Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

20.02.2012

Smoleńsk? POZAMIATANE!


No i pozamiatane. Najdosłowniej. Miliony z tytułu ugody zostały wypłacone rodzinom Ofiar Katynskiej Delegacji, oświadczenia o nieroszczeniu jakichkolwiek dalszych pretensji podpisane, pełnomocnicy Rodzin  są bardzo zadowoleni z dotychczasowej współpracy z prokuraturą, prokuratorzy są bardzo zadowoleni, że Moskwa ich kolejno wzywa na świadków, bo dzięki temu będą odsuwani od dalszych prac, p. Wassermanówna stwierdziła z mocą „nigdy się nie dowiecie czy przeżyli“, więc i zwolennicy teorii spiskowych też dostali jakiś ochłap. Zespół Parlamentarny wysłuchał BORowców. Ktoś stwierdził na Salonie, że „to jest kryminał“. Szczęście w nieszczęściu – osoby odpowiedzialne „pagibły“. Słowem – pełna sielanka z 97 ofiarami w tle.
Nic dziwnego, że ukoronowanie przyszło w porę. Niezawodni reporterzy RMF powiadomili nas kilka dni temu na swoim portalu (oczywiście  „nieoficjalnie“) że: „Cywilna prokuratura zamierza zakończyć wkrótce śledztwo w sprawie przygotowań do lotów premiera i prezydenta do Smoleńska w kwietniu 2010 roku. Oprócz wiceszefa BOR, którego prokuratorzy podejrzewają o niedopełnienie obowiązków i poświadczenie nieprawdy, nikt więcej nie usłyszy zarzutów. Według informacji Romana Osicy, umorzenie pozostałych wątków śledztwa planowane jest na koniec lutego. Prokuratorzy ustalili osoby odpowiedzialne za niedopełnienie obowiązków oraz za bałagan podczas przygotowania tej wizyty.  (Teraz uwaga!) Osoby za to odpowiedzialne zginęły jednak w katastrofie.“

Co prawda, do końca kwietnia można jeszcze przeprowadzić ekshumacje, ale nawet pierwsza wnioskodawczyni, p. Gosiewska nie wykazuje aktywności w tym kierunku. Podobno Rosjanie coś przeciągają. A że  brak jest nowych wniosków ze strony pokrzywdzonych rodzin, to znak, że nie są one tym zainteresowane.
 No więc czy  nie jest pozamiatane?
Tymczasem Zespół Parlamentarny po udanym tournee jego Przewodniczącego po USA i Kanadzie obiecuje ustami tegoż dalszy lans w Brukseli. Piszę to oczywiście sarkastycznie, bo nie może to być nic innego, jak tylko lans. Nazwa „Zespół Parlamentarny d/s wyjaśnienia tragedii smoleńskiej“ brzmi poważnie, jednak nie jest to żadne ciało posiadające osobowość prawną. Toteż takie ciało nie może praktycznie występować na zewnątrz. Nie może się czegokolwiek domagać od instytucji  i organów krajowych i zagranicznych. Nie może nawet złożyć wniosku do prokuratury z tytułu art.240 kk, do czego zobowiązane są konstytucyjnie obywatele i instytucje RP . Może to zrobić natomiast osobiście pan przewodniczący i wszyscy członkowie Zespołu oraz jego „społeczni asystenci“. Czy to zrobili?  Przypuszczam, wątpię, jestem pewna, że nie. Wystarczyła im najwidoczniej przyjęta przez prokuraturę kwalifikacja „nieumyślnie spowodowanej katastrofy w ruchu komunikacyjnym“.  Tymczasem, kiedy pojawia się publicznie podejrzenie o zamachu, złożenie wniosku do prokuratury z art.240 kk powinno być tego logiczną konsekwencją. Inaczej wisi w powietrzu zarzut „grzechu zaniechania“. (definicje w tresci art. 240 § 1 kk w przypisie)

