Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa. Pokaż wszystkie posty

17.03.2012

Smoleńsk - Ekshumacje z amerykańskim patologiem w tle


W ostatnich dniach media przyniosły wiadomości o planowanych przez Prokuraturę Wojskową ekshumacjach śp. Stefana Melaka, ś.p.Przemysława Gosiewskiego i ś.p. Janusza Kurtyki.
Taki teatralny ruch prokuratury przewidywałam pisząc to w moim artykule:
Nie przypuszczam, aby te ekshumacje przyniosły jakieś zwrotne punkty w śledztwie dotyczącym nieumyślnego spowodowania katastrofy w komunikacji lotniczej. Ekshumacje przypuszczalnie potwierdzą, że na ciałach ofiar nie ma śladów substancji wybuchowych i będzie to z pewnością prawda. Co do tego, czy zgadza się wzrost i waga śp. P. Gosiewskiego możemy oczekiwać, że Rosjanie się pomylili, za co z całą pewnością nie przeproszą .
Przełomem byłoby niewątpliwie zarządzenie ekshumacji we WSZYSTKICH przypadkach, włącznie z sarkofagami stojącymi na Wawelu. Tym bardziej, że jak pamiętamy, pan Jarosław Kaczyński przyznał, że miał problemy w rozpoznaniu Brata .
Wyjąwszy oczywiście te nierzadkie przypadki, gdzie Krewni dali się namówić na kremację szczątków.
Niestety, ze skąpych informacji medialnych na ten temat wygląda na to, że zachodzi również sytuacja, którą opisywałam tutaj:

tzn. że najbliżsi Ofiar, w tym p. Beata Gosiewska, ani nawet – jak wiemy – prawnik i adwokat, p. Małgorzata Wassermann nie mają statusu pokrzywdzonych - oskarżycieli posiłkowych w rozumieniu art. 53 i 53 kodeksu postępowania karnego (kpk) i powinno się spytać ich pełnomocników DLACZEGO?

Oskarżyciel posiłkowyjest jednym z filarów, podmiotów postępowania karnego. Może nim być prokurator pomocniczy, ale też sam pokrzywdzony. Pokrzywdzonym jest osoba fizyczna , osoba prawna lub jednostka organizacyjna, której dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez przestępstwo.

Pokrzywdzony w rozumieniu kpk ma prawo odrzucić biegłego wybranego przez Prokuraturę i ma tez prawo wskazać osobę lub instytut naukowy do przeprowadzenia ekshumacji i sporządzenia opinii. Jeżeli pani Małgorzata Wasserman nie uczyniła tego w przypadku sekcji swojego ś.p. Ojca, którego doczesne szczątki wożone były 300 kilometrów z Krakowa, gdzie znajduje się najlepszy instytut patologii, do Wrocławia, to rozumiem, że nie ma ona statusu oskarżyciela posiłkowego.
Oskarżyciel posilkowy ma prawo zażądać przesłuchania biegłego, niezależnie od wydanej przez niego opinii i domagać się w myśl zasady kontradyktoryjności, bezpośredniego przesłuchania przy udziale innych wskazanych biegłych lub uznanych autorytetów w danej dziedzinie. Amerykański specjalista w zakresie medycyny sadowej (symptomatyczne, że wybrano dr Badena, ale przy talentach głównego opiekuna i doradcy tzw. Rodzin Smoleńskich, do doboru ekspertów i ten wybór nie dziwi) mógłby i powinien by na wniosek pokrzywdzonych uczestniczyć w takim przesłuchaniu, lub przeprowadzić wcześniej zadane czynności. Odrzucenie takich wniosków pokrzywdzonych jest poważnym naruszeniem prawa i prowadzi zawsze  (orzeczenia Sadu Najwyższego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz) w nawiązaniu do art. 45 ust. 1 i art. 77 ust. 2 Konstytucji RP oraz i przede wszystkim art. 6 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności z dnia 4 listopada 1950 r. Protokół Nr. 4,7,11 i 14) do uchylenia wyroku lub postanowienia z uwagi na pozbawienie dostępu do sądu i braku rzetelnego, tj. bezstronnego, niezawisłego postępowania. No, ale żeby z tego skorzystać i na to się powołać, trzeba być pokrzywdzonym - oskarżycielem posiłkowym w śledztwie. A więc koło się zamyka.

Teraz będzie o wiośnie. Pierwsze ożywcze powiewy wiosny powodują, że podobno nawet kij od szczotki puszcza nowe pędy. Dlatego nadzieją napawałby postęp w pracach Zespołu Parlamentarnego, który to Zespół zamówił u niemieckich ekspertów w Berlinie ekspertyzę fonograficzną słynnego „filmu Koli”, inaczej „filmu 1'24” ze strzałami w drugim planie. Piszę to w trybie warunkowym, bo nadzieja wiadomo czyją jest matką. Na próżno czekać nam na konferencję prasową w tej sprawie i szumne ogłoszenie wyników tej ekspertyzy. (Ach, jak efektownie wyglądałby telemost między Wiejską a Berlinem! To byłby ewenement o wymiarze historycznym!).
Warty jest odnotowania wywiad przewodniczącego  ZP  dla portalu Stefczyk.info w sprawie ekshumacji > tutaj:
Bodaj pierwszy raz słowo „ekshumacja” przeszło przez gardło Pana Przewodniczącego. Przy czym i w tym wywiadzie nie obeszło się bez konfabulacji- np. tutaj:
"...Jeśli prokuratura nie wyrazi zgody na udział prof. Badena w ekshumacji, rodziny mają prawo do prywatnej sekcji zwłok. Decyzje w tej sprawie powinny zapadać w porozumieniu między rodzinami, a prof. Badenem. Decyzja powinna zależeć od oceny wiarygodności badań dokonanej przez rodziny. Jeśli ekshumacja zostanie uznana za wiarygodną, nie ma sensu badań powtarzać..." 
Co to za „prawo do prywatnej ekshumacji“? Albo istnieje konkretny wniosek dowodowy w nawiązaniu do zawiadomienia o przestępstwie, albo go nie ma. Tego nie zastąpią jakieś „postulaty“ i tzw. obecność. Prokurator prowadzi śledztwo, a biegły wykonuje zlecone czynności. Ocena w jaki sposób prokurator i biegły przez niego powołany „pracują“ podlega ocenie Sądu. I znowu jesteśmy przy „kole, które się zamyka“. Niestety, wiele wskazuje na to, że rodziny smoleńskie z p. M. Wassermann na ich czele zapewne nie zdają sobie z tego sprawy, że są wykorzystywane do pseudo-narracji, której zakres i czas trwania ustala – no właśnie, kto?

