Joschka (Josef) Fischer podczas wywoływanych przez "rewolucjonistów" na ulicy Frankfurtu w 1968 r. - on, obok swojego kumpla Daniela Cohn-Bendita - "kawiorowego" europosła francuskich Zielonych zaszedł najwyżej. Został ministrem spraw zagranicznych i wicekanclerzem Niemiec.
www.naszdziennik.pl/index.php
Rewolucjoniści z 1968 roku, a także wykarmione tymi samymi ideami ich dzieci i wnuki, trzymają w żelaznym uścisku zachodnią opinię publiczną. Zwolennicy tej ideologii nie mają swojej partii ani zhierarchizowanych struktur, ale ich metoda właściwie niczym nie różni się od taktyki komunistów
Wyznawcy ruchu ´68 posiadają monopol na interpretację faktów, mają duży wpływ na rząd i nadają ton we wszystkich partiach politycznych, także tych konserwatywnych.
Lewacki wirus niszczy Zachód
Z Bettiną Roehl, niemiecką dziennikarką i publicystką, autorką głośnej książki "Zabawa w komunizm!", rozmawia Bogusław Rąpała
Wieloletnie niefrasobliwe traktowanie ideologii komunistycznej przez państwa zachodnie przynosi dziś katastrofalne skutki, czemu daje Pani wyraz w swojej książce pt. "Zabawa w komunizm!". Jakie okoliczności przyczyniły się do jej napisania?
- Pod koniec lat 90. w Archiwum Federalnym w Berlinie Wschodnim znalazłam akta dotyczące wydawanego przez moich rodziców - Ulrike Meinhof i Klausa Rainera Roehla - czasopisma "Konkret". W ten sposób nadarzyła się okazja, aby dokładnie przyjrzeć się genezie niemieckiej lewicy, następnie zaś ją opisać. Historia utworzonego i finansowanego przez komunistów z Berlina Wschodniego pisma "Konkret", z którą splecione są dzieje mojej rodziny, jest jednocześnie opowieścią o fenomenie ruchu ´68 i tworzeniu się lewicy w Niemczech. Proszę sobie wyobrazić, że "Konkret" od początku został zaprojektowany w Berlinie Wschodnim, przy współpracy z młodymi komunistami z Republiki Federalnej Niemiec, jako organ propagandowy, służący infiltracji młodzieży akademickiej na Zachodzie. Aktywność moich rodziców, którzy w połowie lat 60. redagowali sponsorowane przez Wschód pismo "Konkret", była skupiona wokół formującego się ruchu ´68. To oni byli jego filarami. Jednocześnie należeli do medialnego establishmentu Hamburga i Berlina Zachodniego, który wywierał istotny wpływ na życie polityczne w Niemczech. W tamtych czasach powszechnego dobrobytu na lewicowych poglądach można było zbić pokaźny kapitał. To tyle, jeśli chodzi o biograficzną część dotyczącą mojej rodziny, oczywiście opowiadającą również o latach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości oraz o sprawach związanych z prywatnym życiem rodziców.
W książce demaskuje Pani mity, którymi zwolennicy ruchu ´68 od dziesięcioleci legitymizują swoje istnienie. Jak publikacja ta została przyjęta na rynku wydawniczym?
- Moja książka ma charakter polityczno-analityczny. W zupełnie nowym świetle przedstawia wydarzenia historyczne, które przez całe lata otaczane były legendą, jak początki ruchu antyatomowego, ustawy o stanie wyjątkowym oraz głęboko zakorzenione stereotypy o strasznym państwie Konrada Adenauera lat 50. czy o rzekomo zdeformowanym przez katolicyzm, skostniałym i nieludzkim niemieckim społeczeństwie, które w takiej formie, w jakiej przedstawiają je przedstawiciele ruchu ´68, legitymizując swoje działania i propagując agresywne, wysoko doktrynerskie bzdury, nigdy nie istniało. Droga, którą przemierzyłam - i tutaj znów nawiązuję do pańskiego pytania o moją książkę - pozwoliła mi dokładnie poznać to dziwaczne zjawisko, jakim jest popularna i akceptowana przez demokratyczny świat szaleńcza ideologia ruchu ´68. "Zabawa w komunizm!" ukazuje prawdziwą, opartą na faktach historię powstania tego nurtu, wyzwala od wytworzonych przezeń mitów i jednocześnie w sposób analityczny rozbija betonowe dogmaty wykreowane przez rozpieszczonych pop-, luksusi narkokomunistów. Bożkami ruchu lewicowego są Karol Marks, Zygmunt Freud i Wilhelm Reich, a w tle towarzyszą im takie postacie, jak Mao Tse-tung i inni czerwoni ludobójcy, od których dzisiejsi przedstawiciele ´68 odżegnują się dość niemrawo i często nieszczerze. Moja książka została przemilczana przez środowisko ´68. Gdyby nie była publikacją demaskatorską, ale kolejną gloryfikacją ruchu lewicowego, już dawno obsypano by ją pochwałami oraz tymi wszystkimi wspaniałymi, wysoko dotowanymi nagrodami niemieckiego przemysłu kulturalnego, na które - szczerze mówiąc - w pełni zasłużyła. Od dawna też byłaby lekturą obowiązkową na lekcjach historii, ponieważ mimo trudnej tematyki jest napisana w sposób przystępny i z poczuciem humoru.
Ale tak się nie stało, ponieważ pokazuje w niej Pani metody działania ludzi związanych z Nową Lewicą. Które z tych metod są najczęściej stosowane i najskuteczniejsze?
- Ekspansja ruchu lewicowego, której towarzyszy utrata kontaktu z rzeczywistością, jest w demokracji pozostającej w służbie ideologii ´68 trudno dostrzegalna. Jeśli zaślepiona ideologią większość zatraca się w iluzorycznym świecie, to ma rację, nawet gdy nie ma racji. Demokracja zakłada, że decyduje większość, a większość jest przekonana, że podejmuje racjonalne decyzje. Analiza dzisiejszych społeczeństw zachodnich jest zaiste pracą herkulesową, chociażby dlatego, że po opanowaniu przez ideologię ´68 nie są one w stanie właściwie rozpoznać rzeczywistości i skonstatować, że tak naprawdę powinny jak najszybciej wylądować na kozetce u psychiatry. Właśnie z tego powodu struktury ´68 w dzisiejszych społeczeństwach są niewidoczne. Ideologia odciska swoje piętno, ale rzadko kiedy jest dostrzegana i wiązana z ruchem ´68, ponieważ jest on fałszywie uznawany za przestarzały i unicestwiony przez społeczeństwo. Należy jednak pamiętać, że pokolenie ´68 jest niczym kameleon i zawsze idzie z duchem czasu. Ruch ´68, który definiuję jako wysoce zideologizowaną, kryptokomunistyczną kulturę myślenia i odczuwania, właśnie dzięki swoim rewolucjom, medialnemu rozgłosowi i ugrupowaniu terrorystycznemu z lat 70., którym była Frakcja Czerwonej Armii, sam stał się establishmentem, podbił społeczeństwa i odtąd trzyma je w żelaznym uścisku, oczywiście zawsze utrzymując się na powierzchni.
W jaki sposób pokolenie ´68 ewoluowało w ciągu ostatnich dziesięcioleci?
- Ruch ´68 jest dziś ideologią, która począwszy od lat 60., wywiera coraz silniejszy wpływ na kulturę Europy Zachodniej, a raczej na to, co po niej zostało. Ale ta ideologia - chcę to jeszcze raz podkreślić - jest postrzegana jako coś całkiem naturalnego, a więc w rzeczywistości jest asymilowana zupełnie nieświadomie. Sześćdziesięcioósmacy nie widzą lasu, bo zasłaniają im go drzewa. Kierując się miłosierdziem, można by im było nawet współczuć. Sytuacja staje się jednak groźna wówczas, gdy ciemnota spod znaku ´68 rozlewa się i mami całe społeczeństwa, które nie posiadają ani struktur, ani sił pozwalających zachować w tej rzeczywistości jakąkolwiek orientację. Sześćdziesięcioósmacy utworzyli bardzo elastyczną i spójną strukturę władzy, która w odróżnieniu od klasycznych komunistycznych dyktatur jest na tyle szczelna, że uniemożliwia tworzenie się jakichkolwiek komórek oporu. Żadnej solidarności! Każdy konstruktywny krytyk ideologii ´68 jest serdecznie witany przez ten ruch jako ktoś, komu również zależy na przełamywaniu złych struktur społecznych. Ale ci, którzy nie dają się pozyskać, są brutalnie, bezlitośnie wykluczani i pomijani milczeniem. Zwolennicy ruchu ´68 to także sensaci, którzy na każdą błahostkę reagują wrzaskiem. Jednakże prawdziwi krytycy - jeszcze raz to powtórzę - są przez tę bezkształtną masę medialną konsekwentnie tłumieni, a w najlepszym razie wystawiani na pośmiewisko. Wyznawcy ruchu ´68 opanowali niezwykle trudną sztukę robienia szpagatu. Mimo że w Niemczech, i w ogóle na Zachodzie, posiadają monopol na interpretację faktów, mają duży wpływ na rząd i nadają ton we wszystkich partiach politycznych, także tych konserwatywnych - to od ponad 45 lat potrafią się też sprzedawać jako najbardziej wartościowa moralnie i niezbędna opozycja.
Dlaczego ludzie nie dostrzegają tej obłudy?