 Tym bardziej Zespół nie może domagać się powołania żadnych komisji międzynarodowych. Pan Antoni Macierewicz, mimo  przypisywanej mu charyzmy, nie może przecież udać się do obecnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego i poprosić go, aby za plecami Tuska i Putina takąż komisję powołał i mianował do niej określone osoby, które tylko na to czekają przebierając niecierpliwie nóżkami... Nie chcę tu puszczać wodzów literackiej fantazji i obmyślać, co miałaby taka międzynarodowa komisja badać? Pancerną brzozę na Sewernym? 
Tzn. ściśle mówiąc, pan Macierewicz może to zrobić, jeśli będzie miał taki kaprys, może pójść lub napisać do pana Schulza, tylko że pan Martin Schulz, mimo całej sympatii do charyzmatycznego posła niechybnie poradzi mu w pisemnej odpowiedzi między wierszami, żeby udał się najpierw po atest np. do Instytutu Psychiatrii na Sobieskiego ….
Pan Przewodniczący Zespołu Parlamentarnego obiecując swoim zachwyconym słuchaczom tournee po UE z wielkim finałem w Brukseli musi jednoczesnie ukrywać bolesny fakt, że prawnie nic się już nie da wygrać. I że on, obojetnie jaką sobie przypisze role, czy  jako poseł, czy jako przewodniczący tak ważkiego „zespołu“ nie ma żadnego prawa do występowania do jakichkolwiek zagranicznych instytucji. I to nawet w przypadku, gdyby się z jakąś taką instytucją całkiem poważnie i terminowo pisemnie umówił, zamiast zawadiackiego wydzwaniania znienacka dzień wcześniej, jak to miało miejsce z senatorem Kingiem  w listopadzie 2010 w Waszyngtonie.
Przy tym pozostaje nieprzeniknioną zagadką, dlaczego na czele Zespołu Parlamentarnego stanął sporny i konfliktowy polityk - Antoni Macierewicz (czy nie występuje tu klasyczny konflikt interesów? AM jako świadek i jako szef zespołu parlamentarego?), a nie np. Zbigniew Romaszewski, z doświadczenia i cech charakteru bardziej predystynowany do odegrania takiej roli. Być może dzięki jego kandydaturze byłaby szansa choćby w obecnej kadencji na utworzenie regularnej Komisji Parlamentarnej. Tymczasem przesuwając go nieoczekiwanie do innego niż dotąd  okręgu wyborczego Jarosław Kaczyński zmarnował szanse Romaszewskiego na mandat senatora.
 Jacy ludzie stanowią Zespół Parlamentarny? Oficjalna lista nazwisk jest długa, ale kto, oprócz hiperaktywnego Antoniego Macierewicza faktycznie w nim pracuje? Na moje pytanie o to skierowane publicznie do samego Przewodniczącego w maju ub. roku usłyszałam w odpowiedzi, że jest to...tajemnica. Ciekawe, tajemniczy zespół w sejmie....Jednak mimo to pan Przewodniczący postanowił łaskawie rąbka tej tajemnicy przede mną i innymi zgromadzonymi na spotkaniu w Berlinie uchylić. Usłyszeliśmy zatem, że Zespół na codzień, to kilkanaście osób pracujacych nieodpłatnie po kilka godzin w tygodniu, bo do przeanalizowania są przecież...“dziesiątki tysięcy zdjęć“.  Czyli byłoby to z grubsza licząc kilkadziesiąt roboczogodzin w tygodniu, definitywnie ponad sto w miesiącu, mnożąc przez liczbę 17 miesięcy czyniłoby to co najmniej 1700-2000 roboczogodzin.
Co osiągnięto przez ten czas? Bo rozumiem, że prof. Binienda angażował swoje własne amerykańskie  roboczogodziny.  Podobnie dr. Nowaczyk. Czy znaleziono wśród „dziesiątków tysięcy“ (kto i kiedy je na miejscu wypadku zrobił? Czy nie pracownik rosyjskich służb Amielin?) choćby ślad kokpitu? Choćby jedno ciało? Co poza tym zdziałał Zespół?
Otóż starczy do wymienienia tych dokonań palców jednej ręki: była to początkowa seria tzw. „wysłuchań“ przed Zespołem Parlamentarnym, z których część została spisana, uzupełniona ostatnio wystąpieniem dwóch byłych oficerów BOR, dwa tzw. „telemosty“ z prof. Biniendą i dr.Nowaczykiem oraz niedawna prezentacja subaktywnej „gry komputerowej“ dla początkujących pt. „Rekonstrukcja wraku“. Wszystko to niestety, z wyjątkiem może drugorzędnych dla sprawy samej Tragedii badań prof. Biniendy,  pozbawione większych wartości poznawczych dla samego śledztwa.
 Najważniejszą z punktu widzenia śledztwa musiałaby być kwestia punktu wyjściowego , tzn. nie tylko lotniska Okęcie, lecz i drogi do niego uczestników Delegacji, następnie całej trasy lotu oraz tego, jak i gdzie osoby uznane za ofiary zginęły. Tymczasem właśnie tymi kwestiami Zespół Parlamentarny nie zajął się wcale.
 Zadziwiająca jest, co zresztą kilkakrotnie podnosili już dziennikarze, jak np. Łukasz Warzecha w Rzepie juz w r.2010 czy  blogerzy, jak np. Atem albo Rexturbo, niekompetencja Zespołu, a co za tym idzie- niedyskontowanie skromnych, lecz dostepnych, możliwości zbliżenia się do Prawdy o 10 Kwietnia. Sam pan Macierewicz lub pani poseł Kruk to niewątpliwie nieprzeciętnie inteligentne i utalentowane osoby, ale przecież nie mają umiejętności i wiedzy prokuratorów lub fachowców branży lotniczej czy... medycznej (np. na jakiej podstawie i w oparciu o jakie symptomy min. Jacek Sasin ustalił  i to jeszcze na długo przed znalezieiem ciał Pary Prezydenckiej, że oboje nie żyją?- o to pana Sasina nawet nie spytano)
 Najważniejszym dowodem rzeczowym w "sprawie" powinien być  kokpit i ciała ofiar. Każdy  "karnista" - medyk sądowy i biegły z zakresu awioniki i wyposażenia samolotu - urzadzeń rejestrujacych mechanicznie ostatnie chwile lotu i moment wypadku, przyzna,  że "zegary" w kokpicie rejestrują w chwili wypadku podstawowe dane, pozwalające ocenić przyczyny i przebieg zdarzenia. Zatrzymane w czasie "dane" są technicznym obrazem przebiegu zdarzenia w ostanich sekundach katastrofy. W przeciwieństwie do tzw. "skrzynek" czarnych, czerwonych, albo żółtych, nie mogą być sfałszowane. Mogą zostać tylko zniszczone, np. przez usunięcie, ukrycie, bądź w końcu fizyczne zniszczenie kokpitu. Tymczasem rzekomo znalezione przez Rosjan urządzenia pokładowe FMS i TAWS rzekomo mające pochodzić z tego właśnie samolotu były w opowieściach pana Przewodniczącego, które snuje publicznie do dziś. Miały być BADANE przze amerykańskich ekspertów w Redmond. Jak z tym naprawdę było pisałam dwa razy(nie było żadnych amerykażskich ekspertyz!) i pan Przewodniczący z zaciśniętymi zębami musiał mi przyznać rację.

Właściwie zabezpieczone po zajściu zdarzenia ciała ofiar są fundamentalnym źródłem wiedzy o przebiegu zdarzenia i przyczynach śmierci ofiar. A przecież o LUDZI nam chodzi, a nie o to, jak i gdzie rzekomo odpadło skrzydło czy na jakiej wysokości nastąpiło „zamrożenie komputera“.

