23.01.2012

„Katastrofa“ Tu154M – gdzie są oskarżyciele posiłkowi?


 W ostatnim czasie przekaz medialny zdominowali dwaj panowie generalni i naczelni prokuratorzy : Seremet i Parulski. Zdominowali tak dalece, że w ogóle już nie wiadomo, kto i jakie „lody“ kręci za kulisami sceny, na której wymienieni panowie robią dobre miny do złej gry. Bo gra jest definitywnie zła, a jej wyniki z góry przesądzone.
Czym jednak w istocie zajmują się podległe tym panom prokuratury tak instensywnie, że aż zawdzięczamy im nadobecność na polskiej scenie?

Otóż cywilna prokuratura prowadzi dwa śledztwa. Jedno w kierunku niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych. Drugie - w sprawie ujawnienia tajemnicy śledztwa przez osoby, które miały dostęp do śledztwa jako pokrzywdzeni i ich pełnomocnicy.

Prokuratura wojskowa prowadzi postępowanie w podobnym zakresie w sprawie działania na szkodę śledztwa przez funkcjonariuszy wojska. W obu prokuraturach prowadzone są postępowania w kierunku ewentualnie nieumyślnego doprowadzenia do katastrofy w ruchu lotniczym wskutek niedopełnienia obowiązków lub przekroczenia uprawnień służbowych przez funkcjonariuszy kancelarii b. Prezydenta L.Kaczyńskiego i służb wojskowych. Problem, jaki to był lot jest już rozstrzygnięty. Była to sprawka funkcjonariuszy Kancelarii Premiera i MSZ. Do tej pory nie postawiono jednak żadnych zarzutów.
Wszystko to, co robi armia prokuratorów w mundurach i garniturach to są tzw. czynności w sprawie.Przy apatycznej bierności społeczeństwa wytwarzane są kafkowskie tomy papierów, które w zamyśle mają przykryć grubą warstwą makulatury Prawdę.
Nie wiem, jak Tobie, drogi Czytelniku, ale mnie od miesięcy nie daje spokoju w tym kontekście pytanie: gdzie są oskarżyciele posiłkowi? Nikt nigdy nie wspomniał, że tacy w sprawie „katastrofy“ istnieją. Tymczasem oskarżyciele posiłkowi to przecież instytucja zagwarantowana konstytucyjnie w każdym państwie prawa. Przy 96 ofiarach powinny zatem zgłosić się do obu prokuratur setki oskarżycieli posiłkowych. No, a jeśli nawet od osób starszych lub mniej wykształconych nie musimy tego oczekiwać, to mamy pełne prawo oczekiwać takiego kroku od osób posiadających swoich profesjonalnych, zapoznanych ze szczegółami prawnej dżungli, pełnomocników. Dlaczego nie podjęli tego kroku?
Dla wyjaśnienia -oskarżyciel posiłkowyjest jednym z filarów, podmiotów postępowania karnego. Może nim być prokurator pomocniczy, ale też sam pokrzywdzony. Pokrzywdzonym jest osoba fizyczna , osoba prawna lub jednostka organizacyjna, której dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez przestępstwo.
Oskarżyciel posiłkowy działa obok oskarżyciela publicznego lub zamiast niego. Jeżeli prokurator wniósł akt oskarżenia, wtedy pokrzywdzony może aż do czasu rozpoczęcia przewodu sądowego na rozprawie głównej złożyć oświadczenie, że będzie działał w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Oznacza to, że aż do rozpoczęcia rozprawy może on zdecydować się na popieranie oskarżenia osobiście, na prawach prokuratora.
Tymczasem, jak mi wiadomo, nikt z bezpośrednio pokrzywdzonych, a jest to krąg – powtórzmy- przynajmniej kilkuset osób i kilkudziesięciu instytucji, z takim wnioskiem dotąd nie wystąpił.

W wyjątkowych sytuacjach pokrzywdzony może nawet sam wnieść akt oskarżenia do sądu. Wtedy też występuje samodzielnie jako oskarżyciel w danej sprawie. Wniesiony przez oskarżyciela posiłkowego akt oskarżenia musi być wprawdzie sporządzony i podpisany przez adwokata, ale inne czynności nie wymagają profesjonalnej reprezentacji i osoba pokrzywdzona może (i powinna) je wykonywać samodzielnie
Oskarżyciel posiłkowy posiada prawo wglądu w dokumentację śledztwa. Może je aktywnie uzupełniać poprzez stawiane wnioski dowodowe.
Wiedza na ten temat należy w wykształceniu prawniczym do najbardziej podstawowej.
Zamiast zatem zgłaszać pretensje do obu prokuratur, wszyscy spośród osób pokrzywdzonych (ale i instytucji!), a przede wszystkim PRAWNICY z tego grona, a więc Jarosław Kaczyński, Marta Kaczyńska-Dubieniecka, Małgorzata Wasserman (pisałam niedawno tutaj) czy Małgorzata Gosiewska powinni już 21 miesięcy temuwystąpić z zawiadomierniem i wnioskiem o ściganie karne wychodząc z treści art. 240 pkt.1 KK, jak sugerowałam to pani Małgorzacie Wassermann, która – wedle jej własnych słów – dopuszcza w przypadku uśmiercenia jej Ojca zaistnienie wszelkich możliwych scenariuszy i sama nie czuje się bezpieczna.
Wystąpiłam do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o sprawdzenie zaistnienia przestępstwa w przypadku Jacka Sasina (patrz tutaj), co jest jasne i oczywiste dla każdego posiadacza średniej wysokości IQ. Moje zawiadmienie zostało kompletnie zignorowane przez prokuraturę i za sprawą prokuratora Marcina Górskiego obrócone w szopkę. Ja jednak nie jestem osobą bezpośrednio pokrzywdzoną, bo choć zabito mi w niewyjaśnionych okolicznościach Prezydenta, jednak nie był on ani moim bratem, ani moim ojcem.
Jednakże wykazując inicjatywę i występując z zawiadminiem do prokuratora generalnego działałam w myśl art.240 paragraf 1. Tym samym wykonałam swój konstytucyjny obowiązek. Ile osób postąpiło podobnie?
Interesujące, że sprawy braku oskarżycieli posiłkowych nie podnosi mainstream medialny. Czy dziennikarze znają odpowiedź na to pytanie? A jeśli znają, to dlaczego się nią z narodem nie podzielą? Zamiast tego raczą nas ckliwymi wywiadami z rodzinami ofiar, co wygląda na to, czym istotnie jest – na odwracanie uwagi opinii publicznej.
Na licznych forach gazetowo-telewizyjno-internetowych intensywnie dyskutuje się "pytania i tematy" nie mające wiele wspólnego z rzeczywistym materiałem dowodowym (którego Polska dotąd nie posiada) i obowiązującą procedurą karną.
Proszę zapoznać się z treścią art. 240 kk (paragrafy 1 i 2) Nakłada on obowiązek na każdego w Polsce, nie tylko na funkcjonariuszy publicznych i członków rodzin, wystąpienia z zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa. Warunkiem jest "uzasadnione podejrzenie" zaistnienia czynów wskazanych w art. 148 w odniesieniu do 96 ofiar, wobec którego istnieje obowiązek wystąpienia z zawiadomieniem prokuratury przez każdego obywatela RP rozumirjącego znaczenie nakazu zawartego w art. 240 KK par.1. A podejrzeń nam od prawie dwóch lat nie brakuje. Nie możemy zatem udawać, że paragraf 240 KK nie istnieje! Zasypmy prokuratora Seremeta wnioskami! Niech wreszcie panowie prokuratorzy potraktują nas, czyli Naród polski oraz swoje funkcje państwowe poważnie.
Oczekuję także, że pan prezes PiS i ex-premier Jarosław Kaczyński i jego bratanica zamiast popierać z błękitnymi oczami podejrzanego Jacka Sasina, wyjaśnią nam w najbliższych wywiadach prasowych, dlaczego dotąd nie skorzystali ze swojego fundamentalnego prawa i nie ubiegali się o status oskarżyciela posiłkowego. Tyle są nam bezsprzecznie winni.