- Tę schizofreniczną postawę mocno i niewzruszenie reprezentują całe rzesze sześćdziesięcioósmaków. Proszę popatrzeć chociażby na nieco już leciwego Clausa Peymanna, szefa Berliner Ensemble, jednego z czołowych niemieckich teatrów. Człowiek ten od 40 lat żyje na koszt niemieckiego podatnika i świetnie mu się wiedzie. W sposób nudny i nieznośnie monotonny sprzedaje co roku jakąś infantylną wersję rewolucji komunistycznej i za pomocą różnorakich akcji oraz deklaracji ciągle stara się uczynić z terrorystów i ludobójców postacie akceptowane społecznie. Permanentna rewolucja teatralna pozwala mu wieść życie wielkokapitalistycznego bonzy. Przed kilkoma laty, gdy siedziałam naprzeciwko niego podczas telewizyjnego talk-show i stwierdziłam, że jego bożyszczem jest Mao Tse-tung, on nagle - niczym nastolatek przechodzący okres dojrzewania - wyciągnął zaciśniętą pięść i krzyknął w kierunku publiczności: "Rewolucja!". I coś takiego jest uznawane na Zachodzie za sztukę. Chociaż w Niemczech wiek emerytalny dla urzędników wynosi 65 lat i nie wolno go przekraczać, umowa publicznoprawna z 74-letnim Peymannem została przedłużona do roku 2014. Jest to przykład absolutnego upadku niemieckiego przemysłu kulturalnego. Komuniści i zwolennicy ruchu ´68 przystąpili do urzeczywistniania wyimaginowanej, wyższej formy demokracji, a w gruncie rzeczy chodzi im o ideologie, które w najokrutniejszy sposób oddają kult jednostce. Peymann jest obiektem takiego kultu - współczesnym idolem, wyniesionym przez pokolenie ´68 na piedestał. Mogę zagwarantować, że każdą sztukę teatralną, niezależnie od tego, o czym będzie traktowała, zamieni on w rewolucyjny bełkot. Mimo że sześćdziesięcioósmacy niezmordowanie stylizują swój ruch na młodzieżowy, nikogo nie razi fakt, że kolejne młode pokolenia działające w tym nurcie są ciemiężone przez starców. Poważany w Europie i na całym świecie Peymann od początku lat 60. żyje z dyskredytowania zachodniego społeczeństwa, tym samym utwierdzając i cementując swoją sponsorowaną przez państwo władzę. Wysoką pozycję utrzymuje wyłącznie dzięki prasie mainstreamowej, która - abstrahując od pojawiających się sporadycznie głosów krytycznych - gremialnie go popiera. Nikt nie ma odwagi podnieść ręki na owego namaszczonego przez ruch ´68 i przyklejonego do swoich stanowisk oraz profitów "mistrza teatru". Mimo że wszędzie słyszy się stwierdzenie: "Ruch ´68 jest już martwy. Jego przedstawiciele przechodzą teraz na emeryturę, a społeczeństwo już dawno wyleczyło się z jego ideologii", fakty świadczą o czymś diametralnie innym. Społeczeństwo codziennie myśli i czuje tak, jak mu dyktują przedstawiciele pokolenia ´68.
Czy można ten ruch jakoś umiejscowić, zlokalizować?
- Ruch ´68 tworzy perfekcyjnie działającą i spójną międzynarodową sieć. W Niemczech i innych dużych państwach na Zachodzie stopień tych powiązań, które zostały uformowane w ciągu minionych dziesięcioleci, stał się tak oczywisty, że nie zauważają go nawet osoby w ten ruch zaangażowane, a więc jego "aktorzy". Rewolucjoniści z 1968 roku, a także wykarmione tymi samymi ideami ich dzieci i wnuki, nawet jeśli deklarują się jako przeciwnicy tej ideologii, albo po prostu urodziły się później i są wobec niej nastawione krytycznie, trzymają w żelaznym uścisku zachodnią opinię publiczną, niezależnie od tego, czy są przy władzy, czy też znajdują się w opozycji. Struktury te kierują przede wszystkim mediami i decydują o tym, co się w nich pojawia. Sprawują też kontrolę nad przemysłem związanym z kulturą, rozrywką i edukacją dysponującym każdego roku ponad 100 mld euro. Ideolodzy ruchu ´68 zwiększają również swój wpływ na sądownictwo. Ideologia tej generacji zepchnęła na społeczny margines obydwa duże Kościoły w Niemczech - katolicki i ewangelicki, a zamiast tego zaimplementowała ateizm. W każdej dziedzinie - nieważne, czy chodzi o politykę atomową, migracyjną, o edukację, a przede wszystkim o psychologię - obowiązuje sposób myślenia wykreowany przez ruch ´68, który tym samym kształtuje również politykę. Zwolennicy tej ideologii nie mają swojej partii ani zhierarchizowanych struktur, ale ich metoda właściwie niczym się nie różni od taktyki komunistów. Polega ona na tym, żeby niczego samemu nie budować, ale niszczyć, infiltrować, wynaturzać i przejmować struktury, które już istnieją.
Państwa takie jak Polska, w których przez dziesięciolecia rządzili komuniści, do dziś zmagają się nie tylko z problemami materialnymi, ale przede wszystkim z moralnym zepsuciem swoich obywateli. Czy szkody, które wywołuje ruch ´68, są podobne?
- Komuniści deformowali rzeczywistość przy pomocy ateizmu, ideologii i własnych dogmatów. Realizacji tych założeń służyły monolityczne aparaty partyjne oraz budzące grozę dyktatury. Z kolei reprezentanci ruchu ´68, których ja określam mianem "popkomunistów", posługując się antykapitalistycznymi, komunistycznymi i wieloma innymi zawiłymi ideami, które niemal codziennie dopasowują do zmieniającego się ducha czasu, dbają o to, by atakowane przez nich przy pomocy różnych rewolucyjnych fantasmagorii społeczeństwa zachodnie w gruncie rzeczy nadal istniały. W ten sposób mogą je maksymalnie wykorzystać do własnych celów. I mają nadzieję, że konserwatywno-kapitalistyczne środowiska, na których żerują, będą finansowały ich ideologiczny obłęd.
Chodzi im głównie o pieniądze?
- Ruch ´68 już dawno popadłby w zapaść i nie byłby ideologią zwycięską, gdyby Republika Federalna Niemiec nie była tak zamożna. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że w latach 70., pomimo strat wojennych, RFN pod względem dochodu narodowego przypadającego na jednego mieszkańca znajdowała się w ścisłej światowej czołówce, obok Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Szwecji. Dziś jest inaczej. Relatywny upadek Niemiec, który będzie można obserwować także w przyszłości, ma obok różnych innych przyczyn także tę jedną: ruch ´68. Przedstawiciele tego nurtu politycznego od zawsze troszczyli się o to, żeby załatwiać sobie nawzajem dobre posady i inne profity. Wyspecjalizowali się w ostrych atakach na państwo, społeczeństwo, gospodarkę, własność, Kościoły, związki zawodowe i na co tylko chcą, niczego nie budując, a w zamian za to permanentnie wymachując fikcyjną maczugą moralną i zbijając kapitał. Bogacą się w specyficzny i perwersyjny sposób. Szczególnie w swoim dzisiejszym wydaniu - jako Zieloni - przedstawiają siebie jako lepszą część społeczeństwa. Występują przeciwko wojnie i wyzyskowi, opowiadają się za biednymi i pozbawionymi praw w swoim kraju i na całym świecie, kilkadziesiąt lat po śmierci Hitlera popisują się brawurową odwagą przeciwko nazistom. Ale jednocześnie zajmują świetnie opłacane stanowiska i żądają dla siebie wysokich świadczeń emerytalnych. Ideologia ´68 niesie ze sobą zdegenerowaną formę feudalizmu. Daniel Cohn-Bendit, polityk, lider francuskich Zielonych, i jemu podobni zachowują się jak współcześni książęta. Robią wokół siebie dużo szumu, a media multiplikują wyprodukowany przez nich chłam, tak jakby chodziło o jakąś genialną prawdę, o receptę na życie. Przyjrzyjmy się bliżej Cohnowi-Benditowi. Człowiek ten pierwszą połowę swojej publicznej działalności spędził uwięziony w infantylizmie, a drugą - w pułapce własnej starczości. Czy społeczeństwo rzeczywiście potrzebuje takich "poplątanych" osobników? Konsekwencje tego są katastrofalne. Przez ostatnie 200 lat Zachód wiódł na świecie prym na wszystkich ważnych polach. Szczyt dobrobytu osiągnął w późnych latach 60. i 70 i od tego momentu stale już tylko przegrywa. Ruch ´68 jest immanentną, samoniszczącą maszynerią.
Dlaczego idee reprezentowane przez Nową Lewicę znajdują tak wielu sympatyków wśród ludzi młodych, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że nie jest to niewinna zabawa?
- Ideologia pokolenia ´68 odnosi wyłącznie sukcesy. Głosi lewicowe hasła i przyciąga młodych ludzi. Trochę rewolucji, sex & drugs & rock´n´roll, poczucie bycia kimś lepszym, inteligentniejszym, wyemancypowanym i seksualnie wyzwolonym, pod warunkiem, że płynie się z nurtem mainstreamu - to wszystko jest atrakcyjne, a przy tym wyraźnie definiuje wrogów: rodziców (o ile nie wyznają tej samej ideologii), tradycyjne struktury społeczne, partie konserwatywne i liberalne oraz oczywiście Kościoły. Wrogość ta kierowana jest również w stronę państwa. W myśl tej ideologii w zasadzie nie powinno się zakładać (zdrowej) rodziny, ponieważ w takiej sytuacji siłą rzeczy bierze się udział w reprodukowaniu zepsutych, opresyjnych struktur i znowu zostaje się kołtunem, który wychowuje swoje dzieci na uznających autorytety poddanych, a nie na ludzi żyjących zgodnie z duchem ruchu ´68. Jej zwolennicy - podobnie jak komuniści - chcą stworzyć "nowego człowieka", który będzie tańczył tak, jak mu zagrają przedstawiciele pokolenia ´68.
Nauczyciele nie potrafią sobie poradzić z rozwydrzonymi uczniami. Wobec młodych ludzi, którzy nie szanują nawet własnych rodziców, stają się coraz bardziej bezradni. Czy o to właśnie chodzi lewicowym ideologom?