PS: Dla przypomnienia - pod tym linkiem znajduje się wykaz praw pokrzywdzonych:


20.02.2012

Smoleński FMS? Amerykanie nie robili żadnych ekspertyz!


Czy trzeba być aż matematykiem albo fizykiem, aby pojąć, że wychodząc z fałszywych danych nie można dojść do prawdziwego wyniku? Czy gospodyni domowa by upiec ciasto, doda do maki zepsute jajko? Czy kierowca, aby dojechac do celu, wleje do baku samochodu trefne paliwo?No, ale "amerykański fizyk" potrafi. 

W rozmowie Piotra Falkowskiego z  dr Kazimierzem Nowaczykiem w dzisiejszym wydaniu "ND" bez zaskoczenia przeczytałam po raz kolejny stwierdzenie pana Nowaczyka, że: "
"podjąłem pierwszą próbę naukowej analizy, przyjmując jako punkt wyjścia dane odczytane przez ekspertów firmy Universal Avionics, producenta urządzeń TAWS (system wczesnego ostrzegania przed zderzeniem z ziemią) i FMS (komputerowy system sterowania lotem). "

Niestety, pan Nowaczyk  od kilkunastu miesięcy wprowadza w błąd opinię publiczną utrzymując, że eksperci w Redmond/USA odczytywali jakiekolwiek dane z dostarczonego im przez rosyjski MAK komputera pokładowego TAWS,  który miał rzekomo należeć do wyposażenia Tu154 M-101nr seryjny 90A837, jaki rzekomo rozbił się na lotnisku Sewernym. Pisałam już o tym tutaj:
 
oraz otrzymałam na to list od p. Antoniego Macierewicza, który przyznał mi rację (link niżej)

Tymczasem, ujmując to najkrócej w punktach, fakty są następujące: 
  1. Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma takiego prawa.Badania wykonywał MAK,wszystkie od A do Z.
  2. MAK zwrócił się o pomoc prawną do strony konwencji ICAO (International Civil Aviation Organization)- NTSB w badaniu skrzynki FMS i TAWS wyprodukowanej przez firmę amerykańską, czyli z jurysdykcji NTSB 
  3. NTSB w ramach pomocy przekazał materiały do Redmond, a otrzymane wyniki przekazał do MAK. Fachowcy w Redmond odczytali zamówione wybrane dane i zwizualizowali je na papierze. Nic ponadto. Nie wypowiadali się na tematy wiarygodności lub integralności tych danych, bo nie byli o to pytani.
  4. MAK na mocy konwencji ICAO przekazał swój raport ze śledztwaz odczytami z Redmond do publikacji w NTSB.
  5. NTSB opublikowała raport MAK z zaznaczeniem autorstwa MAK. (Notabene: Widnieje tam do dziś godzina zdarzenia 8.56!)
  6. NTSB i w ogóle Amerykanie nie mogli i nie wykonali niczego w tej sprawie, poza rolą skrzynki pocztowej, zatem nie mogli nic z własnej inicjatywy badać,ogłaszać, publikować, ponad to, co zostało zlecone przez Rosjan. Nie są oni bowiem prawnie zainteresowaną stroną w tej sprawie. Wszystko, co mogli, to spełnić czyjeś prośby na mocy umówmiędzynarodowych.
  7.  Redmond  wykonało zlecone przez NTSB odczytanie danych ze skrzynek otrzymanych z Moskwy w zakresie wskazanym przez Moskwę. Nie musieli wykonać tego na zlecenie MAK wprost, natomiast a na polecenie NTSBmusieli wykonać to,o co poproszono i w ścisłym zakresie tylko to, o co poproszono (patrz link- klik).Taki mówi konwencja o współpracy. 

Czyli powtórzmy jeszcze raz: 
NTSB poleca odczytać skrzynki i dokonać ich zapisu na osi czasu z wizualizacją w postaci wykresu i zrzutem danych w np. .xls (Excel) I to Redmond wykonuje. Nic ponadto.Nie może wyrażać opinii o prawidłowości danych, albo o stanie skrzynki, jeśli nie jest o to proszona. MAK mógł wysłać rozbebeszone pudełko z podmienionymi częściami i poprosić o odczyt. Redmond wykonuje. I koniec! Choć byłoby nawet oczywiste, że to fałszerstwo, nie mogą nic o tym mówić, bo o to nie pyta urząd NTSB. To jest jasne jak słońce dla każdego, kto jest obeznany z procedurami administracyjnymi dobrze funkcjonujących organizacji.
Według prawa międzynarodowego stronami do tego zdarzenia są rządy PL i RU, które na mocy umowy Tuska z Putinem przekazały do badania MAK okolicznosci katastrofy. To umocowanie jest jasno przez MAK wykazane i opublikowane na stronie NTSB - proszę sprawdzić.  Stronami są rządy PL i RU. Zresztą to oczywiste, bo mówi o tym prawo międzynarodowe, prawo lotnicze, konwencja chicagowska i konwencja ICAO. Wszystkie zgodnie stwierdzają, że samoloty państwowe (state aviation) należą do wyłącznej kompetencji właściwych rządów - właściciela samolotu i terenu zdarzenia.Jeślina przykład włoski samolot rozbije się w Boliwii -są to rządy Włoch i Boliwii, jeśli francuski boeing na międzynarodowym Atlantyku - wyłącznie rząd Francji.