PS: Pod tym linkiem znajduje się wykaz praw pokrzywdzonych:



17.01.2012

Neo-PRL to nowa odmiana wirusa


Z Joanną Mieszko-Wiórkiewicz, publicystką, poetką, więźniempolitycznym stanu wojennego, przed 13 grudnia 1981 r. dziennikarkąRozgłośniPolskiego Radia i TV w Bydgoszczy, od 1988 r. mieszkającą w Berlinie, rozmawia Bogusław Rąpała 

W ubiegły czwartek ogłoszono wyroki dla winnych wprowadzenia stanu wojennego, m.in. dla Czesława Kiszczaka, który dostał dwa lata w zawieszeniu. Politycy partii rządzącej komentują: Sprawiedliwości stało się zadość. Zebrani w sądzie krzyczeli: "Hańba!", "Mordercy!". Jakie są Pani odczucia?

- Mieszane. Ktoś kiedyś, jeszcze w PRL, miał trafnie o ówczesnej Polsce powiedzieć, że to nie jest opera, to nie jest operetka, to jest OPERETA. Na operze się płacze, na operetce - śmieje. A jak zareagować na nieustającą operetę, która grana jest w Polsce? Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Jestem bezradna wobec uczuć, które mną targają, i upokorzona przez niezawisły polski sąd. Za długo czekaliśmy na ten wyrok. Jednak sędzia Ewa Jethon dokonała rzeczy bezsprzecznie wielkiej - w uzasadnieniu stwierdziła, że wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. było skutkiem realizacji z góry powziętego planu, a nie żadną "próbą zapobieżenia interwencji z zewnątrz", co przez 30 lat było mantrą powtarzaną przez Jaruzelskiego. Z prawnego punktu widzenia jest to fundamentalny wyrok, co podkreślał oskarżyciel, prokurator Piotr Piątek z krakowskiego IPN. Fakt, że sąd uznał udział Kiszczaka w związku przestępczym o charakterze zbrojnym, gdy tylko się wyrok uprawomocni, stanie się szansą dla tysięcy pokrzywdzonych przez juntę Jaruzelskiego i Kiszczaka na zaskarżenie państwa polskiego i ubieganie się przez nich o odszkodowania. A mają do nich pełne prawo, bo zbrodniczy dekret o stanie wojennym zniszczył setki tysięcy rodzin i ludzkich losów. Protesty na sali sądowej są dla mnie w pełni zrozumiałe, ale sądy nie rozstrzygają kwestii moralnych, lecz kwestie koherentności obowiązujących norm prawnych. Według norm prawnych na dzień 13 grudnia 1981 i na dziś stan wojenny był zbrodnią. I to zostało wreszcie powiedziane. Pozostaje tylko wierzyć, że wyrok ten zdoła się uprawomocnić.

Dlaczego do dziś nie udało się osądzić wszystkich odpowiedzialnych za wprowadzenie stanu wojennego?

- Bo ktoś napisał taki scenariusz. My jesteśmy tylko bezradną publiką w tym teatrze, w którym wciąż grana jest ta sama opereta przez tych samych aktorów. Możemy tylko patrzeć na scenę, z rozpaczą konstatując, że nasze bezcenne życie mija gdzieś na zewnątrz, że kradnie się nam nasze plany i marzenia. Płacimy słono za to marne przedstawienie, ale nie brakuje takich, którzy "do klaskania składają prawice"...

Proces głównego sprawcy - gen. Wojciecha Jaruzelskiego, został zawieszony ze względu na jego stan zdrowia. Czy dyktatorowi uda się uniknąć odpowiedzialności?

- Zgadzam się, że każdy oskarżony powinien być sądzony indywidualnie. Zbiorcze pozwy komplikują postępowanie sądowe. Formalnie Jaruzelski był głównym sprawcą, ale wiadomo dziś, że był on latami prowadzony jako TW "Wolski" przez Kiszczaka. Nie ten jest zawsze główny, który jest z przodu. Według mnie, obaj byli głównymi sprawcami. Podczas procesu mogliśmy obserwować wzruszający podział ról obu "ludzi honoru" - raz jeden był chory, raz drugi. Aż dziw, że w ogóle zapadł jakiś wyrok. Przedawnienie było tak blisko! Uzasadnienie sędzi Jethon będzie miało nie tylko wpływ na wyrok dla Jaruzelskiego. Nie mam wątpliwości, że inni z ówczesnego "świecznika władzy" - jak to się mawiało, unurzani w zbrodniach PRL, nie mogą teraz spać ze strachu i pewnie pod hasłem "Wszystkie ręce na pokład!" zwierają szeregi, by wyrok ten zaskarżyć.

Wciąż jesteśmy świadkami bezkarności, buty i kompletnego braku skruchy u komunistycznych zbrodniarzy pokroju Kiszczaka i Jaruzelskiego. O czym to świadczy?

- O tym, że im się to sowicie opłaciło. Im oraz zgrai, jaką za sobą ciągnęli. Wtedy, kiedy sparaliżowali cały kraj i zahibernowali społeczeństwo, cynicznie i bez umiaru - jak to się potocznie od czasu medialnego występu pewnej posłanki PO mówi - "kręcili lody". To wtedy, dzięki międzynarodowym geszeftom, stawali się właścicielami fortun. To wtedy, gdy opozycja siedziała w więzieniach i obozach odosobnienia, kiedy nie było nikogo, kto mógł im patrzeć na ręce, rozpoczęli rozkradanie Polski na niebywałą skalę. To wtedy zaczął się planowy demontaż kraju, który trwa do dziś.

Wróćmy do przeszłości. Po 13 grudnia 1981 r. znaczna część odradzających się polskich elit musiała wyemigrować, na różne sposoby wielu ludziom złamano życie. Cena wprowadzenia stanu wojennego była tak wysoka, że Polska na długie lata pogrążyła się w marazmie...

- To jest temat na 10-tomową pracę habilitacyjną, gdyby znalazł się tylko jakiś chętny i zdolny doktor nauk społeczno-politycznych. No właśnie - dlaczego się nie znalazł? A tym bardziej dziesięciu? Minęło już tyle czasu... Emigracja od 180 lat pustoszy nasz kraj. Wyjeżdżają najbardziej mobilni, młodzi, zdolni ludzie. Ktoś sarkastycznie stwierdził, że ludzie to wciąż najlepszy polski produkt eksportowy. Ten najlepszy "produkt" oddaje swoje siły innym. A przede wszystkim nie zagraża "trzymającym władzę", a precyzyjniej mówiąc - trzymającym się władzy jak pijany płotu. To dlatego nie ma w Polsce koniecznej i naturalnej wymiany pokoleń. Kiedy patrzę od lat tu, w Berlinie, na orszaki, z jakimi przyjeżdżają z Warszawy rozmaici "decydenci", to ze zdumieniem stwierdzam, że zapełniają je amorficzni młodzi ludzie w nieomal identycznych garniturach i z identycznym wyrazem twarzy. Bezideowi karierowicze. Czy oni będą kiedykolwiek decydować o Polsce i Polakach? Ci, których bym Polsce życzyła, pozbawieni szans awansu we własnym kraju, remontują niemieckie domy albo ustawiają towary w brytyjskich supermarketach. Kokietuje się ich odrobinę przed wyborami, bo w dzisiejszej demokracji obywatele sprowadzani są do roli bydła wyborczego. To nie są uboczne efekty transformacji, jak to wmawiano Polakom latami. To są świadome i pożądane procesy.