- Ruch ´68 jest w zasadzie sektą, która przejęła władzę, i tak się fatalnie składa, że nie została rozpoznana jako sekta. W reprezentowanej przez nią ideologii panuje kult wiecznej młodości. I jeśli nawet kult ten nie jest już tak widoczny, jak w poprzednich latach, to niezmienne pozostają schematy myślowe i sposób odczuwania, które za sprawą pokolenia ´68 przeniknęły i utrwaliły się w społeczeństwie. Do tego dochodzi jeszcze konieczność bycia nowoczesnym. Młodzi ludzie - nawet tacy, którzy głęboko w sercu wyznają poglądy konserwatywne i są w stanie rozsądnie myśleć oraz angażować się społecznie - są tak bardzo osaczeni przez dynamikę i wir mentalnych struktur ruchu ´68, że często nie tylko działają wbrew własnym interesom, ale też prezentują poglądy polityczne, z którymi tak naprawdę wcale się nie utożsamiają. Na tym polega recepta na sukces środowisk lewicowych. I w ten sposób wygrywają one wybory. Sytuacja taka miała ostatnio miejsce w gospodarczo zamożnym landzie Badenia-Wirtembergia, gdzie szefem rządu został Winfried Kretschmann, człowiek ze ścisłego trzonu ruchu ´68 i były fanatyczny zwolennik K-Gruppen, występujący obecnie w roli dobrodusznego dziadka i męża stanu. Może on teraz forsować bezwzględne idee ruchu ´68 chociażby za pośrednictwem systemu oświaty. Wkrótce zapewne wielu ludzi przerazi się konsekwencjami własnego wyboru, ale na zmianę decyzji będzie już za późno.
Jeśli zagrożeń tych nie dostrzega wielu dorosłych: rodziców, nauczycieli i polityków, to kto ma chronić najmłodszych?
- Pokolenie ´68 od momentu swojego powstania jest bardzo odporne na argumenty płynące z zewnątrz i nie przyjmuje informacji pochodzących spoza własnych kręgów. Sześćdziesięcioósmacy sprzedają się co prawda jako ludzie światli, ale jednocześnie tłumią to "światło" przy pomocy własnej ideologii. Regularnie dyskredytują swoich krytyków jako niemodnych i autorytarnych idiotów. Tej permanentnie odnawiającej się ideologii mogłaby się przeciwstawić tylko nowa, atrakcyjna wizja.
Czy ruch ´68 ma jakiś konkretny punkt, do którego chciałby dojść, a potem się zatrzymać?
- Nie, on się stale żywi duchem czasu, nad którym panuje. Nie reprezentuje żadnej konkretnej utopii ani idei.
Wspomniała Pani o niechęci pokolenia ´68 do tradycyjnej rodziny...
- Jak każda sekta, z trudem akceptuje ono struktury, których członkowie zachowują autonomiczne przestrzenie wolności. Dlatego instytucja rodziny zawsze była dla niego solą w oku.
Jakie są ideologiczne korzenie tego środowiska?
- Przedstawiciele ruchu ´68 zatykają uszy, kiedy się o tym mówi, ale wyznawana przez nich ideologia jest silnie powiązana z idiotyzmami głoszonymi przez dążącego do zrewolucjonizowania kultury i mającego na sumieniu miliony ofiar Mao Tse-tunga, który chciał uruchomić na Zachodzie mechanizmy prowadzące do jego zniszczenia. Ów autokrata nie miał nadziei na to, że zacofane i na dodatek wyniszczone przezeń Chiny odniosą szybkie, militarne zwycięstwo nad Zachodem. Dlatego pragnął zrewolucjonizować Trzeci Świat, a Europę wpędzić przy pomocy doskonale wystylizowanej propagandy w pewien rodzaj autodestrukcji, co mu się, niestety, w znacznej mierze udało. I tę właśnie autodestrukcję zwolennicy ruchu ´68 napędzają do dzisiaj, nieustannie przedstawiając ją jako coś modnego i awangardowego. Do tego obrzucają wyniosłymi obelgami wszystko to, co istnieje realnie, a zatem - według nich - powinno zostać zrewolucjonizowane.
Brzmi to pesymistycznie. Czy potrafi sobie Pani wyobrazić społeczeństwo europejskie za 20 lat?
- Myślę, że zarówno Europa, jak i Ameryka - Zachód w ogóle - doświadczą znacznego wyobcowania w stosunku do siebie i własnej historii. Także z powodu napływu ludności z innych części świata, w tym z krajów muzułmańskich. W takiej sytuacji trudno będzie mówić o europejskiej tożsamości. Z powodu obłąkańczego generowania przez Brukselę i Strasburg wciąż nowych ustaw oraz postępującej fetyszyzacji pojęcia "Europa" kontynent zostanie przytłoczony nadmiarem regulacji prawnych, a jednocześnie będzie się coraz bardziej zatracał w chaosie paralelnych społeczeństw i heterogenicznych struktur. W przedstawionej przeze mnie wizji przyszłości znaczny udział będzie miała autodestrukcyjna furia ruchu ´68. Tymczasem tacy politycy jak Helmut Kohl czy Angela Merkel, którzy swoją pozycję budują na przemilczaniu i przeczekiwaniu problemów, a przy tym nie są zdolni do podjęcia intelektualnej debaty, utrzymują społeczeństwo w poczuciu pewnego rodzaju konserwatywnego bezpieczeństwa, które faktycznie nie istnieje. To niewyobrażalne, że Merkel, która pełni najwyższe stanowisko w państwie, tłumi wszelkie dyskusje nad niezbędnymi rozwiązaniami systemowymi.
To, co Pani mówi, jest bardzo interesujące, choć jest to dość wstrząsający obraz przyszłości...
- ...ale realistyczny, o ile w ogóle można dziś snuć prognozy na przyszłość. Ale mimo wszystko pozostaję optymistką i wciąż mam nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Ostatecznie historia ludzkości nie jest zdeterminowana, ale podlega nieprzewidywalnym fluktuacjom.
Czy widzi Pani jakiś sposób na zahamowanie tego autodestrukcyjnego procesu?
- Jeśli zadając mi to pytanie, myśli pan, że podam jakiś bardziej optymistyczny wariant mojej przedstawionej wyżej, raczej mrocznej prognozy przyszłości, to muszę pana rozczarować. Ale nie porzucam nadziei.
Wspomniała Pani wcześniej, że wciąż odnawiającej się ideologii ´68 mogłaby się przeciwstawić jakaś atrakcyjna idea lub wizja. Co konkretnie miała Pani na myśli?
- Pomimo wszelkich niedoskonałości, które są widoczne w zachodniej demokracji, zawsze uważałam ją za najatrakcyjniejszą wizję, jaka istniała w całej historii ludzkości. Jest ona najbliższa ideałowi humanistycznemu. I to ona uczyniła z Zachodu obszar przodujący na świecie pod względem gospodarczym i kulturowym. Dziś społeczeństwa zachodnie są niesamowicie zdezorientowane lub wręcz zaślepione. Tak zwane elity bardziej bawią się życiem, niż naprawdę żyją. Zachód cechuje się mieszaniną dekadencji, ignorancji i swoistego oczekiwania na koniec świata (jako fantastycznej megaimprezy) oraz połączeniem arogancji i pychy. Popada on w pewien rodzaj metażycia. To dążenie do samozniszczenia, przy jednoczesnym pouczaniu całego świata, jak powinien postępować, nazwałabym schizofrenicznym rysem zachodniego systemu. Powinniśmy przeprowadzić gruntowną wymianę elit, ponieważ te, które nami rządzą, po prostu zawodzą. Zmianę na lepsze mógłby przynieść powrót do starych, sprawdzonych zachodnich ideałów, które są coraz mocniej wypierane z powszechnej świadomości. Duchowo-ideowej próżni, będącej spuścizną ruchu ´68, nie są już w stanie wypełnić nawet religie.
Społeczeństwa muszą chcieć wymiany swoich elit. Co powinno się stać, by do tego doszło?
- Społeczności, które mają zdezorientowane elity, same też są bezsilne i nie potrafią wziąć spraw w swoje ręce. Jeśli pyta mnie pan teraz o nową ideę, która mogłaby wstrząsnąć ludźmi i zdobyć ich serca, to muszę powiedzieć o swojej nadziei, że w końcu obudzi się w nich świadomość, iż decydenci wystawili ich do wiatru. Co do wizji społecznych, to tutaj nie oczekiwałabym jakiegoś cudu. Tak zwana Nowa Lewica, która dziś nie jest już wcale nowa, w obecnych formach istnienia jest trudna do rozpoznania. Jest środowiskiem skupiającym żądnych władzy i pieniędzy cwaniaków, którzy zajmują istotne z punktu widzenia gospodarki stanowiska. Proszę popatrzeć na Dominique´a Strauss-Kahna, zachodniego socjalistę, który korzysta pełnymi garściami z dobrodziejstw kapitalizmu i jest feudałem najwyższej kategorii. Francuskie media (także te skrajnie lewicowe), które dobrze wiedzą o jego ogromnym majątku, najwyraźniej - przy całej otwartości - ukrywają to przed swoimi proletariackimi konsumentami. Kolejny przykład to Carla Bruni, żona Nicolasa Sarkozy´ego, stylizująca się na wielkokapitalistyczną lewaczkę. Tak wygląda zabawa w komunizm! Niestety, owa polityczna sekta, zapewniająca swoim zwolennikom dokładnie te same stanowiska i pozycje w społeczeństwie, które niegdyś chciała obalić przy pomocy działań rewolucyjnych, nie da się łatwo wyrugować z uprzywilejowanych pozycji. Tym bardziej że jej ideolodzy próbują mamić społeczeństwo swoją odwagą i bohaterstwem, wrażliwością społeczną i rozumieniem demokracji, którą się wykazali w latach 50. i 60. Używając tego "odgrzewanego" kłamstwa, aspirują także do roli autorytetów moralnych.
Nie udałoby się to im, gdyby nie opanowali mediów...
- Zniszczenie wszystkich tradycyjnych wartości było częścią programu ruchu ´68, a jego zwolennicy zachowują się tak, jakby to oni sami stanowili istotną wartość. W świecie medialnym opis wydarzeń dyktowany jest przez lewicowy mainstream. Środowiska, które sprzeciwiają się tego rodzaju zwierzchności, nie mają łatwego życia. A jeśli na dodatek mają do czynienia z tworem przypominającym sektę, która bazuje na aplauzie, na tym, co dzieje się "tu i teraz", i na nieformalnych sposobach komunikacji, to niesłychanie ciężko jest im się przebić z jakąkolwiek nową ideą.