Podsumowując: NTSB i Redmond tak naprawdę niczego nie badały, tylko w Redmond odczytano to, co im Moskwa przysłała. I tylko tyle, bo tyle im kazano, ani linijki więcej (choć mieli na to ochotę powiadamiając o duzej ilości danych- cyt.:“Duża ilość surowych danych. Możemy przedstawić inne parametry w postaci czytelnej, jesli będzie potrzebne w śledztwie“),a z własnej inicjatywy nic robić nie mogą. Oczywiście, bez wątpienia wiedzą o wszystkim, co się wydarzyło, ale wiedza jest rzeczą zbyt cenną, by się nią niepotrzebnie chwalić.Ergo- pan Nowaczyk analizował dane rosyjskie z komputera, który WEDŁUG Rosjan należał do rozbitego w dn.Tu154M-101. Niestety, nie mamy do dziś dowodu na żadne z twierdzeń Rosjan. Także na to, że złom na lotnisku Sewerny faktycznie należy do naszego Tu154M. Tym samym szermowanie jakimikolwiek "odczytami" danych wprowadzonych przez Rosjan do komputera TAWS jest nie tylko buńczuczną żenadą, ale i czystą, podręcznikową dezinformacją. Przyznał mi co do tego rację także przewodniczący Zespołu Parlamentarnego, poseł Antoni Macierewicz pisząc (list opublikował na portalu "Wpolityce.pl") już w drugim zdaniu:„przeczytałem Pani wpis z 5 01 '12 dotyczący odczytu systemu TAWS oraz FMS.W pełni zgadzam się z tą rekonstrukcją wydarzeń dotyczących odczytu, jaką pani przedstawiła.“
 Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o Smoleńsku w amerykańskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest to w raporcie czytelnie zaznaczone). Dlatego wielomiesięczna akcja propagandowa pana Nowaczyka i pana Antoniego Macierewicza wokół "badań amerykańskich" jest dezinformacją w czystej postaci. Dezinformacje  te powtórzone zostały przez  obu panów podczas ich ostatniego tournee po Kanadzie już po mojej publikacji i publicznym przyznaniu mi racji przez przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego. Przykro  mi to stwierdzić, tym bardziej, że cel tych dezinformacji pozostaje dla mnie zakryty.  Zależy mi jednak na tym, aby ceniony przez mnie "ND", który z pomocą m.in. red. Falkowskiego tak wiele zrobił dla ustalenia wielu faktów dotyczących tej tragedii narodowej powstrzymał się od powtarzania dezinformacji i aby sam red. Falkowski zrozumiał, na czym ta dezinformacja polega.
Perfekcyjna dezinformacja polega na tym, że ubrana jest w prawdziwą otoczkę, dlatego nie mam zastrzeń do innych treści podanych w wywiadzie. Jednak sprawa "amerykańskich ekspertów", którzy coś niby mieli zrobić, jest jądrem tego wywiadu i na tym jądrze bazuje od miesięcy Zespół Parlamentarny.  W Polsce pokutuje mit "amerykańskości" czyli "lepszości" i jest on tutaj bezceremonialnie wykorzystywany.
Na koniec jeszcze raz: ani pan dr. Nowaczyk, ani amerykański  NTSB nie zrobił nic w sprawie przybliżenia nas do Prawdy, co więcej - nic zrobić nie może, a gen. Anodina to sprawnie wykorzystała. Pomimo „świetnej współpracy“ z Rosjanami i "amerykańskimi ekspertami" nadal nawet nie wiemy, o której godzinie wydarzyła się "katastrofa",  ani -dlaczego, ani- gdzie. Ani tym bardziej- czy w ogóle. Nie mamy dotąd żadnych dowodów.  Nasze jedyne dowody znajdują się w zalutowanych trumnach pod ziemią i w tym wypadku Zespół Parlamentarny nigdy nie wspomniał publicznie ustami swego przewodniczącego o konieczności dokonania ekshumacji w celu ustalenia jak, kiedy i gdzie zginęli. W ten sposob "katastrofa na Sewernym" blisko dwa lata później pozostaje nadal faktem medialnym z prawdziwymi ofiarami. 
 Ze strony NTSB:
ev_id=20100429X00503&ntsbno=ENG10RA025&akey=1%20ENG10RA025
 _
dodatkowo:

 Linki do dlugo oczekiwanej, naprawde znakomitej ksiazki Free Your Mind opisujacej obywatelskie sledztwo smoelnskie
(to pierwsza czesc, 166 stron, niebawem za kilka-kilkanascie godzin bedzie druga)
a tutaj  





Powtórka-Wiśniewski przekonał Macierewicza. Ekshumacje?


Napisałam poniższy felieton przed rokiem, 26 lutego, dziś ponawiam, bo niewiele stracił on na aktualności, chociaż, jak się okazało, Antoni Macierewicz do niczego nie dał się przekonać z wyjątkiem oficjalnej, polsko-ruskiej dezy (czyli dezinformacji o wypadku na Sewernym). Tyle straconego czasu...Czy nie o to chodziło?

______________________

Siedząc przed komputerem wieleset kilometrów od Warszawy patrzę na ich twarze i serce mi drętwieje. Mimo dziesięciu miesięcy wciąż leżą na nich Cień Bólu i Cień Prawdy. To widać nawet na moim małym ekranie, że te twarze Wiedzą. Tak, one wiedzą, nawet, jeśli któraś głowa jeszcze się przed tym broni. Serca są bowiem mądrzejsze, niż głowy. 



Słyszę ich spokojne, stonowane głosy. Chcą być racjonalni. Ale przecież to jest gwałt na duszy, żeby w tak potwornie nieracjonalnej sytuacji zdobywać się na racjonalność.
Mgła? Była? Gęsta? Nic nie było widać? Kamera? Dlaczego akurat w tym momencie wyłączona? Karetki niepotrzebne? Wszyscy zginęli?
Objaśnienia i usprawiedliwienia tego małego człowieczka zaplątanego nagle w sznur Wielkiej Historii, montażysty, który nagle ma być Wielkim Reżyserem brzmią jak smutna farsa. Bo każda farsa jest smutna. Jak każde kłamstwo, które zakłada, że okłamywany jest o wiele głupszy od kłamcy. I właśnie to jest upokarzające. Bo okłamywany nie jest głupszy. A że niektórzy ludzie chcą być okłamywani? Niektórzy. Tylko niektórzy. Ale nie oni.