Wiele osób po zakończeniu stanu wojennego nigdy nie wróciło do Polski. Jak Pani myśli, czy jest to również związane z nierozliczeniem sprawców i trwaniem układu postkomunistycznego?

- Oczywiście. Trwanie tego układu oznacza, że nie ma miejsca dla zdrowych sił. One są zablokowane. Nie wszyscy mają ochotę na bierne przyglądanie się niekończącej się operecie. Neo-PRL jest tylko na pierwszy rzut oka lepsza niż PRL - z powodu kolorowych reklam i reklamówek. Jeśli się dokładniej przyjrzeć, to kiepskie przedstawienie. Przecież nadal panoszą się ci sami ludzie, którzy po wojnie ukradli nam kraj. Oni dziś wymierają, ale znakomicie umocowali swoje dzieci i wnuki. I jest z nimi tak, jak z wirusem grypy - każde nowe pokolenie jest silniejsze i sprytniejsze od poprzedniego. Jak ma sobie poradzić z tym wirusem osłabiany upustem zdrowej krwi organizm? Aby skutecznie wyleczyć, potrzebna jest prawidłowa diagnoza, a do niej niezbędne są badania laboratoryjne. Dlatego niesłychanie ważna jest rola niezależnych historyków, odważnych socjologów, uczciwych psychologów czy dziennikarzy. Znam wielu takich - starszych i nawet sporo młodszych, i wiem, jak dużo płacą za swoje posłannictwo.

Okres stanu wojennego zmienił również Pani życie. W jaki sposób?

- Drastycznie i definitywnie. Mnie i mojej rodzinie - włącznie z moją matką i moim synem. Pozbawienie pracy, wyeliminowanie zawodowe, więzienie, pozbawienie środków do życia, szykany wszelkiego rodzaju, próby alienacji, emigracja, która wbrew pokutującemu w Polsce mniemaniu, nie jest wylegiwaniem się w cudzych piernatach, choroba, bo osłabiony organizm nie wytrzymuje pewnego dnia obciążeń, kłopoty nawet dzisiaj z obliczeniem emerytury - to cały wachlarz, który dotykał i do dziś dotyka niemal wszystkich represjonowanych. Oczywiście tych, którzy nie pochodzą z pookrągłostołowego establishmentu. Tymczasem druga strona nie ma problemu ani z pensją, ani z emeryturą.

Jeśli spojrzeć z perspektywy minionych lat i miejsca zamieszkania, z jakimi jeszcze - według Pani - konsekwencjami stanu wojennego polskie społeczeństwo boryka się do dziś?

- To społeczeństwo przeszło wówczas zbiorowy zawał z wszelkimi tego skutkami. Jako organizm nie odrodziło się w pełni do dzisiaj, mimo że wyrosło nowe pokolenie. Nikt na dobrą sprawę nie policzył ofiar stanu wojennego: zastrzelonych, zamordowanych, zmarłych wskutek nieotrzymania pomocy lekarskiej, zamarzniętych w inkubatorach szpitalnych, kiedy wyłączano prąd, straumatyzowanych represjami tajnych służb, rozbitych rodzin etc. O skutkach gospodarczych nawet nie wspominam. Ten rachunek koniecznie trzeba sporządzić.

Dlaczego więc mimo tych oczywistych faktów część Polaków woli wierzyć Jaruzelskiemu zamiast niezależnym historykom wskazującym, że wprowadzenie stanu wojennego było zbrodnią i zdradą polskiego Narodu?

- Może działa na nich magia munduru? Tacy ludzie nie czytają opracowań historycznych. Na pewno wytłumaczyłby im tę różnicę bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Kiszczako-Jaruzelscy tego się obawiali i dlatego właśnie go zamordowali. Jednak są jego następcy. Kiedy przyjeżdżam do Polski, chętnie odwiedzam rozmaite kościoły, by posłuchać kazań. To są miejsca, gdzie głośno i wyraźnie mówi się o podstawowych wartościach i powinnościach. To oznacza, że mamy wspólne tematy i wspólny dla nich język. Polaków jak żaden inny naród w Europie jednoczy wiara. A książki niezależnych historyków także nieźle się chyba sprzedają, prawda? My dopiero zaczynamy odzyskiwać swoją historię.

Czy - według Pani - Polska dzisiaj jest krajem w pełni niepodległym?

- Co znaczy - w pełni? Czy można być trochę niepodległym i trochę podległym? Jak jajeczko częściowo nieświeże? Cały szereg decyzji wszystkich rządów i Sejmów od 1989 r. wskazuje, że Polska nie jest krajem suwerennym, choć znad talerza z krupnikiem tego nie widać. Natomiast dostrzegł to zdumiewająco wyraźnie pewien znany "kaszubski historyk": "Polskość to nienormalność - takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie, co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać". Zatem, gdyby Polska była suwerenna, byłaby normalna i żadne brzemię nie spadłoby na barki autora tych słów.
Suwerenność Polski zaczyna się od suwerennego myślenia Polaków - i tych w Polsce, i tych rozrzuconych po świecie. To jest zadanie, które z radością podjęliśmy w tamtych wspaniałych miesiącach i trudnych latach od Sierpnia ´80, i które przekazaliśmy naszym dzieciom i przekażemy naszym wnukom. Może to dopiero one sprawią, że słowo "suwerenność" ciałem się stanie?

Dziękuję za rozmowę.

„..czy aby do końca jestem bezpieczna...”-M.Wassermann



W tygodniku „Gość Niedzielny" z 12 stycznia (patrz tutaj) znalazł się wywiad z p. mecenas Małgorzatą Wassermann, córką śp. Zbigniewa Wassermanna pt.:“Mam to po ojcu“.
Całość warta jest wnikliwej lektury. Ja zwróciłam uwagę na poniższy fragment:

„...Sama byłam w zbyt wielkich emocjach, żeby myśleć racjonalnie. Nawet koszmarne przesłuchanie w Moskwie najpierw nie budziło moich podejrzeń. I dopiero w czerwcu, gdy miałam dostęp do akt prokuratorskich, gdy również wysłuchałam wystąpienia Edmunda Klicha w telewizji (mówił mniej więcej – że gdyby powiedział, co widział w Smoleńsku, wybuchłaby III wojna...) i gdy zaczęłam w końcu analizować jako prawnik to, co się wokół mnie działo, zaczęłam w zupełnie praktyczny i prawniczy sposób postrzegać katastrofę i obserwować posmoleńską rzeczywistość. Ktoś, kto nie ma nic do ukrycia – mówię tu o polskim rządzie – tak dziwnie się nie zachowuje... Tyle zaniedbanych spraw – czy aby na pewno przypadkowo? I wobec powyższego obecnie nie wykluczam żadnego scenariusza. „

Jeżeli  pani Wassermann "nie wyklucza żadnego scenariusza", to dlaczego do dzisiaj nie zdecydowała się na wystąpienie z zawiadomieniem o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa chociażby w postaci zdefiniowanej w moim piśmie do Prokuratora Generalnego (patrz tutaj). Mogłaby od razu poprawić swoja pozycję procesową nie oglądając sie na "Zespół Parlamentarny", uzyskując nie tylko prawo do otrzymania statusu strony pokrzywdzonej, ale stając się współuczestnikiem śledztwa. W szczególnym przypadku, gdyby prokuratura podjęła czynności utrudniające prawa w zakresie zapewnienia gwarancji procesowych p. Wassermann, np. odmawiając jej praw strony pokrzywdzonej, to mogłaby ona w drodze zażalenia ujawnić stronniczość prokuratury i wystąpić z wnioskami o jej wyłączenie i poddanie sprawy ocenie międzynarodowych organów sprawiedliwości - patrz
  1. Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności z dnia 4 listopada 1950 r. , oraz
  2. orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, oraz art. 87 ust. 1, art. 90 ust. 1, art. 91 ust. 1,2,3 Konstytucji RP.