Obserwuje Pani również sytuację społeczno-polityczną w Polsce. Co Pani myśli, widząc np. dążenie wielu polityków w naszym kraju do zalegalizowania układów homoseksualnych?
- Sądzę, że w tym zakresie Polska poddała się nurtowi obowiązującemu we Wspólnocie Europejskiej. Bracia Kaczyńscy, którzy w ciągu ostatnich 20 lat próbowali uchronić kraj od duchowo-ideowej okupacji ze strony zachodniego molocha, niestety, przegrali. Nie potrafili wypracować odpowiedniej strategii, która byłaby pomocna przy prowadzeniu wojny ideologicznej zarówno z zachodnimi, jak i rodzimymi kadrami spod znaku ´68.
A może po prostu polskie społeczeństwo, otumanione ideologią ruchu ´68, nie potrafiło docenić prezentowanej przez nich konserwatywnej wizji kraju?
- Kaczyńscy mają wielkie zasługi w walce przeciwko restauracji starych komunistycznych struktur, ale w żaden sposób nie umieli zapobiec symbiozie zręcznych, zachodnich przedstawicieli ruchu ´68 z polskimi postkomunistami. Najwidoczniej kampania niszczenia demokracji, prowadzona przez spadkobierców pokolenia ´68, stanowiła dla braci Kaczyńskich zagadkę. W Polsce zdążyła już wyrosnąć elita, która jest zafascynowana zwycięską energią mainstreamu ´68 i która oczywiście spodziewa się wyciągać z tego osobiste korzyści. Kto chce się zmierzyć z lewicowymi aktywistami, sprawującymi bardzo chytrze kontrolę nad różnego rodzaju ruchami ekologicznymi, feministycznymi czy też pokojowymi, musi przede wszystkim zrozumieć, że ma do czynienia z nadzwyczaj agresywnym, podstępnym i niezwykle sprawnym w organizowaniu różnego rodzaju kampanii ruchem, który jednocześnie na wszelkie możliwe sposoby prowadzi agitację w społeczeństwie i ma za sobą olbrzymią armię najczęściej niedouczonych klakierów.
Kogo ma Pani na myśli?
- Proszę popatrzeć np. na cieszące się coraz większym zainteresowaniem fora internetowe, na których grasują całe rzesze dyskutantów zachowujących się jak samodzielni i niezależni wolontariusze ruchu ´68. Okazują się oni bardzo przydatni dla lewicowej nomenklatury. Niech się pan przyjrzy również bieżącym wydarzeniom w Niemczech i głośnej sprawie plagiatów prac doktorskich. Jak zwykle tłumy grzebią w doktoratach nielubianych polityków konserwatywnych, natomiast oszczędzają polityków "czerwonych" lub "zielonych". A przecież wiadomo, że doktoraty napisane przez lewicowców, nieważne, czy z dziedziny techniki, nauk przyrodniczych, czy też humanistycznych, zawierały najczęściej pieśni pochwalne na cześć komunizmu - pieśni, które każdy z tych autorów znał na pamięć.
Jaką dałaby Pani radę tym, którzy dostrzegają niszczycielską działalność ruchu ´68 i chcą z nim walczyć?
- Podczas dyskusji potrzebne są rozsądek i wysoka kultura polityczna. Kto chce przeciwstawić owej zastygłej i tępej strukturze władzy - która mimo tych cech przyciąga do siebie wszelkiej maści wesołków - jakąś nową ideę czy wizję, lub chce przynajmniej stworzyć szansę dla ich zaistnienia, musi posiadać wrodzony talent w dziedzinie public relations albo też dysponować ogromną wiedzą. Działalność środowisk prawicowych, które chciałyby walczyć z ruchem ´68 metodami rewolucyjnymi, nie jest satysfakcjonująca. Kręgów tych nie da się traktować serio. Służą one aktywistom pokolenia ´68 jedynie za pożywkę dla uprawianej przez nich tzw. krytyki społecznej. Tak więc do walki z ruchem ´68 nie wystarczy bardzo atrakcyjna idea. Jej orędownicy muszą być niesamowicie sprawnymi dyskutantami. Strategia kampanii prowadzonych przez lewicowych aktywistów polega na niszczeniu struktur i wyobrażeń na temat świata, dzięki którym owe struktury niegdyś zachowywały spójność. Zdeformowaniu uległy także idee politycznie inaczej ukierunkowanych partii. Spuścizna intelektualna ruchu ´68 - ujmując to żartobliwie - została splagiatowana przez CDU i FDP, niemieckie partie konserwatywne. Jest ona widoczna również w Kościele ewangelickim oraz w mniejszym stopniu w Kościele katolickim. Jeśli zatem ktoś rzeczywiście chce z nią skutecznie walczyć, musi być niezwykle odporny. Ruch ´68 jest niczym wirus o niespotykanych wprost możliwościach zarażania.
Dziękuję za rozmowę.
_______________________________
Bettina Roehl (ur. 21 września 1962 roku) mieszka w Hamburgu. W 2006 roku wydała w Niemczech książkę "So macht Kommunismus Spass!", która weszła do kanonu opracowań dotyczących historii lewicy w Republice Federalnej Niemiec. Jest to opowieść o rodzicach autorki: Ulrike Meinhof i Klausie Rainerze Roehlu, oraz wydawanym przez nich kultowym piśmie "Konkret". W 2008 roku ukazało się polskie tłumaczenie tej książki pt. "Zabawa w komunizm!", które wywołało ożywioną debatę poświęconą generacji ´68. W 2001 roku Roehl opublikowała zdjęcia oraz informacje na temat terrorystycznej przeszłości Joschki Fischera, ówczesnego ministra spraw zagranicznych i byłego aktywisty ruchu ´68. W ostatnich latach zabierała głos przede wszystkim w związku z bieżącymi kwestiami politycznymi, gospodarczymi i kulturalnymi. Wiele jej artykułów ukazało się w politycznym blogu w internetowym wydaniu dziennika "Die Welt" - "Sex, Macht und Politik Mainstream Report".
31.07.2011
"Lewacki wirus niszczy Europę" - Bettina Röhl dla ND
Etykiety:
Bettina Roehl,
EU,
komunizm,
Lech Kaczyński,
marksizm,
neokomunizm,
neomarksizm,
Niemcy,
Polska,
rewolta 1968,
trockizm
30.07.2011
Minister Miller jest nagi
W znanej z nieprzemijającej aktualności baśni Andersena trzeba było aż dziecka, żeby zuważyło i wykrzyczało na głos widoczną dla wszystkich prawdę: „Król jest nagi!“.
Niestety, zabrakło dziś dziecka wśród zebranych na konferencji prasowej dziennikarzy. Nie było nikogo, kto zawołałby: „Panie Miller, niech się pan wreszcie przestanie wydurniać!“. Nikt nie wygwizdał usztywnionych uniformami polskiej armii szympasów. Nikt nie rzucił z oczywistych względów przed siebie rękawicą, ani choćby w skromnym zastępstwie – butem.
Fakt, większość publiczności opuściła salę wcześnie, a to dlatego, że trzeba było podawać do redakcji niusy. Miałam wrażenie obserwując całą sytuację okiem kamery telewizyjnej, że obie strony – i ta na podium i ta jej słuchająca dobrze wiedziały, że uczestniczą w makabrycznym przedstawieniu (nazywa sie to w teatrologii zasadą jedności estetyki), ale wspólnie jadły tę żabę, choć minister Miller sporo się przy tym pocił. W końcu wypocić z siebie ponad 300 stron kłamstw to nawet zespołowo wyczerpujące zajęcie. Sam Szekspir by nie dał rady.
A temat i przede wszystkim sposób jego „opracowywania“ jest na miarę Szekspira albo innego Ajsychylosa. Chociaż Miller i jego trupa nie trzymali się przepisów antycznej tragedii, a mieli wszystkie ku temu atrybuty. Przede wszystkim zabrakło całkowicie podstawowej dla wiarygodności przedstawienia Zasady Trzech Jedności: czasu, miejsca, akcji. Dekorum też zostawiło wiele do życzenia, bo jak pamiętamy, Putin i Szojgu przybywszy na inspekcję inscenizacji miny mieli wyraźnie niezadowolone.
Zasada jedności estetyki tłumaczy też zdumiewający fakt, że praktycznie nie było jakichś sensownych pytań z sali. No bo o co pytać, kiedy wszystko jest jasne i dobrze to rozumiemy? Po co tykać tę nie przeżutą do końca żabę? Wszystko jasne, tylko nie to, co się akurat w majestacie Prawdy podaje za bezsprzecznie ustalone, wymierzone, obliczone, udowodnione.
Zginęło 96 osób, a właściwie z dyrektorem Michniewiczem, min. Wróblem , profesorem Duliniczem, biskupem Cieślarem. Operatorem Knyże i Markiem Rosiakiem 112 osób. Nastąpiła pełna dekapitacja prawicy. Nie wiemy, gdzie i jak w większości zginęli, bo nie posiadamy protokołów sekcji zwłok, żaden z elementarnych dowodów materialnych nie został przebadany. Ba, nie wiemy nawet czym i kiedy odlecieli w stronę Smierci. Nie ma żadnych, podkreślam, żadnych dowodów. Nie wiemy nawet, czy to ich ziemskie resztki znajdują się
w trumnach, które zostały pochowane. Ekshumację, jakiej domagały się Rodziny zrobią nam....Rosjanie.