Indywidualny i niepowtarzalny kokpit samolotu Tu154-101  i znajdujące się w nim, lub w jego pobliżu, ciała ofiar, musiałyby stanowić właśnie takie źrodła dowodowe. Jeżeli ich w tym wypadku nie zabezpieczono i nie pozwolono na ekshumacje i weryfikację, ani się ich nawet publicznie nie domagano,  to powinno zmusić osoby występujące w "sprawie", deklarujące publicznie swoje oburzenie i świętą wolę powoływania kolejnych komisji, by przyjrzały się uważnie swojemu odbiciu w lustrze.
 Zdumiewają zaniechania i uniki Zespołu Parlamentarnego i jego Przewodniczącego  i do ich przykrycia nie wystarczą talenty wędrownego kaznodziei czy szarm  przesympatycznego teścia. Jednak zastanawia mnie szczególnie palący problem, jaki pan Przewodniczący ma osobiście nie z prokuratorami, nie z Tuskiem czy Komorowskim, lecz z  anonimowymi (lub występującymi pod własnym imieniem i nazwiskiem- jak w moim przypadku) ludźmi z wielu krajów i kontynentów, którzy nie znając się przedtem, zjednoczyli się od prawie dwóch lat w nieustępliwym dążeniu do poznania Prawdy  o  tragedii 10 Kwietnia, czyli o tym, jak i gdzie  oraz dlaczego zginęła  nasza Delegacja.  Upór, z jakim Antoni Macierewicz w wielu publicznych wystąpieniach usiłuje zdyskredytować nasze wysiłki nazywając nas głośno wręcz AGENTAMI wskazuje  co najmniej na daleko posuniętą manię prześladowczą -  podobno chorobę zawodową byłych ministrów spraw wewnętrznych. Jednak choroba ta  u innych znanych mi polskich i zagranicznych ministrów MSW nigdy nie wiodła aż poza granicę śmieszności.  Należy   wyciągnąć z tego pilny wniosek zanim PiS zgłosi w przyszłości swoje kandydatury na Prezydenta RP.  Generalny obowiązek fachowych badań dla wszystkich osób podejmujących się funkcji publicznych byłby krokiem wstępnym i z niewątpliwą korzyścią dla Polski.  
Gdyby jednak było pewne, że pan Antoni Macierewicz publicznie używa w stosunku do całej grupy osób, w tym mnie, tego deprecjonującego określenia świadomie i w całej przytomności umysłu, dyskwalifikuje go to w moich oczach i w oczach wielu innych osób nie tylko jako polityka i posła, ale i jako człowieka. Cieszy się on co prawda  immunitetem, jednak  dla mnie utracił on tzw. zdolność honorową. 
Jest niewątpliwie ciosem dla wszystkich wyborców poruszonych Tragedią 10 Kwietnia, że Zespół Parlamentarny nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Mało tego, jest to cios o wymiarze historycznym. Zmarnowano jedyną szansę na kalekie co prawda, ale wyjaśnienie czegokolwiek w tym bezprecedensowym Zdarzeniu. Odbija się to czkawką już teraz, a znajdzie swoje fatalne odbicie w politycznym znaczeniu Polski i postrzeganiu Polaków na arenie międzynarodowej. Miało być przyzwoicie, a wyszło jak zwykle.
 My, niestety, mimo upływu prawie dwóch lat nadal nie wiemy, gdzie, o której godzinie i jak zginęła nasza Delegacja. I czy w ogóle opuściła granice Polski. W wielu z nas zostanie na zawsze niezabliźniona rana.

________________________
Przypis:

art. 240 kk
§ 1. Kto, mając wiarygodną wiadomość o karalnym przygotowaniu albo usiłowaniu lub dokonaniu czynu zabronionego określonego w art. 118, 127, 128, 130, 134, 140, 148, 163, 166, 189 lub 252, nie zawiadamia niezwłocznie organu powołanego do ścigania przestępstw, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

13.01.2012

Antoni Macierewicz- list do mnie czy do FYMa?



 Pan poseł Antoni Macierewicz opublikował (patrz tutaj) na prośbę anonimowych blogerów swój list, jaki był uprzejmy przysłać mi pocztą elektroniczną w zeszłą niedzielę wieczorem. Do wczoraj byłam przekonana, że list ten skierowany był do mnie. Dlatego omówiłam go krótko (tutaj) cytując z niego najistotniejsze stwierdzenia, które przytoczyłam precyzyjnie (patrz zaznaczony na żółto tekst w oryginale – poniżej link).
Nie odnosiłam się do pełnych żalu dywagacji Pana Posła  na temat nieokreślonych publicystów, którzy „nie chcą w ogóle podjąć badań tego co mozna zbadać“. Uważałam też, że należy spuścić wstydliwą kurtynę milczenia na niezwykle emocjonalną drugą część listu, która w moim mniemaniu odzwierciedla idiosynkrazje steranego 45-letnią walką o lepszą Polskę działacza.
Okazało się jednak wczoraj, że dla pana Posła Macierewicza ta właśnie część jego listu była najważniejsza, ponieważ swoją publikację na portalu „w Polityce“ kazał zatytułować w ten oto sposób:
Antoni Macierewicz w sprawie koncepcji FYM-a - PEŁNY TEKST LISTU
Ucieszyło mnie w niedzielę, że przewodniczący Zespołu Parlamentarnego przyznaje mi rację w sprawach ewidentnie zasadniczych, czyli fałszowania danych TAWS/FMS przez Rosjan oraz uwiarygadniania ich (chcąc nie chcąc) przez Amerykanów, a także tzw. „ maskirowki“ (zaplanowanej inscenizacji) na Sewernym i nie odwołuje tego w środę.
Wczoraj jednak, patrząc na cytowany wyżej tytuł, z przykrością stwierdziłam, że list ten skierowany był nie tyle do mnie, co w istocie do popularnego blogera FYMa (Free Your Mind – tutaj). FYM ma niebawem ogłosić wynik wielomiesięcznego śledztwa obywatelskiego w sprawie Kłamstwa Smoleńskiego w formie książki, która będzie udostępniona nieodpłatnie w sieci.
Dziwić się jednak należy, że były minister spraw wewnętrznych, były wiceminister MON i były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) otoczony kręgiem asystentów i pomocników nie wysłał swojego listu bezpośrednio do blogera FYMa, do którego ma widoczne teraz, po publikacji swojego listu, dla wszystkich, choć dla mnie niezrozumiałe, żale i pretensje. Czyżby przy takim aparacie trudno było znaleźć (wielokrotnie powtarzany w sieci!) adres emailowy? Na szczęśćie dzięki upublicznieniu przez Pana Posła całego listu dowiedział się o jego budującej treści – jak mniemam – także właściwy adresat i wybaczy starszemu panu z tak heroiczną biografią przykre zarzuty i niezręczne sformułowania. Chciałoby się powiedzieć - wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Niestety, problemy komunikacyjno-epistalograficzne pana Posła nie zbliżyły nas ani o krok do rozwiązania, na jakie czekamy. Dlatego muszę tu znowu powtórzyć: mimo upływu 21 miesięcy, pracy dwóch prokuratur i trzech komisji oraz Zespołu Parlamentarnego nadal nie wiemy, ani o której godzinie dokonała się zagłada Delegacji, ani - dlaczego. ani też gdzie.

