje i tłumaczenia. Podobno pan Sasin oddał swój bilet pani Doraczyńskiej, która jednakoż była na liście pasażerów od samego początku. Dlaczego jednak fotograf osobisty pani Prezydentowej usłyszał, że dla niego nie ma miejsca na pokładzie samolotu, w którym było ponad 30 wolnych miejsc? (Dlaczego panu Wassermanowi dopiero w piątek późnym popołudniem potwierdzono udział w delegacji na pokładzie samolotu?)
W tym miejscu należy się objaśnienie: okazuje się bowiem, że Pan Prezydent miał swojego osobistego fotografa i Pani Prezydentowa miała również swojego osobistego fotografa. Obaj mają na imię Maciej. Jeden nazywa sieMaciej Chojnowski i był od 2005 r.osobistym fotografem Prezydenta, a drugi nazywa sie Maciej Osiecki i był fotografem Pani Prezydentowej. Tymczasem w wydrukowanym oficjalnym programie uroczystosci, który został rozdany wszystkim uczestnikom i organizatorom fotograf Maciej Osiecki znajduje sie na 66 miejscu na planowanej i zaklepanejliściepasażerów jako oficjalny fotograf Pary Prezydenckiej. 
W poniedzialek 12 kwietnia znaleźć można było wgazetach online następującą wypowiedź Macieja Chojnowskiego:
„-Z prezydentem latałem wszędzie – opowiada fotograf. – Jeszcze dwa dni temu byłem z nim na Litwie. Przeżyłem burzę w Iraku i pamiętny lot do Seulu: pasażerowie panikowali, a prezydent przychodził, pocieszał, mówił, że turbulencje się zdarzają.“
Maciej Chojnowski miał szczęście, że nie poleciał i cieszymy się razem z nim. To samo dotyczy Macieja Osieckiego, fotografa Pani Marii Kaczyńskiej. Ciekawe jednak, KTO nie pozwolił mu polecieć?Jak jednak znalazł się w Smoleńsku? Fakt, że brakuje jakichkolwiek profesjonalnych zdjęć z Okęcia wskazuje, że zostały one zaaresztowane. Nikt mnie nie przekona, że tak "dyskutowane" przedtem w mediach wydarzenie polityczne pozostawało poza zainteresowaniem fotografów i operatorów. KTO kazał te zdjęcia i filmy schować? 
W dwa dni po "katastrofie" tak opisywał podróż do Smoleńska osobistego fotografa Pani Prezydentowej dziennikarz gazety "Kommiersant" w reportażu, który przedrukowała GW:
„Było około dziesiątej wieczorem. Przyjechał już polski premier Donald Tusk. Jego samolot wylądował w Witebsku, a on sam jechał teraz samochodem do Smoleńska. Jeszcze kilka dni temu on i Władimir Putin lądowali na tym właśnie lotnisku. Donald Tusk nie chciał powtórzyć tej drogi. Jeden z Polaków powiedział mi, że Tusk rzecz jasna nie boi się, w żadnym razie, ale byłoby to nie w porządku wobec tych, którzy tu zginęli.

Zapewne Tusk tak pomyślał: dla niego, który teraz jest odpowiedzialny za Polskę, która nie ma już prezydenta, byłoby nieuczciwe wylądować tu po tym, kiedy 96 Polakom nie udało się tego zrobić rano tego samego dnia.
Polskiego premiera powitało trzech dziennikarzy: osobisty operator, osobisty fotograf prezydenta Kaczyńskiego i ich koordynator. Cała trójka tym razem dojechała do Smoleńska pociągiem, chociaż zwykle jeździli razem z prezydentem: tym razem leciało z nim samolotem zbyt wielu ludzi, więc poproszono, ich żeby skorzystali z pociągu.

- To była przyjemna podróż - powiedział mi jeden z nich. - Wygodny przedział. Nawet nie zauważyliśmy, że całą noc spędziliśmy w pociągu. Wcale nie martwiliśmy się, że nie polecieliśmy samolotem. (podkr. moje JMW)


Więcej... 
http://wyborcza.pl/1,76842,7764783,Ten_przeklety_rosyjski_las.html?as=2&startsz=x#ixzz1Mhl9LEZl

Tymczasem kilka miesiący później z wypowiedzi pana Marcina Wierzchowskiego przed Zespołem Antoniego Macierewicza dowiedzieliśmy się, że Maciej Osiecki razem z dwoma dziennikarzami TVP jechał jednym z trzech samochodów, jakimi panowie ci razem z panem Sasinem, Wierzchowskim i Oparą wybrali się do Smoleńska już w czwartek wieczorem. Nota bene - odległość podobną, jak z Katowic do Szczecina pokonywali aż dwa dni zatrzymując się na nocleg na Białorusi. Czyli pociąg czy samochód?
Dziwne, ale poza kilkoma zdjęciami wystawionych w Pałacu Prezydenckim trumien pary Prezydenckiej przez cały rok nie widać było w prasie żadnych zdjęć obu fotografów. Czyżby – jak operator Wisniewski – też zostali bezrobotni? A jeśli tak, to z jakiego powodu? To przecież doskonali fachowcy. Gdzie są zdjęcia Macieja Osieckiego (czy był zatrudniony przez PAP?) ze Smoleńska? Czyżby fotograf nie robił w Smoleńsku żadnych zdjęć? I dlaczego dwa dni później w poniedziałek 12 kwietnia dokonano zmian w jego notce biograficznej na Wikipedii? Dlaczego jego domowa strona (strona zawodowego fotografa!) została zredukowana do minimum? Pytania się mnożą. Im dalej w Smoleński Las, tym więcej drzew. 
Fotografowie Maciej Chojnowski i Maciej Osiecki żegnają Marię Kaczyńską.