Antyczny wymiar tego, co się stało jest widoczny gołym okiem. Oni umarli (gdzie i kiedy?) raz. My- pozostali tutaj, w tym kraju, umieraliśmy dzisiaj z nimi po raz kolejny. Bezsens i absolutna dziejowa zbyteczność tego umierania były dojmujące. Przez kilka godzin rzucano nam gnojem bezgranicznego bezczelnego piramidalnego KŁAMSTWA w twarz i nikt nie wstał i nie splunął. Nikt nie oddał, nikt nie protestował. Czy to znaczy, że wszystko jest w porządku? Czy im, zaprzęgniętym w machinę państwowego KŁAMSTWA sprzedawczykom, sprawiało satysfakcję patrzeć, jak zgromadzona „czwarta władza“ łyka ten szympansi gnój ze spokojem i czeka na dokładkę? Może?
Wiem z osobistego doświadczenia i z dokumentów, że ich historycznym poprzednikom z państwowych „służb“ PRLu nie sprawiało to bynajmniej trudności, żeby zaaklimatyzować się w kłamstwie. Podobno wszystko jest sprawą pieniędzy, a te, jak wiadomo, nie śmierdzą.
Oni wiedzą, bo muszą wiedzieć, nawet, jeśli boją się o tym śnić w nocy, że tam, w tamtym miejscu na Sewernym nie było żadnej katastrofy. Z całej siły i z zaangażowaniem podtrzymują polsko-rosyjskie gigantyczne kłamstwo, bo Prawda musi być o wiele straszniejsza.
W pewnym małym miasteczku w Niemczech stoi odlana z brązu figura brzydkiego mężczyzny. Ten ludzki król zdecydowanie jest nagi. Swoją nagość znosi jednak w godności, bo model nie udawał, że jest w coś ubrany.
Patrząc dziś na ubliżającego polskiemu mundurowi Millera, ubliżającego temu mundurowi, w jakim zginęli 10 Kwietnia piloci i generałowie, nie miałam wątpliwości co do jego moralnej nagości i ten widok doprowadza mnie do mdłości. Nagi Miller, obojętnie, w ministerialnym garniturze czy cywilnych dresach wzbudza we mnie jednakowo najwyższe obrzydzenie.
Niestety, zabrakło dziś dziecka wśród zebranych na konferencji prasowej dziennikarzy. Nie było nikogo, kto zawołałby: „Panie Miller, niech się pan wreszcie przestanie wydurniać!“. Nikt nie wygwizdał usztywnionych uniformami polskiej armii szympasów. Nikt nie rzucił z oczywistych względów przed siebie rękawicą, ani choćby w skromnym zastępstwie – butem.
Fakt, większość publiczności opuściła salę wcześnie, a to dlatego, że trzeba było podawać do redakcji niusy. Miałam wrażenie obserwując całą sytuację okiem kamery telewizyjnej, że obie strony – i ta na podium i ta jej słuchająca dobrze wiedziały, że uczestniczą w makabrycznym przedstawieniu (nazywa sie to w teatrologii zasadą jedności estetyki), ale wspólnie jadły tę żabę, choć minister Miller sporo się przy tym pocił. W końcu wypocić z siebie ponad 300 stron kłamstw to nawet zespołowo wyczerpujące zajęcie. Sam Szekspir by nie dał rady.
A temat i przede wszystkim sposób jego „opracowywania“ jest na miarę Szekspira albo innego Ajsychylosa. Chociaż Miller i jego trupa nie trzymali się przepisów antycznej tragedii, a mieli wszystkie ku temu atrybuty. Przede wszystkim zabrakło całkowicie podstawowej dla wiarygodności przedstawienia Zasady Trzech Jedności: czasu, miejsca, akcji. Dekorum też zostawiło wiele do życzenia, bo jak pamiętamy, Putin i Szojgu przybywszy na inspekcję inscenizacji miny mieli wyraźnie niezadowolone.
Zasada jedności estetyki tłumaczy też zdumiewający fakt, że praktycznie nie było jakichś sensownych pytań z sali. No bo o co pytać, kiedy wszystko jest jasne i dobrze to rozumiemy? Po co tykać tę nie przeżutą do końca żabę? Wszystko jasne, tylko nie to, co się akurat w majestacie Prawdy podaje za bezsprzecznie ustalone, wymierzone, obliczone, udowodnione.
Zginęło 96 osób, a właściwie z dyrektorem Michniewiczem, min. Wróblem , profesorem Duliniczem, biskupem Cieślarem. Operatorem Knyże i Markiem Rosiakiem 112 osób. Nastąpiła pełna dekapitacja prawicy. Nie wiemy, gdzie i jak w większości zginęli, bo nie posiadamy protokołów sekcji zwłok, żaden z elementarnych dowodów materialnych nie został przebadany. Ba, nie wiemy nawet czym i kiedy odlecieli w stronę Smierci. Nie ma żadnych, podkreślam, żadnych dowodów. Nie wiemy nawet, czy to ich ziemskie resztki znajdują się
w trumnach, które zostały pochowane. Ekshumację, jakiej domagały się Rodziny zrobią nam....Rosjanie.
Antyczny wymiar tego, co się stało jest widoczny gołym okiem. Oni umarli (gdzie i kiedy?) raz. My- pozostali tutaj, w tym kraju, umieraliśmy dzisiaj z nimi po raz kolejny. Bezsens i absolutna dziejowa zbyteczność tego umierania były dojmujące. Przez kilka godzin rzucano nam gnojem bezgranicznego bezczelnego piramidalnego KŁAMSTWA w twarz i nikt nie wstał i nie splunął. Nikt nie oddał, nikt nie protestował. Czy to znaczy, że wszystko jest w porządku? Czy im, zaprzęgniętym w machinę państwowego KŁAMSTWA sprzedawczykom, sprawiało satysfakcję patrzeć, jak zgromadzona „czwarta władza“ łyka ten szympansi gnój ze spokojem i czeka na dokładkę? Może?
Wiem z osobistego doświadczenia i z dokumentów, że ich historycznym poprzednikom z państwowych „służb“ PRLu nie sprawiało to bynajmniej trudności, żeby zaaklimatyzować się w kłamstwie. Podobno wszystko jest sprawą pieniędzy, a te, jak wiadomo, nie śmierdzą.
Oni wiedzą, bo muszą wiedzieć, nawet, jeśli boją się o tym śnić w nocy, że tam, w tamtym miejscu na Sewernym nie było żadnej katastrofy. Z całej siły i z zaangażowaniem podtrzymują polsko-rosyjskie gigantyczne kłamstwo, bo Prawda musi być o wiele straszniejsza.
W pewnym małym miasteczku w Niemczech stoi odlana z brązu figura brzydkiego mężczyzny. Ten ludzki król zdecydowanie jest nagi. Swoją nagość znosi jednak w godności, bo model nie udawał, że jest w coś ubrany.
Patrząc dziś na ubliżającego polskiemu mundurowi Millera, ubliżającego temu mundurowi, w jakim zginęli 10 Kwietnia piloci i generałowie, nie miałam wątpliwości co do jego moralnej nagości i ten widok doprowadza mnie do mdłości. Nagi Miller, obojętnie, w ministerialnym garniturze czy cywilnych dresach wzbudza we mnie jednakowo najwyższe obrzydzenie.
Etykiety:
kaczynski,
katastrofa,
minister miller,
Polska,
raport,
Smolensk,
Tusk
6.07.2011
Podziękujmy O. T.Rydzykowi za konstytucyjne wybory
Nie wiem, czy Ojciec Rydzyk ma taki dobry timing, czy czasy są po prostu aż tak złe, że każdy timing jest dobry. W każdym razie nie ulega dla mnie wątpliwości, że „autonomicznę decyzję” pełniącego obowiązki Prezyenta B.Komorowskiego w sprawie konstytucyjnych, czyli jednodniowych wyborów parlamentarnych wyznaczonych na 9 października br. zawdzięczamy moim skromnym zdaniem bezpośrednio Ojcu Tadeuszowi Rydzykowi.
Bowiem to jego (tj. O. Rydzyka) jednoznaczna, publicznie wypowiedziana w Brukseli opinia na temat łamiącego reguły demokracji rządu RP i głośna skarga ministra-„oksfordczyka” Sikorskiego do Watykanu ( co zarzut łamania demokracji wprost potwierdzało) spowodowała, że przejmujący symboliczną pałeczkę prezydencji UE tuskoidzi nie mogli pozwolić sobie na bezczelne łamanie konstytucji polskiej w sprawie wyborów. Taki numer i bez prezydencji UE nie przeszedłby w żadnym afrykańskim bantustanie, a miałby przejść pod okiem kanclerz Merkel? Już czekałam na ciętą ripostę Nigela Faraga w Brukseli.
Podziękujmy więc Ojcu Rydzykowi za opatrznościową interwencję.
A teraz wystarczy tylko wygrać te wybory. Ich warunkiem musi być zasada, że będziemy razem liczyć głosy.
Etykiety:
9 października,
B.Komorowski,
Bruksela,
gazeta polska,
Ojciec Tadeusz Rydzy,
PiS,
PO,
prezydencja,
Radosław sikorski,
UE,
wybory parlamentarne 2011
29.06.2011
St.Michalkiewicz-Co Polska ma z Unii? Wariant rozbiorowy.
Archiwizacja/Dokumentacja
Wariant rozbiorowy
Felieton • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 26 czerwca 2011
Rozpoczyna się polska prezydencja w UE. Przez pół roku będziemy faszerowani szczególnie intensywną propagandą unijną, która będzie starała się ukryć fakt, że coraz wyraźniej widać, iż Polska żadnej roli do odegrania w UE nie ma - poza dostarczaniem gotówki i rąk do pracy. Poniższy wywiad jest fragmentem książki „Michalkiewicz - wariant rozbiorowy” (dostępna w księgarni: http://sklep-niezalezna.pl/pl/p/Wariant-Rozbiorowy-Michalkiewicz-Sommer/472)
(Ze STANISŁAWEM MICHALKIEWICZEM rozmawia TOMASZ SOMMER)
Zacznijmy bardzo ogólnie. Jaka jest siła sprawcza polskich polityków w UE? Co oni mogą, a czego nie mogą?