Antoni Macierewicz potwierdza: nie było amerykańskich ekspertyz


Serdecznie dziękuję za list, otrzymany od pana Antoniego Macierewicza, w reakcji na mój artykuł o "amerykańskich ekspertyzach" (patrz porzedni wpis)

Po moim artykule na temat przekłamań w rzekomej amerykańskiej „ekspertyzie” zapisów z komputera pokładowego samolotu typ Tu154M nr seryjny 90A837, oraz zapisu skrzynki TAWS, którymi szczycił się dotąd Zespół Parlamentarny, otrzymałam list od jego Przewodniczącego, pana posła Antoniego Macierewicza. Pan poseł stwierdza już w drugim zdaniu:„przeczytałem Pani wpis z 5 01 '12 dotyczący odczytu systemu TAWS oraz FMS.W pełni zgadzam się z tą rekonstrukcją wydarzeń dotyczących odczytu, jaką pani przedstawiła.“
Ponad to afirmujące oświadczenie, ucieszyło mnie także uznanie prymatu faktów w następującym stwierdzeniu pana Antoniego Macierewicza :„…nie znaczy to, że zapisy TAWS i FMS nie były w różnorodny sposób fałszowane“ Przypomnijmy, że zapisy te zostały uznane za najważniejszy dowód katastrofy na smoleńskim Siewiernym, i przedstawiane były opinii publicznej przez Przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego jako… wynik badan amerykańskich ekspertów.
Tymczasem, jak pięć dni temu wyraźnie napisałam w moim artykule:
Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma do tego prawa. Badania wykonywał rosyjski MAK, wszystkie od A do Z.
Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o rzekomych wstrząsach nad smoleńska ziemią znajdujące się obecnie u amerykańskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest ten fakt w dokumentach NTSB czytelnie zaznaczony). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC domniemanej katastrofy. Jako że zapisy te mogły być, i zapewne zostały sfałszowane, ich wartość dowodowa równa się zeru.
Przewodniczący Zespołu Parlamentarnego poseł Antoni Macierewicz przyznaje w liście dalej że „…'maskirowka' w sposób oczywisty odgrywała w tej operacji kluczową rolę. Nie mam co do tego wątpliwości…“ Zatem i w tej kwestii zgadzamy się choć—nie wiedzieć na jakiej podstawie—pan Przewodniczący chce jednocześnie wierzyć, że te ok. 30 ton mniej lub bardziej zardzewiałego złomu wywiezionego z polanki na wschodnim końcu lotniska Sewernyj, i zrzucone na południowym skraju tego samego lotniska, mogło kiedykolwiek należeć w części lub w całości do naszej 80-tonowej, odnowionej, błyszczącej świeżym lakierem tutki, zaś ponad 12 ton paliwa ulotniło się bez pozostawienia śladu.
Na szczęście, Zespół Parlamentarny działa i—jak zaznacza w swoim liście jego przewodniczący—ma jeszcze wiele zagadek do wyjaśnienia.Postrzega się przy tym jako obiekt ataków wrażych sił. Cieszy, że uzasadnione obawy o negowanie niepodważalnych faktów zostały przez Pana Przewodniczącego rozwiane. Tym bardziej więc należałoby zwracać baczną uwagę na czystość metodologiczną, a w szczególności weryfikowalność przy publicznym przedstawianiu koncepcji przez Zespół.
Pan Antoni Macierewicz pisze do mnie w liście na końcu tak: "Proszę więc o uczciwą dyskusję i rozważenie moich argumentów"
Ponieważ—jak nauczał Św. Tomasz z Akwinu—Prawda jest jedna, integralna, całkowita i niepodzielna , oraz ma tę właściwość, że zawsze wychodzi na światło dzienne, to nie wątpię ani przez chwilę, że tak będzie i tym razem. Prawda nie podlega dyskusji. Prawda o losie naszej Delegacji w dniu 10 kwietnia wyjdzie na wierzch. Nawet, kiedy dziś, mimo upływu 21 miesięcy, nadal nie wiemy o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani - dlaczego. Ani też gdzie. Ani tym bardziej — czy w ogóle.
Wygląda na to, że nie dowiemy się tego od naszych prokuratur. Zawodzą one—jak widać—na całej linii. Tym większa jest rola Zespołu Parlamentarnego, który moim zdaniem nie tylko powinien stale walczyć o status Komisji Sejmowej, ale i niezależnie od od tego powinien niezwłocznie zabrać się do wysłuchiwania ważnych świadków wydarzeń sprzed 21 miesięcy, zamiast polegać na „amerykańskich ekspertyzach”. Nie można bowiem zgodzić się na to, aby ta bezprecedensowa w historii naszego kraju tragedia została przykryta patyną kurzu i stertą bezwartościowych ekspertyz.

Polacy na to nie pozwolą. Jeżeli zawiodą oficjalne drogi, to nie zawiedzie śledztwo obywatelskie. Czas na podsumowanie wyników.


22.11.2011

Sasin- Święta Krowa III RP?- korespondencja z prokuraturą


W dniu 9 września wysłałam do prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa
z art. 128 k.k.§ 1 i 2 oraz z art. 231 §1 (nadużycie władzy) przez ministra Jacka Sasina w Smoleńsku w dniu 10 kwietnia 2010 r. (do przeczytania tutaj)
Sprawa została przekazana do rozpatrzenia do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście. Nieznany z imienia i nazwiska prokurator przysłał mi poniższą  odpowiedz, na która wystosowałam cytowane jeszcze niżej zażalenie.

Zawiadomienie
o odmowie wszczęcia śledztwa

Sekretariat Prokuratury zawiadamia Panią, jako osobę, która złożyła zawiadomienie o przestępstwie, ze postanowieniem Prokuratora Rejonowego Warszawa Śródmieście w warszawie z dnia 31 października 2011 pod sygnatura akt 1 Ds 1004/11 MG
ODMÓWIONO WSZCZĘCIA ŚLEDZTWA
w sprawie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia  obowiązków przez ministra w kancelarii Prezydenta RP Jacka Sasina, poprzez podanie do publicznej wiadomości w dniu 10 kwietnia 2010 roku, po niedługim okresie czasu po ujawnieniu katastrofy samolotu TU-154M, informacji o śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii Kaczyńskiej., tj. O czyn z art. 128 § 1 kk.

Referent Prokuratury Rejonowej
Sylwia Tuszyńska


Prokuratura Rejonowa Warszawa Srodmiescie
Krucza 38/2
00 512 Warszawa
Faxem nr.004822 6213857


Zażalenie
na decyzje odmowy wszczęcia śledztwa
 z dn.31 października 2011, sygn. Akt 1 Ds 1004/11/MG


Wielce Szanowny Panie Prokuratorze (nazwisko niestety nieznane),
Pańska decyzja o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie tak ewidentnie burzącej poczucie prawa u każdego dorosłego, dojrzałego i pozostającego przy zdrowych zmysłach człowieka jest kompletnie niezrozumiała.
Faktem jest, ze na wiele godzin przed odnalezieniem ciała śp. Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (sic!) oraz na kilkadziesiąt godzin (sic!) przed odnalezieniem ciała śp. Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej pan Jacek Sasin dysponował wiedza o śmierci Pierwszej Pary Rzeczypospolitej.

Jak do tej wiedzy doszedł i wskutek jakich czynności medycznych ustalił fakt zgonu Pary Prezydenckiej, o czym powiadomił osobiście i przy świadkach opinie publiczna – pozostaje jego ponura tajemnica.