Nawet, jeśli pani mecenas Wassermann o tych rzeczach nie wie, to powinna się dowiedzieć. I w tej intencji o tym tutaj piszę. To także realnie zwiększyłoby jej własne poczucie bezpieczeństwa.
.....Zastanawiam się, czy aby do końca jestem bezpieczna...” kończy bowiem p. Wassermann swoją wypowiedź. Na to właśnie liczą siły hamujące uczciwe śledztwo. Na strach Rodzin Ofiar i na ich bezradność. Tymczasem strach to nie jest klucz do Prawdy.


13.01.2012

Antoni Macierewicz- list do mnie czy do FYMa?



 Pan poseł Antoni Macierewicz opublikował (patrz tutaj) na prośbę anonimowych blogerów swój list, jaki był uprzejmy przysłać mi pocztą elektroniczną w zeszłą niedzielę wieczorem. Do wczoraj byłam przekonana, że list ten skierowany był do mnie. Dlatego omówiłam go krótko (tutaj) cytując z niego najistotniejsze stwierdzenia, które przytoczyłam precyzyjnie (patrz zaznaczony na żółto tekst w oryginale – poniżej link).
Nie odnosiłam się do pełnych żalu dywagacji Pana Posła  na temat nieokreślonych publicystów, którzy „nie chcą w ogóle podjąć badań tego co mozna zbadać“. Uważałam też, że należy spuścić wstydliwą kurtynę milczenia na niezwykle emocjonalną drugą część listu, która w moim mniemaniu odzwierciedla idiosynkrazje steranego 45-letnią walką o lepszą Polskę działacza.
Okazało się jednak wczoraj, że dla pana Posła Macierewicza ta właśnie część jego listu była najważniejsza, ponieważ swoją publikację na portalu „w Polityce“ kazał zatytułować w ten oto sposób:
Antoni Macierewicz w sprawie koncepcji FYM-a - PEŁNY TEKST LISTU
Ucieszyło mnie w niedzielę, że przewodniczący Zespołu Parlamentarnego przyznaje mi rację w sprawach ewidentnie zasadniczych, czyli fałszowania danych TAWS/FMS przez Rosjan oraz uwiarygadniania ich (chcąc nie chcąc) przez Amerykanów, a także tzw. „ maskirowki“ (zaplanowanej inscenizacji) na Sewernym i nie odwołuje tego w środę.
Wczoraj jednak, patrząc na cytowany wyżej tytuł, z przykrością stwierdziłam, że list ten skierowany był nie tyle do mnie, co w istocie do popularnego blogera FYMa (Free Your Mind – tutaj). FYM ma niebawem ogłosić wynik wielomiesięcznego śledztwa obywatelskiego w sprawie Kłamstwa Smoleńskiego w formie książki, która będzie udostępniona nieodpłatnie w sieci.
Dziwić się jednak należy, że były minister spraw wewnętrznych, były wiceminister MON i były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) otoczony kręgiem asystentów i pomocników nie wysłał swojego listu bezpośrednio do blogera FYMa, do którego ma widoczne teraz, po publikacji swojego listu, dla wszystkich, choć dla mnie niezrozumiałe, żale i pretensje. Czyżby przy takim aparacie trudno było znaleźć (wielokrotnie powtarzany w sieci!) adres emailowy? Na szczęśćie dzięki upublicznieniu przez Pana Posła całego listu dowiedział się o jego budującej treści – jak mniemam – także właściwy adresat i wybaczy starszemu panu z tak heroiczną biografią przykre zarzuty i niezręczne sformułowania. Chciałoby się powiedzieć - wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Niestety, problemy komunikacyjno-epistalograficzne pana Posła nie zbliżyły nas ani o krok do rozwiązania, na jakie czekamy. Dlatego muszę tu znowu powtórzyć: mimo upływu 21 miesięcy, pracy dwóch prokuratur i trzech komisji oraz Zespołu Parlamentarnego nadal nie wiemy, ani o której godzinie dokonała się zagłada Delegacji, ani - dlaczego. ani też gdzie.

Antoni Macierewicz potwierdza: nie było amerykańskich ekspertyz


Serdecznie dziękuję za list, otrzymany od pana Antoniego Macierewicza, w reakcji na mój artykuł o "amerykańskich ekspertyzach" (patrz porzedni wpis)

Po moim artykule na temat przekłamań w rzekomej amerykańskiej „ekspertyzie” zapisów z komputera pokładowego samolotu typ Tu154M nr seryjny 90A837, oraz zapisu skrzynki TAWS, którymi szczycił się dotąd Zespół Parlamentarny, otrzymałam list od jego Przewodniczącego, pana posła Antoniego Macierewicza. Pan poseł stwierdza już w drugim zdaniu:„przeczytałem Pani wpis z 5 01 '12 dotyczący odczytu systemu TAWS oraz FMS.W pełni zgadzam się z tą rekonstrukcją wydarzeń dotyczących odczytu, jaką pani przedstawiła.“
Ponad to afirmujące oświadczenie, ucieszyło mnie także uznanie prymatu faktów w następującym stwierdzeniu pana Antoniego Macierewicza :„…nie znaczy to, że zapisy TAWS i FMS nie były w różnorodny sposób fałszowane“ Przypomnijmy, że zapisy te zostały uznane za najważniejszy dowód katastrofy na smoleńskim Siewiernym, i przedstawiane były opinii publicznej przez Przewodniczącego Zespołu Parlamentarnego jako… wynik badan amerykańskich ekspertów.
Tymczasem, jak pięć dni temu wyraźnie napisałam w moim artykule:
Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma do tego prawa. Badania wykonywał rosyjski MAK, wszystkie od A do Z.
Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o rzekomych wstrząsach nad smoleńska ziemią znajdujące się obecnie u amerykańskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest ten fakt w dokumentach NTSB czytelnie zaznaczony). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC domniemanej katastrofy. Jako że zapisy te mogły być, i zapewne zostały sfałszowane, ich wartość dowodowa równa się zeru.
Przewodniczący Zespołu Parlamentarnego poseł Antoni Macierewicz przyznaje w liście dalej że 'maskirowka' w sposób oczywisty odgrywała w tej operacji kluczową rolę. Nie mam co do tego wątpliwości Zatem i w tej kwestii zgadzamy się choć—nie wiedzieć na jakiej podstawie—pan Przewodniczący chce jednocześnie wierzyć, że te ok. 30 ton mniej lub bardziej zardzewiałego złomu wywiezionego z polanki na wschodnim końcu lotniska Sewernyj, i zrzucone na południowym skraju tego samego lotniska, mogło kiedykolwiek należeć w części lub w całości do naszej 80-tonowej, odnowionej, błyszczącej świeżym lakierem tutki, zaś ponad 12 ton paliwa ulotniło się bez pozostawienia śladu.
Na szczęście, Zespół Parlamentarny działa i—jak zaznacza w swoim liście jego przewodniczący—ma jeszcze wiele zagadek do wyjaśnienia.Postrzega się przy tym jako obiekt ataków wrażych sił. Cieszy, że uzasadnione obawy o negowanie niepodważalnych faktów zostały przez Pana Przewodniczącego rozwiane. Tym bardziej więc należałoby zwracać baczną uwagę na czystość metodologiczną, a w szczególności weryfikowalność przy publicznym przedstawianiu koncepcji przez Zespół.
Pan Antoni Macierewicz pisze do mnie w liście na końcu tak: "Proszę więc o uczciwą dyskusję i rozważenie moich argumentów"
Ponieważ—jak nauczał Św. Tomasz z Akwinu—Prawda jest jedna, integralna, całkowita i niepodzielna , oraz ma tę właściwość, że zawsze wychodzi na światło dzienne, to nie wątpię ani przez chwilę, że tak będzie i tym razem. Prawda nie podlega dyskusji. Prawda o losie naszej Delegacji w dniu 10 kwietnia wyjdzie na wierzch. Nawet, kiedy dziś, mimo upływu 21 miesięcy, nadal nie wiemy o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani - dlaczego. Ani też gdzie. Ani tym bardziej — czy w ogóle.
Wygląda na to, że nie dowiemy się tego od naszych prokuratur. Zawodzą one—jak widać—na całej linii. Tym większa jest rola Zespołu Parlamentarnego, który moim zdaniem nie tylko powinien stale walczyć o status Komisji Sejmowej, ale i niezależnie od od tego powinien niezwłocznie zabrać się do wysłuchiwania ważnych świadków wydarzeń sprzed 21 miesięcy, zamiast polegać na „amerykańskich ekspertyzach”. Nie można bowiem zgodzić się na to, aby ta bezprecedensowa w historii naszego kraju tragedia została przykryta patyną kurzu i stertą bezwartościowych ekspertyz.