Siła sprawcza polskich polityków w UE jest pochodną ciężaru gatunkowego Polski w UE. Jest on bardzo niewielki z uwagi na różne okoliczności, toteż i siła sprawcza polskich polityków w UE nie może być duża. Weźmy takiego charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka - niby jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, ale tak naprawdę to nie potrafił nawet zapobiec ocenzurowaniu wystawy na terenie Parlamentu w rocznicę katastrofy smoleńskiej, chociaż podobno faktem ocenzurowania był „wstrząśnięty”. Mechanizmy decyzyjne w UE nie dają Polsce, zwłaszcza po wprowadzeniu w życie traktatu lizbońskiego, specjalnych możliwości, toteż polscy politycy pełnią raczej rolę pasa transmisyjnego Komisji Europejskiej do Polski - tak samo jak związki zawodowe za komuny były transmisyjnym pasem polityki partii do szerokich mas pracowniczych.
Jednak z propagandy rządowej wynika, że polscy politycy w UE odnoszą same sukcesy. Odnosili je w kontaktach z UE Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, a Kazik Marcinkiewicz to nawet ciągle krzyczał „Yes, yes, yes”. Potem bardzo zadowoleni byli Lech i Jarosław Kaczyńscy, a teraz uszczęśliwiony nadzwyczajnym powodzeniem jest Donald Tusk. Czy te wszystkie sukcesy to blaga?
Oczywiście. Co Polska miała z tych sukcesów? Nie potrafię podać ani jednego przykładu, natomiast na pas transmisyjny - proszę bardzo! Komisja Europejska bombarduje Polskę dyrektywami w liczbie co najmniej jednej dziennie - które nasi mężykowie stanu przekuwają potem własnymi słowami na ustawy. To jest właśnie przyczyna owej biegunki legislacyjnej, o której na Kongresie Nowej Prawicy mówił pan Krzysztof Habich.
Jak wytłumaczyć fakt, że w Polsce przedstawiciele „bandy czworga” - jak określamy obecne partie parlamentarne - kłócą się zawzięcie o każdą, wydawałoby się najbłahszą sprawę, a jeśli chodzi o UE to stoją na stanowisku podziwu godnej zgody - nawet konstytucję zmieniają jednogłośnie, gdy trzeba, a wszystkie unijne ustawy przechodzą bez najmniejszego wahania i zastanowienia?
No właśnie tak - że są pasem transmisyjnym. Wprawdzie Jarosław Kaczyński w retoryce polemicznej z Donaldem Tuskiem czasami odsłania rąbek prawdy, mówiąc o „kondominium” rosyjsko niemieckim nad Polską - ale w sprawie Anschlussu mówi jednym głosem z Platformą, PSL i SLD. Widać skądś wie, że unio sceptycyzm jest największą zbrodnią przeciwko ludzkości, wobec której nie ma przebaczenia.
Bawiąc się w adwokata diabła, można by powiedzieć, że w sumie to nic dziwnego, bo wchodząc do ekskluzywnego klubu, nuworysze zwykle dość długo nie mają prawa głosu. Tylko się słuchają i cieszą z uczestnictwa.
Jest jednak różnica, że nuworysze w końcu przestają być nuworyszami i zaczynają zabierać głos, podczas gdy Polska została wciągnięta do UE w celu zoperowania jej pod kątem niemieckich oczekiwań. Nasze możliwości zatem nie zwiększają się z upływem czasu, tylko się zmniejszają.
Jednak w UE można działać co najmniej na dwóch zupełnie różnych poziomach. Poziom pierwszy jest systemowy - chodzi o ogólne pomysły ustrojowe. Nie widziałem z polskiej strony właściwie żadnego pomysłu, który wypłynąłby na ogólno unijnym gremium - może poza promowaniem przyjęcia Ukrainy. Poziom drugi to poziom bardziej partykularnych interesów. Tutaj też chyba przede wszystkim brakuje jakiejkolwiek strategii poza przyjmowaniem szmalu, które w sensie bilansowym być może jest po prostu dobrze ufryzowanym płaceniem szmalu. Może ta impotencja wynika nie tyle z braku możliwości, co z braku pomysłów?
Polska nie kształtuje ustroju UE - co było widać podczas prac nad traktatem konstytucyjnym. Przygotował go Walery Giscard d’Estaing z jakimiś swoimi masońskimi pomocnikami, zaś dla Polski i podobnych jej krajów tubylczych pozostawiono rolę cmokiera i klakiera. Przecież wszystko to nam się podobało, z wyjątkiem „Nicei albo śmierci” - o czym wykrzykiwał Jan Maria dwojga imion Rokita z sejmowej trybuny. Ale i to, przeciwko czemu protestował Jan Maria, nam się teraz podoba - skoro taki jest rozkaz. Jak już wspominałem, proszę zwrócić uwagę na przyjętą w traktacie lizbońskim zasadę lojalnej współpracy - zobowiązującą państwo członkowskie do powstrzymania się przed każdym działaniem, które mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów UE. To jest zasada przyznająca pełną suwerenność władzom UE, bo tylko one mogą miarodajnie ocenić, jakie działanie państwa członkowskiego mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów UE - niezależnie od zakresu przekazanych kompetencji. Jeśli chodzi o przyjęcie Ukrainy, to Polska na tamtym etapie realizowała linię amerykańskiej dywersji wobec strategicznych partnerów - za co prezydenta Kaczyńskiego zgodnie krytykowało i Stronnictwo Pruskie i Stronnictwo Ruskie - że „skłóca” Polskę z sąsiadami. Kiedy jednak USA wycofały się z forsowania czy udawania forsowania udziału Gruzji i Ukrainy w NATO, to i Polska dała sobie spokój - zwłaszcza że Niemcy stanowczo mówiły „nein”. A jeśli idzie o partykularne interesy, to są one realizowane, ale na poziomie poszczególnych osób: jeden zostanie komisarzem, drugi - przewodniczącym PE, trzeci dostanie trafikę w Brukseli, czwarty - prezesurę europejskiego towarzystwa wagonów sypialnych - i wystarczy. Przecież poza futrowaniem różnych Danut Hübnerowych i Róż Thun Polska z UE nie ma korzyści - biorąc pod uwagę składkę, jaką wpłaca. 11 mld złotych rocznie wystarczyłoby na zbudowanie 500 km autostrady.
Czy obecność tych osób rzeczywiście postrzega Pan jako jedno wielkie przekupstwo?
Ci, których znam, zawsze byli wrażliwi na takie argumenty - a cóż dopiero, gdy w grę weszły naprawdę duże pieniądze, dzięki którym za jedną kadencję można założyć nawet nową rodzinę? Któż z naszych gołodupców oprze się takiej pokusie? Przecież widzimy, jak się sprzedają za znacznie mniejsze pieniądze - i to w jakich podskokach!
W Unii Europejskiej istnieje, jak wiadomo, Parlament Europejski, którego kompetencje są dość ograniczone. W dodatku jego wielkość oraz wielonarodowość, nie wspominając już o przeprowadzkach, sprawiają, że w zasadzie jest dysfunkcjonalny. A może w rzeczywistości jest jednak w stu procentach sprawny, tyle że jego prawdziwa funkcja jest inna niż deklarowana? Może to parawan dla deficytu demokracji oraz oczywiście gigantyczna międzynarodowa łapówka służąca zaspokojeniu chciwości lokalnych kacyków?
Najlepiej określił Parlament Europejski nasz wspólny znajomy Władimir Bukowski - że to „obóz cygański” kursujący między Brukselą a Strasburgiem. On nie tylko nie ma żadnych ważnych kompetencji, ale - jak Pan wie - każdy mężyk stanu może tam przemawiać najdłużej dwie minuty. Cóż można powiedzieć w dwie minuty? Najwyżej „ch** w d*** komunistom”. A że parlamentarzyści się przed nami nadymają, to całkiem inna sprawa. PE jest takim demokratycznym kwiatkiem do biurokratycznego kożucha. Retoryka demokratyczna używana jest w UE aż do obrzydzenia - ale decyzje podejmują gremia rekrutowane na zasadzie kooptacji, o której decyduje dyrektoriat rzeczywiście kierujący całym interesem: Niemcy, Francja i Wlk. Brytania.
Formalnie w tym dyrektoriacie mamy polskich przedstawicieli. Są jacyś komisarze - teraz Janusz Lewandowski zajmuje się unijnymi finansami, co zresztą Unii nie najlepiej chyba wróży. Czy może jednak to też tylko pozór, a w rzeczywistości ci polscy przedstawiciele nie mają zbyt wiele do powiedzenia?
Janusz Lewandowski się czymś tam „zajmuje”. To zdaje się on wpadł na pomysł wprowadzenia unijnych podatków, które miałyby zastąpić składki wpłacane przez poszczególne państwa? Nie sądzę, żeby ten pomysł był zgodny z polskim interesem państwowy. Jeśli już, to z niemieckim - bo to Niemcy forsują regionalizację.
Właśnie - jak to właściwie jest? Polscy przedstawiciele w UE to są jeszcze ciągle polscy przedstawiciele czy już przedstawiciele unijni, nie związani narodowym interesem? U nas też jest przecież niby taki model przedstawicielstwa, że poseł nie jest związany interesem lokalnym?
Komisarz nie jest żadnym „polskim przedstawicielem” - nawet formalnie. Jest raczej przedstawicielem KE na Polskę. Podobnie europosłowie. Przecież zakazane jest tworzenie na terenie PE reprezentacji narodowych, a dozwolone tylko politycznych. Nie ma zatem żadnych „przedstawicieli”. Jeśli ci ludzie uważają się za jakichś przedstawicieli, to tylko biurokratycznej międzynarodówki wobec krajów swego pochodzenia.
Jak Pan ocenia pomysł tworzenia list ponadnarodowych w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Moim zdaniem, nikomu nie będzie się chciało iść na takie wybory, gdzie będzie miał głosować na ponadnarodową listę polityczną.