Odmowa wszczęcia śledztwa w tej sprawie każe wątpić o tym, ze Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa i leży w Europie.
Pańska decyzja niweczy wysiłki Pańskich kolegów – prokuratorów zajmujących się śledztwem w sprawie wypadków 10 kwietnia i jest równoważna z przyjęciem koncepcji zamachu z zamiarem likwidacji Głowy Państwa.

W związku z tym domagam się jej niezwłocznego i rzeczowego uzasadnienia.

Na wypadek odmowy przyjęcia tego zażalenia z jakichkolwiek powodów formalnych sygnalizuje już teraz, ze sprawę skieruje do instancji wyższej w celu skontrolowania zachowania norm unijnych.
Z poważaniem


9.11.2011

Jak obalaliśmy berliński Mur


Oficjalnie Berliński Mur „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989 roku po 28 latach istnienia,

Ósmego sierpnia 1988 roku wjechaliśmy do Berlina, o którym wiadomo było, że jest podzielony na sektory amerykański, brytyjski i francuski i poza tym stoi w nim wschodnioberliński Mur. Za nim znajduje się sektor sowiecki czyli Berlin Wschodni. W polskich gazetach nie było nigdy zdjęcia Muru, więc trudno było go sobie wyobrazić. Szczerze mówiąc, nie było takiej potrzeby.Wschodni Berlin nas nie interesował, nawet wręcz przeciwnie…Jak śpiewał kiedyś Leonard Cohen: „first we’ll take Manhattan, then we’ll take Berlin...” Westberlin, oczywiście.

1.
Najpierw była była jednak stacja Ostbahnhof, gdzie wysiedli podróżni udający się do NRD. Pociąg musiał na niej swoje odstać, choć według rozkładu jazdy przystanek miał tam trwać kwadrans. Trwał jednak około dwóch godzin, które ciągnęły się niemiłosiernie. Do wagonu wdarli sie umundurowani osobnicy płci obojga z formacji Bahnhofpolizei – policji dworcowej i zaczęli gwałtowne przeszukiwanie. Opukiwali, oświetlali latarkami wszystko: przedziały, ściany, sufity, podłogi. Wprawnymi ruchami rozbierali wagon na części pierwsze, zaglądali pod ławki, zdejmowali tapicerkę. Robotnicy kolejowi na zewnątrz opukiwali cały skład, sprawdzali podwozia. Wszystko to w umiarkowanym pośpiechu, z lekkimi pokrzykiwaniami. Nawet mysz nie miała prawa z własnej woli opuścić Niemiecką Republikę Demokratyczną – jedyną słuszną ojczyznę niemieckiej klasy robotniczej, żołnierzy i sportowców. Wreszcie pociąg drgnął i zaczął przesuwać się jak żelazny wielki ślimak wzdłuż szarej ściany, która wydawała się nie mieć końca, ani nie było widać jej górnej krawędzi. W ciemności oświetlało ją z góry brunatno-czerwone światło niewidzialnych reflektorów. Po kwadransie takiej jazdy zapytałam naszą młodą współpasażerkę, która wracała z wakacji u polskiej babci, co to takiego ta ściana. „Dimała” –odpowiedziała znudzonym tonem szesnastolatka. „Co to jest ta dimała?” – borowałam jej dziurę w brzuchu. „Dimała to jest die Mauer” odpowiedziala pół po polsku, pół po niemiecku. Nie miała w głowie polskiego odpowiednika tego slowa. Domyśliłam się go sama.
Tak właśnie otoczono Berlin Zachodni murem. Po stronie północnej, zachodniej i południowej za murem były laski i pola Brandenburgii, po stronie wschodniej Wschodni Berlin z czarnymi oczodołami pustych budynków w strefie "ochronnej". 
2.
Chris Gueffroy – młody przystojny chłopak z jasnymi lokami i błękitnymi oczami, kelner z zawodu, głównie zawodnik wschodnioberlińskiej drużyny „Dynamo”, nad którą miała swoją kuratelę niemiecka SB-cja czyli StaSi przeszedł do historii, jako ostatnia ofiara Muru. Mur pochłonął oficjalnie 136 ludzkich istnień, w większości młodych mężczyzn pomiędzy 18 i 30 rokiem życia. Jednak tak naprawdę liczba ofiar Muru, nieznanych z imienia i nazwiska jest o wiele dłuższa, bowiem osoby te zostały zastrzelone po stronie NRD-owskiej na wewnętrznym pasie granicznym. Nie zostają do liczby 136 wliczone równieżci, którzy wskutek nieudanej próby ucieczki popełnili samobójstwo.
Najmłodsza ofiara Muru to 15-miesięczny Holger H., który udusił się w bagażniku auta, w którym szmuglowali go rodzice. Najstarsza ofiara Muru, 80-letnia Olga Segler we wrześniu 1961 nieszczęśliwie skoczyła z drugiego piętra swojego mieszkania na zachodnią stronę i zmarła wskutek odniesionych obrażeń. Przedostatnia ofiara, Winfried Freudenberg, w dniu 8 marca 1989 r. dokonał spektakularnej ucieczki balonem do Berlina Zachodniego, jednak nie udało mu się szczęśliwie wylądować.

Muzeum Muru znane powszechnie jako Checkpoint Charlie (tuz za budynkiem znajdowało się przejście graniczne, przez które z pomocą przepustek trwał ruch dla Niemców i obcych) zebrało najpełniejszą, nawet dziś budzącą często gęsią skórkę dokumentację w tym zakresie i niewątpliwie warte jest odwiedzin.