Patrzę na ekranie mojego komputera na te twarze. Niektóre są wciąż otępiałe z bólu. Nie chcą, nie mogą już niczego rozumieć, bo to wszystko jest nie do pojęcia.
Nawet Antoni Macierewicz, zazwyczaj niezwykle powściągliwy w wyciąganiu wniosków z oczywistych faktów tym razem nie może ukryć zdumienia i zaniepokojenia opowieścią montażysty Sławomira Wiśniewskiego. Wygląda na to, że tamten mimo woli go przekonał.

A więc wiemy już, że TAM nie zginęli. Nie wiemy, gdzie zginęli i nie wiemy, JAK zginęli.
O to JAK pytała córka ś.p. Janusza Kochanowskiego w Brukseli. Pytała premiera także żona pana Kochanowskiego, czy ma prawo wiedzieć, JAK zginął jej mąż? Premier nie przyznał jej prawa do odpowiedzi na to jej JAK. Premier się oburzył. Ach, jak wygodnie! Można się oburzyć i sprawa załatwiona. Jak śmiała pytać!

Otóż według PRAW LUDZKICH, PRAW MORALNYCH, PRAW CHRZESCIJANSKICH, PRAW MUZULMANSKICH, PRAW ZYDOWSKICH – słowem WSZELKICH PRAW pani Kochanowska MA PRAWO wiedzieć, JAK zginął jej mąż. Pani Gosiewska także. I pani Kurtyka i rodzina Wassermanów, rodzice Justyny Moniuszko, rodzice kapitana Protasiuka i pan Melak ma prawo wiedzieć, jak zginął jego brat. I ani premier Tusk, ani prokurator Seremet nie mogą w tym względzie ustanawiać nowych praw! Ponad prawa ludzkie?! Ponad prawa moralne, ponad prawa chrześcijańskie?! Ci ludzie nie posiadają takich pełnomocnictw!

My, którzy jeszcze żyjemy, mamy prawo i obowiązek dowieść i powiedzieć światu, jak zginęła 10 kwietnia elita naszego narodu. Mamy święty obowiązek ustalić i ogłosić PRAWDE!
Dlatego konieczne są ekshumacje, aby badania patomorfologiczne odpowiedziały na palące pytania- JAK i GDZIE zginęła delegacja naszego narodu z Prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Nie wolno zwlekać! Trzeba z największym pietyzmem ustalić, czy w trumnach znajdują się doczesne resztki naszych najbliższych? Co, jaka siła, jaka chemia, jaka zbrodnia zmiotła ich z tego świata? Należy wziąć próbki, a resztę zwrócić jak najszybciej Ziemi.

Do tego celu służy wiele urządzeń i trzeba wielkich umiejętności. Czy umiejętności te zapewnią nam polscy patomorfolodzy, czy też lepiej, aby badania zlecić za granicą – to sprawa osobnej decyzji, która musi być podjęta wspólnie przez prokuraturę i Rodziny Ofiar. Przede wszystkim jednak konieczna jest determinacja krewnych Smoleńskich Ofiar. Tylko ich żądanie ekshumacji może zmusić Prokuraturę, która – jak łatwo zauważyć - wykonuje niestety chyba jedynie rosyjskie polecenia, do jednorazowego aktu sprawiedliwości na rzecz naszej, polskiej racji stanu.
Smoleńskie groby chcą i muszą przemówić!




31.01.2012

Mecenasi czyli wielka niemoc


Dzisiejsze wydanie „ND“ przynosi interesujący wywiad z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem (wspólnie z mec. R. Rogalskim) Jarosława Kaczyńskiego w kwestii „katastrofy“ smoleńskiej.

Mecenas Pszczółkowski opowiada cztelnikom to, o czym chyba wszyscy i bez niego od początku wiedzą, mianowicie, że tzw. Komisja Millera była nielegalna. Dodaje przy tym odpowiednie potwierdzenie w stosownych paragrafach. No i co? Pan mecenas wiedział o tym od samego początku, czyli od ponad 18 miesięcy. I co uczynił pan mecenas w tej kwestii?
Cytat:
Występował Pan formalnie do komisji o informacje dotyczące jej umocowania?
- Nie, ponieważ dla komisji nie byłem stroną postępowania. Ale wspólnie z mec. Rafałem Rogalskim, jako pełnomocnicy pana premiera Jarosława Kaczyńskiego pytaliśmy o to ministra Bogdana Klicha. Otrzymaliśmy odpowiedź, że podstawą prawną działania komisji jest owo porozumienie z 1993 roku. Co oczywiście jest nieprawdą. Nie było wspólnego działania naszej komisji ze stroną rosyjską - pod raportem komisji nie ma ani jednego podpisu strony rosyjskiej!
Pan mecenas  ZAPYTAŁ pana ministra Klicha. Pan minister Klich na to odpowiedziałOCZYWISCIE nieprawdę. I na tym zakończyła się działalność pana mecenasa w kwestii wykazania NIELEGALNOSCI Komisji Millera. Oczywista nieprawda w ustach ministra jest dla polskich adwokatów z pierwszej półki czymś absolutnie oczywistym i nie do pokonania.
Pan mecenas w wywiadzie w okrągłych słowach przyznaje, ze zamiast wniosków dowodowych "rozmawial o sprawie, bądź w sprawie" nawet nie bardzo wiadomo z kim. Ani jednym słowem nie zająknął się przy tym, że kwalifikacja czynów "członków komisji" powinna wychodzić z pojęc zawartych w art. 115 kk (funkcjonariusz publiczny i niedopełnienie obowiazkow), a następnie wyraźnie z przepisu art. 231 § 2 kk zd.drugie -”w celu osiagniecia korzysci osobistej” . Po czym znowu powrót do art. 115 kk i definicji "korzysc osobista".
Wychodzac z art. 231 § 2 kk można byłoby postawić uzurpatorom z Komisji Millera zarzuty z kilkunastu innych przepisów az do art. 271 § 3 kk. Postawienie takich zarzutów w zawiadomieniu o przestępstwie, przy czym ja dalej uparcie uważam, że podstawą jest wyjście z art. 148 kk, co uczyniłoby z tzw "pokrzywdzonych" podmioty majce wpływ na "śledztwo smoleńskie" i dostęp do tych wszystkich kontrolnych instrumentów śledczych, włącznie z przepisami prawa międzynarodowego w nawiązaniu do art. 87 do 91 Konstytucji, zapewniających pełny udział pokrzywdzonych członków rodzin i innych pokrzywdzonych powołujących sie na art. 240 § 1 kk w śledztwie lub śledztwach. 
10 kwietnia 2010 roku zabito mi Prezydenta z żoną i NIKT nie poniósł z tego tytułu żadnych konsekwencji. Wręcz odwrotnie – dziesiątki osób z tego tytułu i nie posiadając do takiego tytułu żadnych praw, uzyskały znaczące korzyści.
Prowadzone przez prokuraturę generalną dochodzenie (co określił jednoznacznie w pierwszych chwilach po „katastrofie” min. Sikorski - „wina pilotów”) zakwalifikowano pod artykuł 173 kk,