Te listy ponadnarodowe, podobnie jak unijne podatki, to tylko kolejne kroki na drodze do likwidacji państw członkowskich, przynajmniej niektórych, i zastąpienia ich „regionami”, które mogłyby pełnić również rolę „ponadnarodowych” okręgów wyborczych. Nikomu nie będzie chciało się chodzić na takie wybory - uważa Pan? No to niech nie chodzi! Wystarczy, jak pójdą kandydaci z rodzinami - i się wybiorą. Co to w końcu za różnica, ilu ludzi wybiera jakiegoś fagasa, który w Brukseli załatwi sobie swoje problemy socjalne?
Wspomniał Pan o problemie unijnego „prawa powielaczowego”, które chyba obecnie, w związku z tym, że powielaczy już nie ma, powinno się nazwać „prawem skanowanym”. Czy słyszał Pan o nowym pomyśle - żeby było zabawniej, posłów PiS, w dodatku uważających się za liberałów gospodarczych - znanym pod roboczym hasłem „prawo UE + 0”?
Nie, nie słyszałem - a co to takiego?
Otóż jeden z posłów PiS wpadł na genialny pomysł - by nie komplikować życia obywateli oczywiście - żeby parlament nie przyjmował poza unijnymi żadnych innych regulacji. W tym pomyśle jest rzeczywiście jakiś sens, choć poseł być może nie zwrócił uwagi na to, że w takim razie powinniśmy wybierać do parlamentu już tylko tłumaczy. Co Pan sądzi o takim pomyśle?
No cóż, myślę, że to było szczere. Po cóż posłowie mają sobie „myśleniem zbytniem głowy psować” - jak pisał nasz Jan Kochanowski? Rzeczywiście - tłumacz by wystarczył. To pewnie dlatego Jarosław Kaczyński radził Zbigniewowi Ziobrze, by uczył się angielskiego.
Podobno w najbliższym czasie ma zostać zmieniona konstytucja, do której ma zostać dołączony zapis, z którego wynika, że w gruncie rzeczy konstytucją będzie to, co przychodzi z UE. Czy to nie jest zbyt bezczelna zabawa prawem i wszystkimi pojęciami związanymi z państwem, którymi faszeruje się ludzi?
Drogi Panie Tomaszu! Przecież właśnie o to chodzi. Środki ostrożności, jakie podjęte zostały w traktacie lizbońskim, skierowane są tylko na to, by narodów europejskich niepotrzebnie nie płoszyć, ale w perspektywie konstytucją będzie traktat lizboński - może z wyjątkiem państw tworzących dyrektoriat, które zachowają fundamenty własnej państwowości. To nawet może być dobry test - które kraje członkowskie zmieniają swoje konstytucje i w jakim kierunku. Proszę zwrócić uwagę, że nowa węgierska konstytucja nie spodobała się Komisji Europejskiej. Znaczy: poszła pod zatwierdzony prąd.
Wszystkie partie, w tym PiS, ogłosiły, że poprą tę zmianę, która de facto oznacza likwidację polskiej konstytucji. Czy oznacza to, że spośród tzw. nowych członków polscy politycy są najbardziej zdecydowani, by jak najszybciej zlikwidować atrybuty niezależności?
Jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b”. Przecież większość polityków PiS, podobnie jak PO, PSL i SLD, poparła w 2003 roku Anschluss, a 1 kwietnia 2008 roku głosowała za upoważnieniem prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Brak między nimi sporu w sprawach zasadniczych jest właśnie przyczyną takiego zajadłego jazgotu w kwestiach z punktu widzenia egzystencji państwa drugorzędnych albo w ogóle pozbawionych znaczenia. No bo jakie znaczenie dla egzystencji państwa ma sprawa pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej - i to w dodatku hurtem, że niby wszyscy byli niezwykle zasłużeni i w ogóle. I wokół takich spraw gotowi są rozhuśtywać emocjonalnie swoich zwolenników i przeciwników, podczas gdy o sprawach z punktu widzenia egzystencji państwa naprawdę ważnych - cyt!
Konkludując: doszliśmy do wniosku, że polscy uniokraci w zasadzie pozbawieni są jakichkolwiek kompetencji, nic samodzielnie nie mogą postanowić, a ich jedyny całościowy pomysł to zarzucenie jakiejkolwiek aktywności i przyjmowanie bez zastanawiania się unijnego prawa. Udział Polski we władzach UE to fikcja, tym bardziej że z uwagi na deficyt demokracji i nieprzejrzystość tych struktur, trudno do końca się zorientować, kto właściwie tam rządzi. O samych Polakach w UE wypowiedzieliśmy się skrajnie negatywnie, pomawiając ich w gruncie rzeczy o sprzedawczykostwo połączone z pieczeniarstwem. Czy ten obraz nie jest jednak malowany w zbyt czarnych barwach? Może jakieś pozytywy tej naszej obecności w UE i postawy polskich polityków w UE da się jednak wskazać?
Ja nie potrafię i szczerze mówiąc, nie mam specjalnie ochoty podejmować się tego zadania. Bo cóż z tego, że w Sodomie i Gomorze znalazłbym jednego czy dwóch sprawiedliwych? Czy to cokolwiek zmienia? A pozytywów polskiej obecności w UE nie widzę, bo UE wcale nie zamierza położyć kresu kapitalizmowi kompradorskiemu w Polsce - od czego trzeba by zacząć wszelkie działania reformatorskie. Gdzież zatem miałbym wskazać ten pożytek? Układ z Schengen, polegający na otwarciu granic, mógłby funkcjonować i bez Unii, podobnie jak jednolity obszar celny - więc to, co jest dobre, nie jest organicznie związane z Unią.
Stanisław Michalkiewicz
http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2102
Etykiety:
Bruksela,
EU,
Niemcy,
Polska,
prezydencja,
Prezydent kaczynski,
Rosja,
Tusk,
UE,
Ukraina,
USA
27.06.2011
Anita Gargas vs oszołomy
Wczoraj, w niedzielę 26 czerwca wstąpiłam na krótko na wielogodzinne spotkanie z redaktor Anitą Gargas i Tomaszem Sakiewiczem, którzy byli gośćmi Klubu Gazety Polskiej w Berlinie (link do informacji:http://niezalezna.pl/12441-100410-w-berlinie). W tym miejscu składam wielkie wyrazy szacunku dla energicznych i zaangażowanych działaczy, którzy stanowią polski zdrowy zaczyn w tej amorficznej, wielokulturowej berlińskiej dzieży. Dobrze, że nareszcie się coś dzieje, choć jak słyszę, niektórzy z klubowiczów woleliby chodzić razem na ryby i grzyby, zamiast radzić o Polsce. Być może nawet - niezależnie od tego, kto im te pomysły podsuwa -mają rację.
Na wstępie pokazywany był film Anity Gargas "10.04.11", którego osobiście w pierwszych dniach po premierze, mimo najlepszych chęci nie zdołałam obejrzeć więcej, jak połowę i odrzucam w całości z mnie samej znanych względów, podobnie jak film "Mgła". Myślę, że niektórzy mnie rozumieją.
Gazeta Polska nie ma wątpliwości. Na Sewernym doszło 10 kwietnia do katastrofy Tu154M z polskim prezydentem na pokładzie. 15 metrów nad ziemią, jak ustalono w Zespole Antoniego Macierewicza. Dobrze się składa, bo tego samego zdania jest rząd Rosji i MAK, a tym samym rząd Donalda Tuska. Tę wersję podtrzymuje także pokazany publicznie w Berlinie w Klubie Gazety Polskiej w obecności autorki film dokumentalny „10.04.10”.
Anita Gargas, jak ją nazwał Tomasz Stankiewicz, Kobieta-Instytucja po przedstawieniu swojego filmu ustosunkowała się do wielu kwestii, w tym oczywiście do „co najmniej dziwnego” zachowania się Rosjan.
„-Miejsce tej katastrofy to maleńka łączka – opowiadała widowni Anita Gargas – dwie i pół długości Tupolewa. Dlaczego Rosjanie tego terenu nie ogrodzili? Przecież to byłoby bardzo łatwo zrobić. Mało tego, już na drugi dzień przychodzili tam ludzie, mieszkańcy sąsiednich bloków całymi rodzinami, żeby się tam fotografować, a nawiasem mówiąc tego samego dnia, była to niedziela, pod skrzydłem znaleziono jeszcze trzy ofiary katastrofy. No, to jak to tak można – tu gapie, a tu wydobywane ofiary?”
Anicie Gargas coś się w tym przebiegu śledztwa nie podoba. Coś się nie zgadza, bo odbiega ono wyraźnie od znanych standardów. Nie wie jednak dokładnie, co. „No na przykład w Lockerbie wszystkie znalezione części były układane do skrzynek i dokładnie opisane, a tutaj? Pan.... znalazł ważną część pokładową, a Rosjanie bez oglądania wrzucili ją z rozmachem na ciężarówkę. Może nawet przeleciała na drugą stroną. Nikogo to nie obchodziło. Nasza delegacja z panią Hejke (kilka tygodni później) znalazła ważne części pokładowe. Jeszcze we wrześniu znajdowano części ludzkiego ciała! A przecież minister Kopacz twierdziła, że ziemię przeczesano na głębokość metra!” Jest wyraźnie oburzona zachowaniem i lekkomyślnością Rosjan.
„-Albo usuwanie dowodów – na przykład okna. Przecież wiadomo, że okna są ważne. W przypadku, gdyby miało na pokładzie coś wybuchnąć, to na szybach byłyby mikroślady. Taka pajęczynka. A tu – widzieliście Państwo na filmie – Rosjanie te okna rozbijają. Niszczą ślady. No, jak tak można?”
Ktoś zapytał o tzw. film Koli
"-Tak, wiem, nawet wiem, kto to wrzucił, nie będę tego zdradzać, gdyż chodzi o dobra osobiste osoby, która z tego powodu mogłaby ponieść jakieś konsekwencje."