3.
Mieszkaliśmy w odlegości 300 metrów od Muru w dzielnicy Neuköln w miejscu, które widać na filmie, który cieszył się w Polsce niemałym powodzeniem, bo był bardzo śmieszny: „Goodbye Lenin”. My mieszkalismy po zachodniej stronie Sonnenallee – Alei Słońca. Inaczej niż w filmie, nic tam nie było do śmiechu.Świadomosczony czyli strefy Muru była dojmująca. Czasem w biały dzien dawały się słyszeć suche wystrzały i wtedy spożywane akurat spaghetti bolognese stawało w gardle i nie dawało się połknąć. To strzelali nudzący się na platformach obserwacyjnych żołnierze NRD. Podobno strzelali tylko tak sobie, w powietrze. W końcu każdy żołnierz musi sobie trochę postrzelać. Może mieli określoną ilość naboi do wystrzelania? Mówiło się jednak, że celują czasem do ludzi po zachodniej stronie, dlatego tureckie matki (mieszkania w pobliżu Muru były najtańsze) nie pozwalały dzieciom bawić się na chodnikach na oczach uzbrojonych znudzonych żołnierzy NRD-owskich.
Nie mogliśmy jednak słyszeć strzałów, jakie oddano do 22-letniego Chrisa Gueffroya 5 lutego 1989, bo stało się to jakieś 2 kilometry od naszego miejsca zamieszkania. Chris, młody przystojny kelner z zawodu, a głównie zawodnik „Dynamo” został źle poinformowany. Zaprzyjaźniony oficer StaSi powiedział mu, że odwołano rozkaz strzelania do osób przekraczających Mur, dlatego Chris zdecydował się z kolegą na ucieczkę do wolnego świata i zginął. Strzelało do niego czterech żołnierzy, którzy dwa lata później, w świecie, którego się nie spodziewali, stanęli za to przed sądem. W trakcie przewodu okazało się, że morderca dostał 150 marek (wschodnich) premii. Odsiadkę w areszcie przygotowawczym zaliczono mu na poczet niewielkiej kary, jaką go symbolicznie ukarano. W końcu wykonywał tylko rozkazy. W Niemczech rozkaz to rozkaz.
Po Chrisie został biały symboliczny krzyż, jakimi pewne zachodnioberlińskie stowarzyszenie upamietniało ofiary Muru, ku wielkiemu niezadowoleniu władz Zachodniego Berlina oraz pamięć obolałej matki. Szkoda, że nie poczekał jeszcze pół roku. Z po-okrągłostołowej Warszawy wiał wiatr niosący rewolucyjny nastrój zadekretowanej na Kremlu „pierestrojki”, który kazał dotąd w swojej masie posłusznym i praworządnym obywatelom NRD w lecie masowo wyjeżdżać na „wczasy” do Warszawy, a potem Budapesztu i Pragi i tam kempingować w ambasadach zachodniej bratniej republiki.
4.
Kto nie widział, ten nie potrafi sobie wyobrazić, jak wygladał berliński Mur. Najlepiej znane jego zdjęcia pochodzą z tzw. East Side Gallery. Jest to 1316-metrowy kawałek Muru latem 1990 roku, a więc wtedy, kiedy dawno zniknęli już uzbrojeni żołnierze, zamalowany przez 102 artystów z wielu krajów podczas wspólnego workshopu. Najchętniej fotografowany kawałek to obraz całujących się w usta towarzyszy kom-partii Breżniewa i Honeckera. Fresk nosi tytuł: „ Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelną miłość”, a jego autorem jest Dmitri Wrubel. Jednak sam mur był szary i zbudowany z solidnego betonu. Jedyną jego dekoracją był drut kolczasty na zwieńczeniu. A i on jednak widoczny był tylko od wewnętrznej strony.

5.
Już latem 1945 r. częściowo za pomocą żółto-białych drewnianych słupów albo blaszanych tablic wytyczono linie demarkacyjne pomiędzy strefami okupacyjnymi w Berlinie.Dla rolników i pieszych wprowadzono mały ruch przygraniczny za okazaniem specjalnych przepustek. Na rozkaz sowieckiej administracji wojskowej (SMAD) w sowieckiej zonie wprowadzono uzbrojoną policję graniczną, która podjeła służbę od 1 grudnia 1946 roku z rozkazem strzelania do wszystkiego, co się na granicy może poruszać. Podróżujący pomiędzy sowiecką i zachodnimi strefami okupacyjnymi musieli przedstawić stosowne przepustki. W lasach dokoła otaczających zachodnie strefy okupacyjne Berlina Sowieci kazali oznaczyć granicę za pomocą drutów kolczastych i zasieków. Pierwsze strażnice graniczne powstały również po wschodniej stronie Berlina – nie tylko w lasach i na polach, ale przede wszystkim na ulicach.
Ustanowienie NRD w 1949 r. spowodowało paniczne i często filmowo spektakularne ucieczki mieszkańców nowego państwa do zachodnich Niemiec. Fakt ten zmobilizował komunistyczne władze do obwarowania granic dookoła Berlina Zachodniego płotami, zasiekami, instalacjami alarmowymi i wieżami strzelniczo-obserwacyjnymi i to od razu w podwójnej ilości. Utworzono bowiem pięciokilometrowej szerokości specjalny pas graniczny, a potem jeszcze 500-metrowy „pas ochronny“ tuż przed samą granicą, a wreszcie pomiędzy dwoma „nitkami“ granicy 10-metrową „szosę“, kontrolowaną nieustannie przez wojskowe jeepy.
Obywatele nowej krainy reglamentowanej według sowieckich wzorów powszechnej szczęśliwości stali się jej więźniami.
Tylko w samym mieście zastanawiano się, jak wybrnąć z problemu ryglowania granic. Nie był on prosty, bo obie części miasta – wschodnia i zachodnia – znajdowały się dosłownie w ślepej uliczce – transport miejski i kolejowy krzyżował się bowiem niezależnie od ideologii i z tego powodu potrzebny był konsensus . Dlatego ponad 40-kilometrowa granica miedy zachodnimi sektorami, a strefą sowiecką pozostawała jeszcze jakiś czas bez zdecydowanej kontroli. Szacuje się, że od roku 1945 do sierpnia 1961 uciekło ze strefy sowieckiej przez nieszczelne granice ponad 3,5 miliona obywateli niemieckich. Poza tym dla Polaków i Czechów Berlin Zachodni był także bramą na zachód. Około 50.000 wschodnich berlińczyków pracowało w latach pięćdziesiątych w Berlinie Zachodnim jako tzw. „pogranicznicy“. Wobec różnicy siły nabywczej marki wschodniej i zachodniej był to wymarzony job. Takiej niesprawiedliwosci nie mogly jednak tolerowac komunistyczne wladze wschodniego Berlina dłużej. Od 4 sierpnia 1961 „pogranicznicy“ zostali odpowiednim ukazem magistratu zmuszeni do płacenia za mieszkania w twardej walucie. Jednocześnie nasiliły się kontrole Volkspolizei czy „policji ludowej“ na ulicach wschodniego Berlina prowadzących na zachód. Podejrzani byli wszyscy, których można było posądzić o chęć ucieczki albo o szmugiel. A ten był koniecznością życiową. Przy kursie obu walut 1:4 i chronicznym braku produktów przemysłowych przy jednocześnie tanich środkach żywnościowych „socjalistyczna ojczyzna robotników i chłopów“ postanowiła zaryglować ostatnie bramy prowadzące na zachód.