Art. 173. § 1. Kto sprowadza katastrofę w ruchu lądowym, wodnym lub powietrznym zagrażającą życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach,
podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
§ 2. Jeżeli sprawca działa nieumyślnie,
podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 jest śmierć człowieka lub ciężki uszczerbek na zdrowiu wielu osób, sprawca
podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.
§ 4. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 2 jest śmierć człowieka lub ciężki uszczerbek na zdrowiu wielu osób, sprawca
podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
na co się wszyscy, włącznie z mecenasami Pszczółkowskim i Rogalskim bez oporu (?)  zgodzili. Przy okazji wszczęto dwa inne śledztwa wymierzone właśnie w tzw. pokrzywdzonych (bo pokrzywdzonych tylko w ramach art.173), wszczynając je pod zarzutem działania tych pokrzywdzonych i innych osób trzecich na szkodę wymiaru sprawiedliwości, czyli prowadzonych postępowań, poprzez ujawnienie tajemnicy śledztwa, treści "tajnych" dokumentów lub utrudniania w inny sposób „prawidłowego toku śledztwa.”. (Koń by się uśmiał) Stworzono zatem warunki do drastycznego ograniczenia praw "pokrzywdzonych" nawet w tym skarlałym śledztwie prowadzonym w kierunku art. 173 kk. I o tym moim zdaniem powinni od miesięcy krzyczeć mecenasi Pszczółkowscy, Rogalscy, Kownaccy i pozostali.
Niedługo miną dwa lata, kiedy zabito mi Prezydenta i od tamtego dnia, od 10 kwietnia 2010 roku wraz z niezliczonymi rzeszami rodaków nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego. Dlatego wzywam panów mecenasów Pszczółkowskiego i Rogalskiego oraz pozostałych pełnomocników, aby ujawnili opinii publicznej, czy i jakie wnioski dowodowe postawili w imieniu swoich klientów z Jarosławem Kaczyńskim i Martą Kaczyńską na czele.
Chciałabym wiedzieć, czy dzisiejszy wywiad z mec. Pszczółkowskim potraktować należy tylko w kategoriach ciekawostki historycznej. Czy może faktycznie jest tak, jak mówią ludzie w pociągach i autobusach oraz kolejkach do lekarza, a mianowicie, że „już jest pozamiatane”, ex-ministerMiller jest „politycznym trupem“, a cała sprawa to już tylko burza w kałuży?
Co zrobiliście panowie, aby było inaczej?

17.01.2012

„..czy aby do końca jestem bezpieczna...”-M.Wassermann



W tygodniku „Gość Niedzielny" z 12 stycznia (patrz tutaj) znalazł się wywiad z p. mecenas Małgorzatą Wassermann, córką śp. Zbigniewa Wassermanna pt.:“Mam to po ojcu“.
Całość warta jest wnikliwej lektury. Ja zwróciłam uwagę na poniższy fragment:

„...Sama byłam w zbyt wielkich emocjach, żeby myśleć racjonalnie. Nawet koszmarne przesłuchanie w Moskwie najpierw nie budziło moich podejrzeń. I dopiero w czerwcu, gdy miałam dostęp do akt prokuratorskich, gdy również wysłuchałam wystąpienia Edmunda Klicha w telewizji (mówił mniej więcej – że gdyby powiedział, co widział w Smoleńsku, wybuchłaby III wojna...) i gdy zaczęłam w końcu analizować jako prawnik to, co się wokół mnie działo, zaczęłam w zupełnie praktyczny i prawniczy sposób postrzegać katastrofę i obserwować posmoleńską rzeczywistość. Ktoś, kto nie ma nic do ukrycia – mówię tu o polskim rządzie – tak dziwnie się nie zachowuje... Tyle zaniedbanych spraw – czy aby na pewno przypadkowo? I wobec powyższego obecnie nie wykluczam żadnego scenariusza. „

Jeżeli  pani Wassermann "nie wyklucza żadnego scenariusza", to dlaczego do dzisiaj nie zdecydowała się na wystąpienie z zawiadomieniem o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa chociażby w postaci zdefiniowanej w moim piśmie do Prokuratora Generalnego (patrz tutaj). Mogłaby od razu poprawić swoja pozycję procesową nie oglądając sie na "Zespół Parlamentarny", uzyskując nie tylko prawo do otrzymania statusu strony pokrzywdzonej, ale stając się współuczestnikiem śledztwa. W szczególnym przypadku, gdyby prokuratura podjęła czynności utrudniające prawa w zakresie zapewnienia gwarancji procesowych p. Wassermann, np. odmawiając jej praw strony pokrzywdzonej, to mogłaby ona w drodze zażalenia ujawnić stronniczość prokuratury i wystąpić z wnioskami o jej wyłączenie i poddanie sprawy ocenie międzynarodowych organów sprawiedliwości - patrz
  1. Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z dnia 4 listopada 1950 r. , oraz
  2. orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, oraz art. 87 ust. 1, art. 90 ust. 1, art. 91 ust. 1,2,3 Konstytucji RP.

Nawet, jeśli pani mecenas Wassermann o tych rzeczach nie wie, to powinna się dowiedzieć. I w tej intencji o tym tutaj piszę. To także realnie zwiększyłoby jej własne poczucie bezpieczeństwa.
„.....Zastanawiam się, czy aby do końca jestem bezpieczna...” kończy bowiem p. Wassermann swoją wypowiedź. Na to właśnie liczą siły hamujące uczciwe śledztwo. Na strach Rodzin Ofiar i na ich bezradność. Tymczasem strach to nie jest klucz do Prawdy.