Polacy na to nie pozwolą. Jeżeli zawiodą oficjalne drogi, to nie zawiedzie śledztwo obywatelskie. Czas na podsumowanie wyników.


5.01.2012

Rosyjskie badania i amerykańskie ekspertyzy


Tajemnicze skrzynki z Sewernego- TAWS i FSM

Od przeszło 20 miesięcy z wiadomych, tragicznych powodów narodziły nam się tłumy specjalistów od latania, a przynajmniej co drugi z nich zna się także na konstrukcji samolotu. I to nierzadko lepiej, niż na konstrukcji cepa. Szczególnie dobrze znamy się na tupolewach, bo wiadomo, ruskie badziewie i zrobione chyba z kryształu - rozpada się toto na tysiące drobnych odłamków od zahaczenia o byle brzozę podczas lądowania.

Ale dość sarkazmu. Faktem jest, że od przeszło 20 miesięcy zarzucani jesteśmy fachową terminologią dotyczącą naszej narodowej tragedii z 10 Kwietnia. Nikt się nie wysila, żeby nam cokolwiek z tego wytłumaczyć. Ten fachowy żargon ma na celu jedynie stworzyć zasłoną dymną z pozornych działań i pozorowanych dywagacji. I chociaż temat jest prawie wyczerpany, bo niedługo stanie pomnik, uroczyście zostaną złożone wieńce i będzie pozamiatane, to jednak, zgodnie z dewizą „lepiej późno, niż wcale”, warto raz dobrze przyjrzeć się temu, o co na przykład z tymi całymi sławnymi amerykańskimi ekspertyzami komputerów pokładowych TAWS/FMS chodzi.

Dla przypomnienia: na oślej łączce na rubieżach lotniska wojskowego Sewerny, położonego niedaleko od centrum Smoleńska zarzuconej zardzewiałym złomem samolotowym, znaleziono 10 kwietnia 2010 r. wieczorem czerwony żakiet śp. Grażyny Gęsickiej, który, obok listy ofiar i ciał śp. Prezydenta i marszałka Putry, stał się dowodem na to, że tam właśnie wydarzyła się 14 godzin wcześniej tragedia. Podobno kilka osób ów żakiet w nocy widziało, w tym poseł Max Kraczkowski. Co ciekawe, nie zauważył go 14 godzin wcześniej, rano, ani pan montażysta-operator Wiśniewski, ani pan kierowca Kwaśniewski, ani jego pasażer, pan ambasador Bahr, ani pan Stachelski, ani pan minister Sasin, ani pan Kwiatkowski, ani pan Wierzchowski, ani w ogóle nikt. Ba! Nikt nie zauważył kokpitu tutki, a ten „drobiazg” naprawdą trudno przeoczyć.

Tym bardziej nie dziwota, że nikt nie zauważył walających się w błocie komputerów pokładowych, czyli systemu wczesnego ostrzegania TAWS oraz komputera FMS (Flight Management System), które w obecnej dobie są zaraz po silniku najważniejszymi urządzeniami każdego samolotu od Cesny poczynając i dzięki nim podobno nawet ja po jednej próbie i to z zamkniętymi oczami potrafiłabym wystartować z Okęcia i wylądować w Smoleńsku.
Pan montażysta-operator Wiśniewski, który był pierwszy z kamerą na miejscu tragedii, znalazł co prawda od razu czarne skrzynki w pomarańczowej kapsule, co wyglądało bardzo filmowo, ale komputery znalazł nie wiedzieć kiedy zdaje się Spec-Naz. Albo straż pożarna. No, chyba że sprawne sanitariuszki w wolnej chwili.
W każdym razie bezcenne komputery produkcji amerykańskiej znalazły się od razu we właściwych rękach i po zaledwie dwóch tygodniach leżenia – jak chcemy wierzyć -w zamkniętym na cztery spusty sejfie w Moskwie, zostały przesłane pocztą dyplomatyczną do USA, do producenta czyli Universal Avionics. Faktem jest, że JAKO JEDYNY DOWOD, jeśli nie liczyć ciał naszych Ofiar w zalutowanych trumnach, opuściły one Rosję i znalazły się w USA, w rękach ekspertów. Reszta dowodów nadal jest aresztowana w Rosji i nawet zapis czarnych skrzynek otrzymaliśmy z 10-minutowym bonusem w postaci kopii.
Jak zatem mógł minister Szojgu do tego dopuścić, by komputery pokładowe badał kto inny?
Moje głębokie i postępujące przeświadczenie o spiskowej praktyce dziejów kazało mi spytać paru fachowców z naszej strony, czy aby owe "zapisy" z TAWS od początku nie miały być uwiarygodnione przez amerykańskich przyjaciół? Wygląda bowiem na to, że tak to zaplanował MAK, a wiary-godni i poczciwego serca Polacy łatwo uwierzyli w "badania i ekspertyzę" w Redmond.
Tymczasem, ujmując to najkrócej w punktach, fakty są następujące:

  1. Amerykańska NTSB (National Transportation Safety Board) nie wykonywała żadnych badań, bo nie ma takiego prawa. Badania wykonywał MAK, wszystkie od A do Z.
  2. MAK zwrócił się o pomoc prawną do strony konwencji ICAO (International Civil Aviation Organization)- NTSB w badaniu skrzynki FMS i TAWS wyprodukowanej przez firmę amerykańską, czyli z jurysdykcji NTSB wykazując tym samym nadprogramową dobrą wolę.
  1. NTSB w ramach pomocy przekazał materiały do Redmond, a otrzymane wyniki przekazał do MAK. Fachowcy w Redmond odczytali zamówione wybrane dane i zwizualizowali je na papierze. Nic ponadto. Nie wypowiadali się na tematy wiarygodności lub integralności tych danych, bo nie byli o to pytani.
  2. MAK na mocy konwencji ICAO przekazał swój raport ze śledztwa z odczytami z Redmond do publikacji w NTSB.
  3. NTSB opublikowała raport MAK z zaznaczeniem autorstwa MAK. Widnieje tam do dziś godzina zdarzenia 8.56!
  4. NTSB i w ogóle Amerykanie nie mogli i nie wykonali niczego w tej sprawie, poza rolą skrzynki pocztowej, zatem nie mogli nic z własnej inicjatywy badać, ogłaszać, publikować, ponad to, co zostało zlecone przez Rosjan. Nie są oni bowiem prawnie zainteresowaną stroną w tej sprawie. Wszystko, co mogli, to spełnić czyjeś prośby na mocy umów międzynarodowych.