Mimo utrzymywania tego planu w tajemnicy nie stanowiło to dla nikogo tajemnicy. Zaskoczeniem dla aliantów była jednak błyskawiczna realizacja powziętego postanowienia o wprowadzeniu „drastycznych kroków”, jak się to w politycznej nowomowie nazywało. W dniu 7 sierpnia 1961 obradujacy w Paryżu ministrowie spraw zagranicznych trzech sił alianckich okupujących Berlin wraz z ministrem SZ Bundesrepubliki uzgodnili wspólną reakcję na spodziewane działania rządu stalinowca Waltera Ulbrichta.
W raporcie niemieckiej agencji wywiadowczej BND z dnia 9 sierpnia, tuż po wizycie Ulbrichta u Chruszczowa na Kremlu w dniach 3-5 sierpnia znalazła się następująca informacja:„Według otrzymanych meldunków reżym wschodnioniemiecki stara się uzyskać w Moskwie zezwolenie na zastosowanie skutecznych blokad, szczególnie 
Zamknięcia granic do sektorów i przerwanie ruchu metra i kolei nadziemnej.”

Już 7 sierpnia 1961 Chruszczow w przemówieniu radiowym zakomunikował wzmocnienie sowieckich wojsk na granicy niemiecko-niemieckiej i powołanie dodatkowych rezerwistów. W sobotę 12 sierpnia niemiecka służba BND otrzymała z poufnego źródła informację, że wobec wciąż rosnącego strumienia uciekinierów w najbliższych dniach nastąpi ostateczne zamknięcie wszelkich dostępnych przejść na Zachód.
Tej samej nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 na rozkaz Ericha Honeckera żołnierze NVA, do tego 5000 członków wschodnioniemickiego WOPu, 5000 członków policji ludowej – zarówno oddziałów ochotniczych, jak i skorzarowanych i do tego 4500 członków tzw. oddziałów obrony fabryk (Betriebskampfgruppen) wysłano na ulice i tory kolejowe, aby zagrodzić wszelkie możliwe drogi ucieczki. Przerwano także trakcje tramwajowe i trakcje metra, w tym także naziemnego (S-Bahn). Zachodnioberlińskie pociągi metra od 13 sierpnia 1961 miały odtąd przez najbliższe 29 lat przejeżdżać przez wschodnioberlińskie, księżpcowo puste stacje bez zatrzymywania się na nich. Jeździe tej towarzyszyło za każdym razem nieprzyjemne uczucie.Kto tego nie przeżył – nie wie, o czym mówię.

6.
W propagandzie NRD-owskiej Mur miał stanowić antyfaszystowską ochronę przed „wywędrowaniem, szpiegostwem, sabotażem, szmuglem, wyprzedażą i agresją z zachodu“. Działania te były skierowane przeciwko własnym obywatelom i jak to pokazano w procesie pokazowym przeciwko Gottfriedowi Strympe w 1962 roku – mogły kończyć się mordem w majestacie prawa.
Według legendy Mur miał być rzekomo wzniesiony w ciągu 24 godzin. Prawda wylądała inaczej. Przede wszystkim wyznaczono granice. Dopiero potem spektakularnie zabrano się za wznoszenie betonowego muru, ale przede wszystkim w najbliższych dniach i tygodniach zabrano się w w wyznaczonym „pasie ochronnym“ za usuwanie mieszkańców z nadgranicznych domów, zamurowywanie klatek schodowych i okien. To z tych dni pochodzą dramatyczne zdjęcia ludzi skaczących z okien na drugą, zachodnią stronę, zjeżdżających po związanych prześcieradłach czy przeskakujących zasieki.
Przez najbliższe dwa tygodnie zdezerterowało w ten sposób co najmniej 85 żołnierzy i oficerów z oddziałów doglądających budowę Muru i zanotowano 216 udanych ucieczek ponad 400 osób.
Kanclerz Konrad Adenauer nawoływał przez radio do zachowania spokoju, tak, jakby obywatele Bundesrepubliki mieli zamiar chwycić za broń w obronie ogrodzonego murem i zasiekami Berlina Zachodniego. Jego ówczesny burmistrz – przyszły kanclerz Willy Brandt złożył u komenndantów poszczeglnyhc sektorów protest, co jednak nie wywołało żadnej reakcji. Cztery dni później przed ratuszem Schöneberg, gdzie urzędował Willy Brandt doszło do demonstracji, w której wzięło udział ponad 300 tysięcy zamurowanych zachodnich berlińczyków. Dopiero 72 godzin później nota protestacyjna komendantów trzech alianckich sektorów Berlina dotarła na Kreml. Dramatyczna historia miasta podzielonego Murem zaczęła pisać nowe strony... „Niezbyt piękne rozwiązanie, ale tysiąc razy lepsze niż wojna“ – miał podobno stwierdzić prezydent USA – John F. Kennedy, który dwa lata później wystękał w Berlinie swój najbardziej znany i wielokroć powtarzany przez innych bon-mot: „Ich bin ein Berliner“ – Jestem berlińczykiem.
7.
Do bezpośredniej konfrontacji pomiędzy siłami amerykańskimi i sowieckimi doszło 27 października 1961 na przejściu zwanym Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, gdzie stanęło naprzeciwko siebie z każdej strony 10 czołgów. Napięcie trwało niecałe 24 godziny i rozeszło się po kościach. Ważne jednak było przy tej okazji udowodnienie światu, że to nie NRD-owcy, lecz Sowieci byli panami we wschodnim Berlinie.
Od początku lat 1970-tych dzięki „polityce zbliżenia“ jaką uprawiał wobec Ericha Honeckera Willy Brandt granice pomiędzy obu częściami Berlina, jak i między RFN i NRD stały się nieco bardziej „przepuszczalne“ . Na początek dla tzw. osób nieproduktywnych, czyli rencistów, emerytów i dzieci. Potem przyszedł czas na artystów, pisarzy i muzyków, a za nimi na coraz większą ilość „przypadków wyjątkowych“. Dzięki temu wzrastała też liczba informantów i agentów NRD-owskiej Stasi po jednej stronie i nieco mniejsza liczba informatorów zachodnioniemieckiej BND.

8.
Jak wiadomo „dimała“ czyli Berliner Mauer „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada , na piątek 10 listopada 1989, po 28 latach istnienia.