13.01.2012

Antoni Macierewicz- list do mnie czy do FYMa?



 Pan poseł Antoni Macierewicz opublikował (patrz tutaj) na prośbę anonimowych blogerów swój list, jaki był uprzejmy przysłać mi pocztą elektroniczną w zeszłą niedzielę wieczorem. Do wczoraj byłam przekonana, że list ten skierowany był do mnie. Dlatego omówiłam go krótko (tutaj) cytując z niego najistotniejsze stwierdzenia, które przytoczyłam precyzyjnie (patrz zaznaczony na żółto tekst w oryginale – poniżej link).
Nie odnosiłam się do pełnych żalu dywagacji Pana Posła  na temat nieokreślonych publicystów, którzy „nie chcą w ogóle podjąć badań tego co mozna zbadać“. Uważałam też, że należy spuścić wstydliwą kurtynę milczenia na niezwykle emocjonalną drugą część listu, która w moim mniemaniu odzwierciedla idiosynkrazje steranego 45-letnią walką o lepszą Polskę działacza.
Okazało się jednak wczoraj, że dla pana Posła Macierewicza ta właśnie część jego listu była najważniejsza, ponieważ swoją publikację na portalu „w Polityce“ kazał zatytułować w ten oto sposób:
Antoni Macierewicz w sprawie koncepcji FYM-a - PEŁNY TEKST LISTU
Ucieszyło mnie w niedzielę, że przewodniczący Zespołu Parlamentarnego przyznaje mi rację w sprawach ewidentnie zasadniczych, czyli fałszowania danych TAWS/FMS przez Rosjan oraz uwiarygadniania ich (chcąc nie chcąc) przez Amerykanów, a także tzw. „ maskirowki“ (zaplanowanej inscenizacji) na Sewernym i nie odwołuje tego w środę.
Wczoraj jednak, patrząc na cytowany wyżej tytuł, z przykrością stwierdziłam, że list ten skierowany był nie tyle do mnie, co w istocie do popularnego blogera FYMa (Free Your Mind – tutaj). FYM ma niebawem ogłosić wynik wielomiesięcznego śledztwa obywatelskiego w sprawie Kłamstwa Smoleńskiego w formie książki, która będzie udostępniona nieodpłatnie w sieci.
Dziwić się jednak należy, że były minister spraw wewnętrznych, były wiceminister MON i były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) otoczony kręgiem asystentów i pomocników nie wysłał swojego listu bezpośrednio do blogera FYMa, do którego ma widoczne teraz, po publikacji swojego listu, dla wszystkich, choć dla mnie niezrozumiałe, żale i pretensje. Czyżby przy takim aparacie trudno było znaleźć (wielokrotnie powtarzany w sieci!) adres emailowy? Na szczęśćie dzięki upublicznieniu przez Pana Posła całego listu dowiedział się o jego budującej treści – jak mniemam – także właściwy adresat i wybaczy starszemu panu z tak heroiczną biografią przykre zarzuty i niezręczne sformułowania. Chciałoby się powiedzieć - wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Niestety, problemy komunikacyjno-epistalograficzne pana Posła nie zbliżyły nas ani o krok do rozwiązania, na jakie czekamy. Dlatego muszę tu znowu powtórzyć: mimo upływu 21 miesięcy, pracy dwóch prokuratur i trzech komisji oraz Zespołu Parlamentarnego nadal nie wiemy, ani o której godzinie dokonała się zagłada Delegacji, ani - dlaczego. ani też gdzie.

Antoni Macierewicz potwierdza: nie było amerykańskich ekspertyz


Serdecznie dziękuję za list, otrzymany od pana Antoniego Macierewicza, w reakcji na mój artykuł o "amerykańskich ekspertyzach" (patrz porzedni wpis)