Redmond wykonało zleconą przez NTSB ekpertyzę skrzynek otrzymanych z Moskwy, w zakresie wskazanym przez Moskwę. Nie musieli wykonać tego na
zlecenie MAK wprost, a na polecenie NTSB musieli wykonać to,o co poproszono i w ścisłym zakresie tylko to, o co poproszono. (tutaj link-klik) Taki mówi konwencja o współpracy. Czyli powtórzmy jeszcze raz: NTSB poleca odczytać skrzynki i dokonać ich zapisu na osi czasu z wizualizacją w postaci wykresu i zrzutem danych w np. .xls (Excel) I to Redmond wykonuje. Nic ponadto. Nie może wyrażać opinii o prawidłowości danych, albo o stanie skrzynki, jeśli nie jest o to proszona. MAK mógł wysłać rozbebeszone pudełko z podmienionymi częściami i poprosić o odczyt. Redmond wykonuje. I koniec! Choć byłoby nawet oczywiste, że to fałszerstwo, nie mogą nic o tym mówić, bo o to nie pyta urząd NTSB. To jest jasne jak słońce dla każdego, kto jest obeznany z procedurami administracyjnymi dobrze funkcjonujących organizacji.

  • 7. Według prawa międzynarodowego stronami do tego zdarzenia są rządy PL i RU, które na mocy umowy Tuska z Putinem przekazały do badania MAK okolicznosci katastrofy. To umocowanie jest jasno przez MAK wykazane i opublikowane na stronie NTSB - proszę sprawdzić (tu link) Stronami są rządy PL i RU. Zresztą to oczywiste, bo mówi o tym prawo międzynarodowe, prawo lotnicze, konwencja chicagowska i konwencja ICAO. Wszystkie zgodnie stwierdzają, że samoloty państwowe (state aviation) należą do wyłącznej kompetencji właściwych rządów - właściciela samolotu i terenu zdarzenia. Jeśli na przykład włoski samolot rozbije się w Boliwii -są to rządy Włoch i Boliwii, jeśli francuski boeing na międzynarodowym Atlantyku - wyłącznie rząd Francji.

Podsumowując: NTSB i Redmond tak naprawdę nic nie badały, tylko w Redmond odczytano to, co im Moskwa przysłała. I tylko tyle, bo tyle im kazano, ani linijki więcej (choć mieli na to ochotę powiadamiając o duzej ilości danych- cyt.:“ Duża ilość surowych danych. Możemy przedstawić inne parametry w postaci czytelnej dła człowieka, jesli będzie potrzebne w śledztwie“), a z własnej inicjatywy nic robić nie mogą. Oczywiście, bez wątpienia wiedzą o wszystkim, co się wydarzyło, ale wiedza jest rzeczą zbyt cenną, by się nią niepotrzebnie chwalić.


Powtórzmy jeszcze raz: wszystkie informacje o Smoleńsku w amerykażskiej NTSB pochodzą od MAK (i jest to w raporcie czytelnie zaznaczone). Dotyczy to w szczególności godziny zdarzenia 6.56 UTC.
W związku z powyższym dywagacje o rzekomych badaniach NTSB, wzywanie ich do takowych poprzez naszych parlamentarzystów jest dziecinnym nieporozumieniem. Nie jest natomiast zabawna akcja propagandowa wokół "badań NTSB". NTSB nie zrobił nic w tej sprawie i - co więcej - nic zrobić nie może, a gen. Anodina to sprawnie wykorzystała. Pomimo „świetnej współpracy“z Rosjanami nadal nawet nie wiemy, o której godzinie wydarzyła się katastrofa. Ani, dlaczego. Ani- gdzie. Ani tym bardziej- czy w ogóle.



Ze strony NTSB:
http://www.ntsb.gov/aviationquery/brief2.aspx?
ev_id=20100429X00503&ntsbno=ENG10RA025&akey=1%20ENG10RA025


31.12.2011

Paplanie z Bogiem


Paplanie z Bogiem


Na Początku było Słowo – po aramejskubabb-ili- „Brama Boga” . Kiedy Brama Boga otwarła swoje podwoje – stał się świat. Odtąd przez Bramę wdzierają się nieprzerwanie dalsze Słowa i tak nieprzerwanie staje się świat i światem jest każde słowo.
- Przekonaj się – powiedział Bóg, jakby dostrzegł ślad wątpliwości w moich oczach i wyjął z kieszeni trzy pisaki. Jeden z niebieskim, jeden z czerwonym i jeden z zielonym tuszem. - Zatocz okrąg wokół każdego napisanego tu słowa. Mówiąc to Bóg własnoręcznie narysował kółka wokół każdego słowa - Widzisz je teraz osobno, jak osobne planety. Zobacz - każde ma swoje wnętrze, swoją powierzchnię, z której wyrastają asocjacje i konotacje, każde ma swoją atmosferę i stratosferę. Każde ma swoje Słońce i swoje Księżyce.
Przyglądam się słowom zamkniętym w bańkach własnych światów. Niektóre Bóg zakreślił na czerwono, inne na zielono. Dlaczego je tak porozróżniał, skoro nie można obyć się bez żadnego z nich? Wyczuwam w tym geście znaną mi skądinąd chęć podporządkowywania, strukturyzowania, katalogizowania. A może jestem przeczulona?
Z Bogiem rozmawiamy na początku po angielsku i niezauważenie przechodzimy na niemiecki. – Jaki język znasz lepiej niż angielski? –dopytuje się Bóg dyplomatycznie. Polskiego nie zna. Ale zna trochę rosyjski, odkąd mieszka u niego kątem sześćdziesięcioletnia Natasza z Petersburga, która w zamian za dach nad głową od pół roku karmi go i opiera. Natasza nie zna żadnych obcych języków. Przyniosło ją aż tutaj za chlebem. Bóg nie ma chwilowo lepszego wyjścia, jak uczyć się rosyjskiego i popisuje się teraz tą nikłą znajomością przede mną, tutaj, na Plaza de la Encarnación w Madrycie.
Bóg ma –jak na Boga przystało – długie białe włosy, sięgającą pasa białą brodę i długie białe wąsy. Pogodne, niebieskie, wesołe oczy małego chłopca, który stroi sobie żarty z dorosłych otacza siatka zmarszczek. Ubrany jest w cienkie białe spodnie i różową koszulę, którą kupiła mu Natasza. „Kochajcie mnie” – mówi za pośrednictwem tego różowego koloru do przechodniów. Nie potrafię rozpoznać, czy język ojczysty Boga to angielski czy niemiecki. A może holenderski?
Bóg jest chyba ostatnim z gatunku Dzieci-Kwiatów, które wędrowały niegdyś w sandałach po Ziemi nie produkując, nie niszcząc, nie brudząc się pieniędzmi, lecz czyniąc Miłość. „Przykazanie nowe daję wam – powiedział ustami swojego Syna podczas Ostatniej Wieczerzy – Abyście się wzajemnie miłowali” . Tak przynajmniej podaje Jan. Do tego nie trzeba wielu słów. Dlatego pytanie o narodowość Bóg odbiera jako podwójny afront. –My nie mamy narodowości – twierdzi używając dobitnie formy pluralis majestatis - a język potrzebny nam jest tylko po to , żeby się z wami porozumieć. Obojętnie jaki.
Rozmawiamy z Bogiem o języku w kilku językach popijając czerwone wino z Valdepeñas, które przyniósł nam na tacy kelner. – Skąd jesteś?- spytał go Bóg zaciekawiony jego akcentem. –Z Meksyku – uśmiechnął się kelner kasując ode mnie natychmiast należność. Nie wzbudziliśmy oboje jego zaufania. Bóg dał mi już wcześniej do zrozumienia, że brzydzi się pieniędzmi. Wspominam, że właśnie zaledwie trzy godziny temu przemierzałam Valdepeñas. Pod powiekami zachowałam jeszcze zdumiewająco żywe kolory tej ziemi i przyrzekłam sobie tam wrócić. Bóg na to, że przewędrował Valdepeñas już szmat czasu temu. Oboje rozkoszujemy się teraz esencją żelazistych ziem Valdepeñas. Naszą oszczędną wymianę zdań wzbogaconą długimi pasażami milczenia urozmaicają dwie artystki grające na flecie i na gitarze. Kiedy podchodzą do nas po datek Bóg podnosi się z krzesła i ignorując ich nadstawiony po drobne miedziany kubeczek długo i wylewnie dziękuje im za koncert. Jego hiszpański jest bez zarzutu. Słowa są dobrane starannie i trafiają w sedno. Zdania – na szczęście dla mnie – są proste i przejrzyste. Takim samym tonem mówi do mnie, a ja odpowiadam. Rzeczywiście odpowiadam. W tej samej chwili zastanawiam się, w jakim języku właściwie rozmawiamy. –Powtarzam ci, to obojętne - odpowiada moim myślom na głos Bóg. - Najważniejsze, że rozmawiamy, bo mamy sobie coś do powiedzenia. Mowa znaczy więcej niż język.