Oficjalnie uważa się, że do otwarcia Muru przyczyniły się tzw. „poniedziałkowe“ demonstracje w Lipsku i Berlinie oraz trwające od wakacji letnich masowe ucieczki obywateli Wschodnich Niemiec do Warszawy, Budapesztu i Pragi. Od 11 września rząd Węgier otworzył granicę do Austrii.
W związku z tym rząd Honcekera przygotował projekt nowego prawa wyjazdowego, które zawierało pasaż o wizytach obywateli NRD w RFN. Projekt ten potwierdziło oficjalnie Biuro Polityczne SED w dniu 9 listopada. Prawo miało obowiązywać już od następnego dnia., co zostało ogłoszone na konferencji prasowej wieczorem o godz. 19.00.
Po kilku minutach informację podały wszytskie agencje informacyjne RFN oraz główne wydania dziennika telewizyjnego. Regulacja była ważna od zaraz. Trudno było wierzyć własnym uszom. Niektórzy jednak uwierzyli i udali się w kierunku przejść granicznych. I to zarówno ze strony zachodniej jak i wschodniej. Ci z zachodu przychodzili z butelkami szampana. Na przejściach natychmiast zjawiły się kamery telewizyjne i filmowały historyczne dziś zdjęcia oszalałych ze szczęścia ludzi. Pierwszy obywatel NRD został przepuszczony przez przejście na moście Bornholmskim o godz.21.20. Wobec naporu tłumu godzinę później odstąpiono w ogśle od sprawdzania i stemplowania paszportów.

Nie chciało się odchodzić od telewizora. Smak wolności nabrał smaku szampana. Piwo w knajpach dokoła przejść granicznych lało się strumieniami. I to za darmo dla obywateli NRD. Wystarczyło pokazać swój paszport.
9.
I choć Mur był w następnych tygodniach i miesiącach nadal tak samo był pilnowany, po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej zbierali się na nocne pikniki z szampanem młodzi ludzie. Z czasem zaczęli przystawiać drabiny i piknikowali siedząc okrakiem na Murze. Po kilku tygodniach zjawili się inni z młotkami i zaczęli wzorem dzięciołów wybijać w twardym betonie małe dziurki. Dziurki były z początku zaklejane od wschodniej strony, ale to powodowało jeszcze większą pracowitość “dzięciołów”. Tak więc dziurki powiększały się z każdym dniem. Na dowód tych akcji istnieje wiele zdjęć. Berlin nagle zaczął przyciągać wielu turystów. “Dzięciołowanie” na Murze stało się nagle ulubionym zajęciem młodzieży, w tym mojego nieletniego syna i turystów. Każdy chciał mieć swój udział w rozbijaniu Muru. Szary Mur nagle zaczął pokrywać się kolorowymi sprayami. Jeśli ktoś nie miał czasu lub ochoty na wybijanie z Muru pamiątkowego kawałka, mógł go obok za grosze kupić.
Trzymanie straży w tamtych dniach w tamtym miejscu było najgłupszym zajęciem świata. Nic dziwnego, że NRD-owscy strażnicy fotografowani wtedy w tamtym miejscu mają takie głupie miny.

10.
Pierwszego lipca 1990, w dniu, w którym nastąpiło ujednolicenie waluty niemieckiej w stosunku 1:1 (autorem tego pomysłu był obecny prezydent Niemiec Horst Köhler) odwołano także straże z linii granicznej między dwoma państwami. Mur stał się zwykłym zawalidrogą. Było to przedziwne uczucie, szczegślnie dla ludzi ze wschodu i to nie tylko Niemców. Należało koniecznie samemu przekonać się, czy prawdą jest to, co piszą gazety i o czym mówi telewizja. Tysiące berlińczyków, szczególnie ze wschodniego Berlina, zaczęło przybywać do straszących teraz dla odmiany pustymi wieżami byłych przejść granicznych, by podążać spacerowym krokiem z psem i wózkiem dziecięcym wzdłuż byłego „traktu śmierci“. Nagle zona stała się magnetycznie przyciągającym obszarem wolności.
Już kilka dni wcześniej zczęto na moście Bornholsmskim rozcinanie i rozbieranie Muru. Uczestniczyło w tym 300 NRD-owskich wopistów.
11.
Usuwanie Muru w samym tylko Berlinie trwało oficjalnie do końca listopada 1990 r. Rok później zniknęły jego ostatnie fragmenty także w Brandenburgii. Szczególnie interesująco pomalowane fragmenty sprzedano na aukcjach sztuki w Berlinie i Monte-Carlo i są dziś rozproszone po świecie. Jeden wielki fragment zdobi kwaterę główną CIA w Langley (Virginia), inny stoi w ogrodach Watykanu oraz w Domu Historii w Bonn lub tzw. Ogrodzie Angielskim w Monachium, w Muzeum Pokoju we francuskim Caen, w Normandii oraz w Imperial War Museum w Londynie. Kilka kawałków wykutych rękoma mojego syna stało też na mojej półce, lecz dzięki przewijającym się przez te lata przyjezdnym z Polski został tylko jeden, a i to nie największy kawałek.


12.
Likwidacja betonowego Muru przebiegała równolegle z likwidacją komuny w samym NRD. Likwidacją przynajmniej we wstępnej fazie pozorną, lecz na szczęście nieodwracalną. Był to proces zaskakujący nawet dla samych „likwidatorów“. Może kiedyś znajdzie swśj wyraz w literaturze lub filmie. Jak dotąd, mało jest artystycznych przetworzeń tantych czasów. Sztuka bowiem z jednej strony potrzebuje dystansu, a z drugiej strony dotąd w wielu głowach trwa gorzki ból tamtych czasów, lecz nie tak dotkliwy, by można było się zeń uwolnić.

13.
Właściciele terenów, na których zbudowano berliński Mur walczą nadal o odzyskanie swojej własności. Politycy, którzy mówią o NRD jako państwie bezprawia nie widzą nic złego w tym, że ziemie i nieruchości zagrabione niegdyś przez rząd Ulbrichta i Honeckera zostały w „naturalny“ sposób zajęte przez RFN. Sądy wszelkich instancji uznają, że zarówno budowa Muru, jak i strzały do ludzi, którzy usiłowali go sforsować były uzasadnione.Dotąd nie znalazł się sąd, który uznałby prawa dawnych właścicieli do przeciwko tym, którzy wydawali rozkazy strzelania do ludzi usiłujących go sforsować. Byli mieszkańcy NRD według sporządzanych regularnie ankiet z roku na rok coraz bardziej życzą sobie wzniesienia Muru raz jeszcze. Pod warunkiem jednak, że będą dysponować obecną walutą i mieć sklepy zapełnione towarami według dzisiejszych standardów. Stawianie Muru nie jest nawet w sensie czysto fizycznym potrzebne. Mur ma bowiem swoje trwałe miejsce w głowach wielu Niemców – zarówno po wschodniej, jak po zachodniej stronie. I to nawet tych, którzy urodzili się już po jego zburzeniu.