Po moim artykule na temat przekłamań w rzekomej amerykańskiej „ekspertyzie” zapisów z komputera pokładowego samolotu typ Tu154M nr seryjny 90A837, oraz zapisu skrzynki TAWS, którymi szczycił się dotąd Zespół Parlamentarny, otrzymałam list od jego Przewodniczącego, pana posła Antoniego Macierewicza. Pan poseł stwierdza już w drugim zdaniu:„przeczytałem Pani wpis z 5 01 '12 dotyczący odczytu systemu TAWS oraz FMS.W pełni zgadzam się z tą rekonstrukcją wydarzeń dotyczących odczytu, jaką pani przedstawiła.“
Ponad to afirmujące oświadczenie, ucieszyło mnie także uznanie prymatu faktów w następującym stwierdzeniu pana Antoniego Macierewicza :„…nie znaczy to, że zapisy TAWS i FMS nie były w różnorodny sposób fałszowane“ Przypomnijmy, że zapisy te zostały uznane za najważniejszy dowód katastrofy na smoleńskim Siewiernym, i przedstawiane były opinii publicznej przez Przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego jako… wynik badan amerykańskich ekspertów.
Tymczasem, jak pięć dni temu wyraźnie napisałam w moim artykule:
Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma do tego prawa. Badania wykonywał rosyjski MAK, wszystkie od A do Z.
Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o rzekomych wstrząsach nad smoleńska ziemią znajdujące się obecnie u amerykańskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest ten fakt w dokumentach NTSB czytelnie zaznaczony). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC domniemanej katastrofy. Jako że zapisy te mogły być, i zapewne zostały sfałszowane, ich wartość dowodowa równa się zeru.
Przewodniczący Zespołu Parlamentarnego poseł Antoni Macierewicz przyznaje w liście dalej że „…'maskirowka' w sposób oczywisty odgrywała w tej operacji kluczową rolę. Nie mam co do tego wątpliwości…“ Zatem i w tej kwestii zgadzamy się choć—nie wiedzieć na jakiej podstawie—pan Przewodniczący chce jednocześnie wierzyć, że te ok. 30 ton mniej lub bardziej zardzewiałego złomu wywiezionego z polanki na wschodnim końcu lotniska Sewernyj, i zrzucone na południowym skraju tego samego lotniska, mogło kiedykolwiek należeć w części lub w całości do naszej 80-tonowej, odnowionej, błyszczącej świeżym lakierem tutki, zaś ponad 12 ton paliwa ulotniło się bez pozostawienia śladu.
Na szczęście, Zespół Parlamentarny działa i—jak zaznacza w swoim liście jego przewodniczący—ma jeszcze wiele zagadek do wyjaśnienia.Postrzega się przy tym jako obiekt ataków wrażych sił. Cieszy, że uzasadnione obawy o negowanie niepodważalnych faktów zostały przez Pana Przewodniczącego rozwiane. Tym bardziej więc należałoby zwracać baczną uwagę na czystość metodologiczną, a w szczególności weryfikowalność przy publicznym przedstawianiu koncepcji przez Zespół.
Pan Antoni Macierewicz pisze do mnie w liście na końcu tak: "Proszę więc o uczciwą dyskusję i rozważenie moich argumentów"
Ponieważ—jak nauczał Św. Tomasz z Akwinu—Prawda jest jedna, integralna, całkowita i niepodzielna , oraz ma tę właściwość, że zawsze wychodzi na światło dzienne, to nie wątpię ani przez chwilę, że tak będzie i tym razem. Prawda nie podlega dyskusji. Prawda o losie naszej Delegacji w dniu 10 kwietnia wyjdzie na wierzch. Nawet, kiedy dziś, mimo upływu 21 miesięcy, nadal nie wiemy o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani - dlaczego. Ani też gdzie. Ani tym bardziej — czy w ogóle.
Wygląda na to, że nie dowiemy się tego od naszych prokuratur. Zawodzą one—jak widać—na całej linii. Tym większa jest rola Zespołu Parlamentarnego, który moim zdaniem nie tylko powinien stale walczyć o status Komisji Sejmowej, ale i niezależnie od od tego powinien niezwłocznie zabrać się do wysłuchiwania ważnych świadków wydarzeń sprzed 21 miesięcy, zamiast polegać na „amerykańskich ekspertyzach”. Nie można bowiem zgodzić się na to, aby ta bezprecedensowa w historii naszego kraju tragedia została przykryta patyną kurzu i stertą bezwartościowych ekspertyz.

Polacy na to nie pozwolą. Jeżeli zawiodą oficjalne drogi, to nie zawiedzie śledztwo obywatelskie. Czas na podsumowanie wyników.


5.01.2012

Rosyjskie badania i amerykańskie ekspertyzy


Tajemnicze skrzynki z Sewernego- TAWS i FSM

Od przeszło 20 miesięcy z wiadomych, tragicznych powodów narodziły nam się tłumy specjalistów od latania, a przynajmniej co drugi z nich zna się także na konstrukcji samolotu. I to nierzadko lepiej, niż na konstrukcji cepa. Szczególnie dobrze znamy się na tupolewach, bo wiadomo, ruskie badziewie i zrobione chyba z kryształu - rozpada się toto na tysiące drobnych odłamków od zahaczenia o byle brzozę podczas lądowania.

Ale dość sarkazmu. Faktem jest, że od przeszło 20 miesięcy zarzucani jesteśmy fachową terminologią dotyczącą naszej narodowej tragedii z 10 Kwietnia. Nikt się nie wysila, żeby nam cokolwiek z tego wytłumaczyć. Ten fachowy żargon ma na celu jedynie stworzyć zasłoną dymną z pozornych działań i pozorowanych dywagacji. I chociaż temat jest prawie wyczerpany, bo niedługo stanie pomnik, uroczyście zostaną złożone wieńce i będzie pozamiatane, to jednak, zgodnie z dewizą „lepiej późno, niż wcale”, warto raz dobrze przyjrzeć się temu, o co na przykład z tymi całymi sławnymi amerykańskimi ekspertyzami komputerów pokładowych TAWS/FMS chodzi.

Dla przypomnienia: na oślej łączce na rubieżach lotniska wojskowego Sewerny, położonego niedaleko od centrum Smoleńska zarzuconej zardzewiałym złomem samolotowym, znaleziono 10 kwietnia 2010 r. wieczorem czerwony żakiet śp. Grażyny Gęsickiej, który, obok listy ofiar i ciał śp. Prezydenta i marszałka Putry, stał się dowodem na to, że tam właśnie wydarzyła się 14 godzin wcześniej tragedia. Podobno kilka osób ów żakiet w nocy widziało, w tym poseł Max Kraczkowski. Co ciekawe, nie zauważył go 14 godzin wcześniej, rano, ani pan montażysta-operator Wiśniewski, ani pan kierowca Kwaśniewski, ani jego pasażer, pan ambasador Bahr, ani pan Stachelski, ani pan minister Sasin, ani pan Kwiatkowski, ani pan Wierzchowski, ani w ogóle nikt. Ba! Nikt nie zauważył kokpitu tutki, a ten „drobiazg” naprawdą trudno przeoczyć.

Tym bardziej nie dziwota, że nikt nie zauważył walających się w błocie komputerów pokładowych, czyli systemu wczesnego ostrzegania TAWS oraz komputera FMS (Flight Management System), które w obecnej dobie są zaraz po silniku najważniejszymi urządzeniami każdego samolotu od Cesny poczynając i dzięki nim podobno nawet ja po jednej próbie i to z zamkniętymi oczami potrafiłabym wystartować z Okęcia i wylądować w Smoleńsku.
Pan montażysta-operator Wiśniewski, który był pierwszy z kamerą na miejscu tragedii, znalazł co prawda od razu czarne skrzynki w pomarańczowej kapsule, co wyglądało bardzo filmowo, ale komputery znalazł nie wiedzieć kiedy zdaje się Spec-Naz. Albo straż pożarna. No, chyba że sprawne sanitariuszki w wolnej chwili.
W każdym razie bezcenne komputery produkcji amerykańskiej znalazły się od razu we właściwych rękach i po zaledwie dwóch tygodniach leżenia – jak chcemy wierzyć -w zamkniętym na cztery spusty sejfie w Moskwie, zostały przesłane pocztą dyplomatyczną do USA, do producenta czyli Universal Avionics. Faktem jest, że JAKO JEDYNY DOWOD, jeśli nie liczyć ciał naszych Ofiar w zalutowanych trumnach, opuściły one Rosję i znalazły się w USA, w rękach ekspertów. Reszta dowodów nadal jest aresztowana w Rosji i nawet zapis czarnych skrzynek otrzymaliśmy z 10-minutowym bonusem w postaci kopii.
Jak zatem mógł minister Szojgu do tego dopuścić, by komputery pokładowe badał kto inny?
Moje głębokie i postępujące przeświadczenie o spiskowej praktyce dziejów kazało mi spytać paru fachowców z naszej strony, czy aby owe "zapisy" z TAWS od początku nie miały być uwiarygodnione przez amerykańskich przyjaciół? Wygląda bowiem na to, że tak to zaplanował MAK, a wiary-godni i poczciwego serca Polacy łatwo uwierzyli w "badania i ekspertyzę" w Redmond.
Tymczasem, ujmując to najkrócej w punktach, fakty są następujące:

  1. Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma takiego prawa. Badania wykonywał MAK, wszystkie od A do Z.
  2. MAK zwrócił się o pomoc prawną do strony konwencji ICAO (International Civil Aviation Organization)- NTSB w badaniu skrzynki FMS i TAWS wyprodukowanej przez firmę amerykańską, czyli z jurysdykcji NTSB wykazując tym samym nadprogramową dobrą wolę.
  1. NTSB w ramach pomocy przekazał materiały do Redmond, a otrzymane wyniki przekazał do MAK. Fachowcy w Redmond odczytali zamówione wybrane dane i zwizualizowali je na papierze. Nic ponadto. Nie wypowiadali się na tematy wiarygodności lub integralności tych danych, bo nie byli o to pytani.
  2. MAK na mocy konwencji ICAO przekazał swój raport ze śledztwa z odczytami z Redmond do publikacji w NTSB.
  3. NTSB opublikowała raport MAK z zaznaczeniem autorstwa MAK. Widnieje tam do dziś godzina zdarzenia 8.56!
  4. NTSB i w ogóle Amerykanie nie mogli i nie wykonali niczego w tej sprawie, poza rolą skrzynki pocztowej, zatem nie mogli nic z własnej inicjatywy badać, ogłaszać, publikować, ponad to, co zostało zlecone przez Rosjan. Nie są oni bowiem prawnie zainteresowaną stroną w tej sprawie. Wszystko, co mogli, to spełnić czyjeś prośby na mocy umów międzynarodowych.

Redmond wykonało zleconą przez NTSB ekpertyzę skrzynek otrzymanych z Moskwy, w zakresie wskazanym przez Moskwę. Nie musieli wykonać tego na
zlecenie MAK wprost, a na polecenie NTSB musieli wykonać to,o co poproszono i w ścisłym zakresie tylko to, o co poproszono. (tutaj link-klik) Taki mówi konwencja o współpracy. Czyli powtórzmy jeszcze raz: NTSB poleca odczytać skrzynki i dokonać ich zapisu na osi czasu z wizualizacją w postaci wykresu i zrzutem danych w np. .xls (Excel) I to Redmond wykonuje. Nic ponadto. Nie może wyrażać opinii o prawidłowości danych, albo o stanie skrzynki, jeśli nie jest o to proszona. MAK mógł wysłać rozbebeszone pudełko z podmienionymi częściami i poprosić o odczyt. Redmond wykonuje. I koniec! Choć byłoby nawet oczywiste, że to fałszerstwo, nie mogą nic o tym mówić, bo o to nie pyta urząd NTSB. To jest jasne jak słońce dla każdego, kto jest obeznany z procedurami administracyjnymi dobrze funkcjonujących organizacji.

  • 7. Według prawa międzynarodowego stronami do tego zdarzenia są rządy PL i RU, które na mocy umowy Tuska z Putinem przekazały do badania MAK okolicznosci katastrofy. To umocowanie jest jasno przez MAK wykazane i opublikowane na stronie NTSB - proszę sprawdzić (tu link) Stronami są rządy PL i RU. Zresztą to oczywiste, bo mówi o tym prawo międzynarodowe, prawo lotnicze, konwencja chicagowska i konwencja ICAO. Wszystkie zgodnie stwierdzają, że samoloty państwowe (state aviation) należą do wyłącznej kompetencji właściwych rządów - właściciela samolotu i terenu zdarzenia. Jeśli na przykład włoski samolot rozbije się w Boliwii -są to rządy Włoch i Boliwii, jeśli francuski boeing na międzynarodowym Atlantyku - wyłącznie rząd Francji.

Podsumowując: NTSB i Redmond tak naprawdę nic nie badały, tylko w Redmond odczytano to, co im Moskwa przysłała. I tylko tyle, bo tyle im kazano, ani linijki więcej (choć mieli na to ochotę powiadamiając o duzej ilości danych- cyt.:“ Duża ilość surowych danych. Możemy przedstawić inne parametry w postaci czytelnej dła człowieka, jesli będzie potrzebne w śledztwie“), a z własnej inicjatywy nic robić nie mogą. Oczywiście, bez wątpienia wiedzą o wszystkim, co się wydarzyło, ale wiedza jest rzeczą zbyt cenną, by się nią niepotrzebnie chwalić.


Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o Smoleńsku w amerykażskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest to w raporcie czytelnie zaznaczone). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC.
W związku z powyższym dywagacje o rzekomych badaniach NTSB, wzywanie ich do takowych poprzez naszych parlamentarzystów jest dziecinnym nieporozumieniem. Nie jest natomiast zabawna akcja propagandowa wokół "badań NTSB". NTSB nie zrobił nic w tej sprawie i - co więcej - nic zrobić nie może, a gen. Anodina to sprawnie wykorzystała. Pomimo „świetnej współpracy“z Rosjanami nadal nawet nie wiemy, o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani, dlaczego. Ani- gdzie. Ani tym bardziej- czy w ogóle.



Ze strony NTSB:
http://www.ntsb.gov/aviationquery/brief2.aspx?
ev_id=20100429X00503&ntsbno=ENG10RA025&akey=1%20ENG10RA025