Smiejemy się oboje z oczywistości tego twierdzenia. Smiejemy się, bo wiemy, że porozumiewamy się nie tylko słowami. Nawet nie przede wszystkim. Rozmawiają nasze oczy, w których mieści się całe doświadczenie piśmiennej i niepiśmiennej ludzkości. Nasze, oraz naszych rodziców, przyjaciół, kochanków, a także bohaterów literackich i filmowych, których losy taszczymy w naszej pamięci i w naszych uwarunkowaniach jak gigantyczny garb, który raz nas podrywa do lotu, a innym razem zatrzymuje w miejscu, albo znowu każe się chować w mysią dziurę ze strachu. Rozmawiają nasze pauzy, nasze westchnienia, nasze niedomówienia; głowy, które obracają się w czasie rozmowy na wszystkie strony, kiwają, odchylają się , kręcą na znak przeczenia; rozmawiają nasze ramiona, kiedy to się ku sobie pochylają, to cofają się w głąb oparcia wiklinowych krzeseł; nasze ręce, które to podnoszą kieliszek, to pióro, to znów dotykają się nawzajem, tak, jakby chciały podnieść wagę wypowiadanej właśnie kwestii przenosząc ją także dotykiem.

Nie wiem, czy dla kogoś, kto może przygląda nam się z boku jest to rozmowa ożywiona, czy raczej ospała wymiana równoważników zdań. I Bóg i ja mamy poczucie, że poruszamy najważniejsze kwestie, że tak samo pojmujemy sens i bezsens świata , jego komiczną powagę, jego dostojne piękno i dramat wykolejonej cywilizacji. Podróżujemy w naszej rozmowie przez kontynenty i systemy słoneczne i odnoszę wrażenie, że jeszcze jeden taki wieczór z Bogiem na Plaza de la Encarnación, a uda mi się objechać dokoła kulę mojego mózgu i jego płaty scalą się wreszcie tak, jak niegdyś kontynenty kuli ziemskiej stopione były w jedną logiczną całość. Jestem pewna, że wtedy mogłabym mówić bez wysiłku we wszystkich językach świata, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ucho i zatrzymały się niepewnie w jakimś fiordzie mojej mózgownicy. Nic przecież nie ginie w przyrodzie. Dlaczego miałoby cokolwiek ginąć w moim mózgu? Nie, z pewnością jest tam wszystko, co zobaczyłam, przeżyłam, usłyszałam i przeczytałam. Wszystkie obce słowa, wszystkie reguły gramatyczne, wszystkie wariacje stylistyczne, wymieszane (albo i nie) z oszalałymi kolorami jesieni, albo z porywającymi zapachami wiosny. Chaos, entropia, rozpad , by wreszcie mogło zakiełkować ziarno zrozumienia. Moja własna mikro-Akasha.
Rozmawiamy z Bogiem o języku i zdumiewam się w myślach, jak dalece nieważna staje się dla mnie wymowa, jak nie myślę o gramatyce i - co gorsza – zupełnie nie uświadamiam sobie niewątpliwego przecież wysiłku, jakim zawsze pozostaje posługiwanie się obcym językiem. Nie odczuwam bólu skrępowania czy choćby tylko ograniczenia, które tyle razy odbierały mi przekonanie co do ważności tego, co chciałam powiedzieć i nakazywały przerwać wypowiadaną kwestię w połowie. „Ty na pewno masz coś przeciwko niemieckiemu!” – to stwierdzenie wypowiadane raz jako wyrzut, raz jako konstatacja powtarzało się wielokroć podczas moich pierwszych lat spędzonych w Niemczech. Mówiono - „masz coś przeciwko językowi”, a myślano – „ masz coś przeciwko nam”. Czemu miałabym nie mieć? Prawie cały świat ma coś przeciwko nim. A ja mam do tego przynajmniej tyle samo powodów, co przeciętny Polak i statystyczny Zyd ze wschodniej Europy. Pomimo to, a raczej właśnie z tego powodu – próbuję poznać ten język. Raz jest to twarde i lodowate doświadczenie miejskiej ślizgawki, innym razem zielona słoneczna łąka.
I nigdy nie wiadomo, co to będzie, w co obróci się mój wysiłek wyrażenia tego, co pomyślała głowa. Zadrwi ze mnie czy wynagrodzi mnie nieoczekiwanie? Dlatego muszę go traktować z respektem. Pokochać go się nie da. Zeby pokochać język, trzeba kochać ludzi, którzy nim mówią, ale nie da się kogoś kochać, kto nas nie kocha – tłumaczę Bogu na Plaza de la Encarnación późnym wieczorem w Madrycie, a on kiwa głową ze zrozumieniem. Nie muszę zaraz kochać, ale mogę się zaprzyjaźnić, zauważa. To już więcej niż respekt. Co też próbuję , z całych sił. Moje próby wielokroć zawodzą, bo przyjaźń to też jest partnerski układ, a w tym kraju dla nikogo nie jestem partnerem. Po pierwsze i po ostatnie dlatego, że nie mówię dobrze po niemiecku. Niemieckość polega na Języku. Z niego się narodziła i w gruncie rzeczy tylko nim jest Niemieckość – czyli Wyższość : Językiem właśnie. Hildegard von Bingen twierdziła, że Adam i Ewa mówili w Raju po teutońsku. Oświecona i wielebna wiedziała lepiej, niż ktokolwiek inny, a już o niebo lepiej, niż jakikolwiek cudzoziemiec, w jakim języku rozmawiali Pierwsi Rodzice. Czy się nawzajem rozumieli, to już odrębna kwestia. Dzięki temu twierdzeniu , które mnie zrazu rozśmieszyło prawie do łez pojęłam nagle źródła niemieckiej dumy narodowej. Naród to język. On ich zjednoczył. Nie żadne granice i traktaty, lecz język. Język to jest Hochburg niemieckości- tłumaczę Bogu, o którym nie wiem, czy nie urodził się Niemcem. Za często mówi o Hamburgu. Wiele razy podczas moich długich lat w Niemczech przekonywałam się, że wyrobnicy języka, jego rzemieślnicy , a tym bardziej jego jubilerzy wcale nie pragną, by obcokrajowcy posiedli go w podobnym stopniu, co oni. Oni wypili ten język z mlekiem matki. Nauczyć się go – twierdzą, nie może nikt obcy do końca. Tak, jak nikt nie mógł przedrzeć się przez Chiński Mur. Teoretycznie. Wiemy już skądinąd, że nie ma niezdobytych murów.
Tak więc w pocie czoła boruję dziury w Chińskim Murze teutońskiego języka cierpiąc przy tym na ciele i duszy. Cierpię, że nie mogę w y p o w i e d z i e ć w tym języku tego wszystkiego, co myślę. Cierpię zatem na zakłócenia duchowego krążenia. Słowa nie są zaopatrywane przez myśli w świeży tlen. Cierpię na permanentny skurcz języka, który musi układać się w ustach tak, jakby było mu tam wciąż za ciasno. Jestem niczym innym, jak inwalidą duchowym. I gdy słyszą wszystkie w błędnych formach gramatycznych błędnie przeze mnie wypowiadane, błędnie akcentowane słowa – traktują mnie jak inwalidę. Jestem kimś w rodzaju ślepca i w tym kraju powinnam nosić na lewym przedramieniu żółtą opaskę z trzema czarnymi punktami. Tak, jak niewidomi. Każdy powinien móc rozpoznać z daleka: patrzcie! oto nadciąga ta inwalidka, która nie potrafi się wypowiedzieć, a więc tym samym MNIEJ JEST. Każdy powinien mieć możliwość zejść mi z drogi na czas, uciec. Bo a nuż – nie pojmę, nie zrozumiem, przeszkodzę, zawadzę, jak cegła, która wypadła z Wieży Babel i leży teraz na drodze bez przynależności i bez celu. Przeszkadza.