Zagadnięta o blogerskie śledztwo powiedziała, co następuje (z tym słodkim anglosaksońskim "ja" na początku każdego zdania, co się tak rozpleniło wśród polskich elit):
"- Ja słyszałam te różne blogerskie teorie, że prawdziwy wrak Tupolewa leży gdzie indziej...Ja nie mam powodu, żeby wierzyć w te historie. Wszystkie one – mam wrażenie – służą temu, żeby krytyków oficjalnej wersji zdarzeń wrzucić do jednego wora z oszołomami, tzn. z tymi, którzy te fantastyczne teorie tworzą. To utrudnia pracę dziennikarzom, którzy wątpią w wersję oficjalną, ale nie fantazjują.Nie fantazjują. Bo ja nie mam na przykład, jeśli chodzi o tę wersję związaną z samolotem, który miał rzekomo gdzie indziej wylądować i tam mieli być zlikwidowani wszyscy, ja nie mam powodów, żeby nie wierzyć w to, co mówią dla mnie najbardziej wiarygodni świadkowie, czyli urzędnicy z Kancelarii Prezydenta, którzy czekali na niego, żeby go powitać na lotnisku i jako jedni z pierwszych dobiegli na miejsce katastrofy. Oni widzieli, to co widzieli. Nie mam powodów przypuszczać, że fantazjują. Podobnie, jak nie mam powodów przypuszczać, że fantazjuje Safonienko, bo niby dlaczego miałby fantazjować, skoro jego wypowiedź jest spójna i pokrywa się z innymi opowieściami świadków."
A teraz pytanie ode mnie:
-Pani Anito, żeby nie fantazjować i nie bawić się w oszołomstwo - krótkie pytanie i prośba o krótką odpowiedź. Wspomniała Pani o 3 osobach, które na drugi dzień, czyli w niedzielę zostały wydobyte spod skrzydła. Kto to był? I podobnie- 15 ofiar przywieziono jakiś czas potem do kraju we fragmentach i je skremowano. Czy wiadomo, kto to był i czy jest jakaś dostępna lub też choćby tylko Pani dostępna lista z nazwiskami?
"-Tak, z tych piętnastu osób parę nazwisk jest znanych. Ja tych nazwisk podawać nie będę, przepraszam."
Dlaczego nie?
"- Bo rodziny sobie tego nie życzą. To jest w końcu jakiś ból. Natomiast, co do ciał wydobywanych na miejscu katastrofy, to ja nie wiem, czy ktoś ma jakieś informacje, co do tego, w jakim położeniu były jakie ciała. To jest ciekawe, że chyba nie dokonano oględzin miejsca katastrofy i chyba nasza prokuratura nie ma takich informacji w jakim położeniu były jakie ciała. Mam wrażenie, że nasza prokuratura nie ma informacji, kogo tak naprawdę znaleziono pod tym skrzydłem."
-No to skąd Pani wiadomo, że kogokolwiek tam znaleziono i że były to akurat trzy osoby? - dociekałam. I oto charakterystyczny unik:
"-Nie, ja nie mówiłam, że trzy, mówiłam, że parę ciał znaleziono. Trzy, to mogło się Państwu nałożyć z informacją, którą podawał Turowski, że trzy osoby przeżyły. Mnie nie. Ja mówiłam, że parę."
I tyle. Żadnej odpowiedzi na moje pytanie. Pani Anita oburzająca się jeszcze przed chwilą faktem wydobywania ciał ofiar spod skrzydła w niedzielę, w obecności smoleńskich gapiów, nie umiała wytłumaczyć, czy informacja ta jest w ogóle prawdziwa. Wygląda na to, że nie sprawdzała czy i gdzie jakiekolwiek ciała wydobywano. Rosjanie podali. Nawiasem mówiąc.
Ale oddaję jeszcze na chwilę głos Anicie Gargas:
„- Można było także usłyszeć czasem pytania że nie ma zdjęć z Okęcia, że nie było dziennikarskich relacji z wylotu. Są takie relacje, jeśli prezydentowi towarzyszą dziennikarze. A Jemu towarzyszyli dziennikarze. Proszę sobie przypomnieć, że był cały JAK, sąsiedni samolot, który wcześniej trochę odleciał (..bez?...) pożegnania Prezydenta. I takiego obyczaju, że przyjeżdża specjalna ekipa, żeby Prezydenta w chwili odlotu filmować – nie ma. Bo nie ma takiej potrzeby, skoro Prezydent będzie udzielał wypowiedzi na miejscu zdarzenia na dany temat, np. w tym przypadku miał Prezydent umówionych parę rozmów na temat zdarzeń sprzed 70 lat. „
Otóż pani Gargas – jak to się modnie w Polsce w elitarnych kręgach mówi, najzwyczajniej „nie ma takiej wiedzy”. Codzienne fotografowanie i filmowanie prezydenta, jakiegokolwiek prezydenta we wszystkich demokracjach, jest niezbywalną częścią procedur bezpieczeństwa i nie ma nic wspólnego z udzielaniem wywiadów na lotnisku lub powiewaniem chusteczką. Stąd zasadne pytania dociekliwych blogerów, którymi Anity mainstreamowych mediów,nieważne czy z prawa czy z lewa, nie zaprzątają sobie główek.
Co do reszty- no comments.
__________________________________________
PS
O Wołodii Safonience u Pluszaczka:
Etykiety:
anita gargas,
Berlin,
dsłsmoleñsk,
gazeta polska,
katastrofa,
Klub Gazety Polskiej,
Sewerny,
Smolensk,
Tu154M
9.06.2011
Berlin: już jutro rehabilitacja "ówczesnych" Polaków ?
Już jutro, 56 lat po wojnie i w 20 rocznicę przełomowego dla układu sił w Europie Traktatu Polsko-Niemieckiego ma zostać w niemieckim Bundestagu przegłosowany specjalny zapis o rehabilitacji "ówczesnej mniejszości polskiej", zdelegalizowanej hitlerowskimi dekretami i prześladowanej podczas II wojny światowej
Trzeba było naprawdę wybitnych myślicieli-słowotwórców, aby wymyśleć rehabilitację "ówczesnej mniejszości polskiej". Myśliciele - autorzy tego sformułowania zakładają, że aktualnie nie istnieje żadna mniejszość polska w Niemczech, ergo nie ma komu zwrócić zagrabionego w 1939 roku majątku o dzisiejszej wartości 350-400 mln. euro.
To kuriozalne sformułowanie to podobno o tyci palec więcej, aniżeli wcześniejsza wersja mówiąca o "ludziach o polskich korzeniach". Cudo! Po 56 latach od zakończenia wojny nie jesteśmy już podludźmi, a całymi ludźmi! Lingwiści z Bundestagu dostaną zapewne pokojową nagrodą Nobla. A jeśli nie, to na pewno specjalne premie od pani Merkel za wybitne osiągnięcia na polu realizacji dalekosiężnych planów Bismarcka w podboju Europy Wschodniej.
Zawarty 20 lat temu Traktat był warunkiem sine qua non zjednoczenia Niemiec wymaganym przez USA i Wielką Brytanię (głównie zasługa Margaret Thatcher - ostatniego wielkiego polityka na świecie, cała reszta później to cyrkowe clowny). Pamiętajmy, że Polska i Niemcy nie miały żadnego dokumentu regulującego granice, własności i dobrosąsiedzkie współistnienie. Traktat zresztą na żądanie Niemców zostawił problemy własności nieuregulowane, co otworzyło dzisiejszą Puszkę Pandory.
Traktat, ze strony polskiej przygotowywany przez ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Krzysztofa Skubiszewskiego(TW "Kosk"), który działaczy emigracyjnych nazywał łotrami, oraz sygnowany przez premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego (przed 1989 r. wielokrotnego gościa w Berlinie - z kim się spotykał, co sobie załatwiał śpiąc u goszczących go Polaków na dmuchanym materacu?- to widań na załączonym powyżej obrazku) umożliwił Niemcom ekspansję gospodarczą i polityczną w Polsce. Niemiecki desant jest widoczny na każdym kroku. poszczególne polskie instytucje i stanowiska zajmowane są wprost przez obywateli niemieckich lub beneficjentów rządu w Berlinie (Władysław Bartoszewski jest tu sztandarowym przykładem, zaraz za nim premier Donald Tusk).
W najmniejszym ułamku nie poprawił sytuacji Polaków w Niemczech.
Podobnie jak za PRLu, Polacy w Niemczech nie mogą liczyć ani na pomoc w obronie własnych interesów przez przedstawicelstwa RP czyli ambasadę, ani też jakiekolwiek instytucje w Warszawie powołane do współpracy z Polonią. Ludzie przysłani w końcówce lat 80-tych przez ówczesnego ministra Kiszczaka aby "pokierowali" Polonią zdają się funkcjonować w najlepsze.
Dwudziesta rocznica Traktatu miała być z przyczyn propagandowych hucznie obchodzona przez rządy obu krajów. Tymczasem żądanie rehabilitacji mniejszości polskiej w Niemczech zwarzyło apetyt na wspólne piwo i kiełbasę z grilla. Ale nie na długo. Określenie "ówczesna" mniejszość pojawiło się na czas. Urzędnicy kondominium niemiecko-rosyjskiego nie będą narażali swoich przyszłych karier w Brukseli w obronie jakichkolwiek polskich interesów - tym bardziej interesów polskiej mniejszości w Niemczech. Rząd Angeli Merkel może spać spokojnie. A ona sama może wysyłać miłe pozdrowienia do niemieckich mniejszości w Polsce, która - o dziwo - rośnie w siłę, znaczenie i potągę i ochoczo pielgrzymuje na Górę Swiętej Anny, aby tam, niekoniecznie i nie zawsze w świetle pochodni, za to przy niemieckim piwie i polskich parówkach otrzymać błogosławieństwo kolejnego kanclerza Niemiec. Schlesien ist sowieso unser.
A Polacy w Niemczech muszą w końcu wbić sobie raz na zawsze do głowy, gdzie kto rządzi, i gdzie kto sprząta.
Uzupełniająco tutaj: "Polsko-niemiecki" okrągły stół
Etykiety:
Bielecki,
Bundestag,
Kohl,
Merkel,
Niemcy,
Polska,
Skubiszewski,
Sląsk,
Traktat polsko-niemiecki,
Tusk
5.06.2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)