Na codzień mówię w trzech językach – podobnie jak Bóg. Czy to znaczy, że mówię o dwie trzecie mniej w każdym języku, aniżeli byłoby mi to przeznaczone, gdybym miała tylko jedną mowę ojczystą? A może mówię więcej niż ci, którzy posługują się tylko jednym językiem? Tracę? Czy zyskuję? Każdy język ma swoje ograniczenia. Gdyby nie ta codzienna mozolna praktyka nigdy bym pewnie tego nie zauważyła. Każdy kultura ma swoje ramy. Poza nimi zaczyna się już inna kultura – zawsze w innym języku. Przekraczając ramy nie zawsze można rozpoznać, co to za kultura i w jakim akurat wyraża się języku. „Co to za język ?” –pytam siebie w myśli patrząc na czarne obrazy Goi w Prado. „Co to za język?” –pytam siebie w myśli słuchając Erica Satie. „Co to za język?” – zdumiewam się słuchając robotników w podmiejskim autobusie o 5 rano jadących do pracy w warszawskiej hucie. „Co to za język?” zastanawiam się oglądając rozkwitające na ekranie komputera fraktale. Cierpię, że nie osiągam finezji w niemieckim i angielskim, której wymagają lata edukacji i polerowania. Zimny pot występuje mi na czoło ze strachu, że gubię tę finezję w polskim. W marach sennych tracę czucie, tracę wzrok, tracę węch, tracę mowę. Jednocześnie coraz intensywniej rozróżniam pojedyncze słowa i zachwycam się nimi, jak egzotycznymi roślinami w Ogrodzie Botanicznym. „To drzewo pachnie w grudniu jak świeże ciasto drożdżowe!” I już jestem w bańce Bożonarodzeniowej, i już mam za sobą dwa tysiące lat chrześcijaństwa i pięć wieków obchodzenia grudniowych świąt i moje dzieciństwo, zaczyn ciasta: mąka, tłuszcz i cukier, jego powolne wyrabianie, cud rośnięcia w dzieży , widzę babcię i mamę w kuchni, jak się krzątają czerwone od ciepła buchającego z piekarnika, widzę jak moje dziecięce zdumienia, moje zaciekawienia, moja radość z tego intensywnego dziania się czyni je czarodziejkami.
Zataczam okręgi wokół słów i wodzę myślą jak palcem po ich skomplikowanych wzorach, jak po powikłanych liniach arabesek w Pałacu Nasredów w Alhambrze. Co mnie coraz bardziej zajmuje, to ich wartość, ich waga, ich masa. Całe ich znaczenie. Dlaczego wypowiedział lub wypowiedziała to słowo? Co chce mi tym słowem przekazać ukrywając tak skrzętnie swoje uczucia? Ile irytacji wkłada w te uprzejme – zdawałoby się – formułki? Ile złości? Ile obojętności? Inflacja słowa.
W tym momencie Bóg i ja kiwamy tylko głowami w milczeniu. Od początku ludzkości nigdy nie produkowano takiej ilości słów, jaka powstaje dzisiaj. Sześć miliardów mówiących, krzyczących i śpiewających ludzi zwielokrotnione przez echo gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, kin i telefonów. Rozgadany, pulsujący słowem świat. Hałas tej paplaniny musi wypełniać Wszechświat i Bóg chowa się w sobie, tak, jak ja kurczę się i chowam w sobie, kiedy w metrze siądzie koło mnie ktoś ze słuchawkami w uszach, z których wylewa się łomot perkusji.
Nasza wykolejona cywilizacja to nie przede wszystkim nowe technologie, za pomocą których otwieramy na naszą własną zgubę kolejne Puszki Pandory. Wykolejanie naszej cywilizacji zaczęło się od inflacji słowa. To, czym było słowo w kulturach pierwotnych, a więc formą Życia, pełną symbolicznego znaczenia jednością duchową między Ziemią i Kosmosem, zaczynem Materii - tym przestało być Słowo produkowane od czasu Gutenberga.
- I znowu Niemiec jest sprawcą totalitarnego zniszczenia świata, tamtego świata, sprzed Gutenberga –śmieję się patrząc Bogu w oczy. Obrazi się ? Poczuje się dotknięty? Słowa stały się puste. Nadużywane, straciły swoją duchową pojemność, swoją sprawczą moc, swoje konotacje, swoje korzenie, swoje Słońca i Księżyce. Im częściej używane są do wyrażania kłamstwa, tym bardziej blakną, spełzają –żałosne strzępy dawnych znaczeń. Trzeba ich więcej i więcej, żeby przykryć strzępami strzępy. W erzefast food produkujemy miliardy ton niezdrowego pożywienia dla naszych ciał i biliony, tryliony pozbawionych jakichkolwiek znaczeń słów, które zalegają nasze głowy i zatruwają dusze. I nie jesteśmy syci. Jesteśmy głodni specjalnych słów, które mają być jak egzotyczne przyprawy.
Bóg opowiada mi, że spędził pięć lat w hinduskim więzieniu, w śmierdzącej ekskrementami i pleśnią norze. Codziennie po kilka razy powtarzał na głos zdanie – „ To jest najpiękniejsze miejsce na świecie” . Bili go za to współwięźniowie i strażnicy. Pisał to zdanie na ścianie, a oni je zamalowywali. -- To słowa stwarzają światy – powiedział Bóg dobitnie, jakby dawał mi Dwunaste Przykazanie – Dlatego wolno nam wypowiadać i pisać tylko te słowa, których potrzebujemy i które czujemy. – Zaprawdę powiadamy ci, to słowa stwarzają światy – powtórzył jeszcze dwukrotnie, by przypieczętować wagę tego twierdzenia.
W oknach nad naszymi głowami gasły powoli światła zapowiadając moment, w którym słowo i gest stają się ciałem. Już za kilka minut w marzeniach sennych będą, jak co noc, pojawiać się światy, do których opisu ludzie po przebudzeniu szukać bedą odpowiednich słów. "Babb- babb-a" - opisują świat wszystkie niemowlęta w identycznej mowie. "Gaworzą" - mówimy i uczymy je właściwych określeń: "Nie babb-a , tylko mama, nie babb-ta tylko tata, nie babb-a, tylko babcia".
Rozstawaliśmy się z Bogiem bez słów. Angielskich, niemieckich, hiszpańskich, rosyjskich i polskich. Wypełniało nas ciepło wzajemnego zrozumienia, które wymieniliśmy krótkim uściskiem. Opuszczając Plaza de la Encarnación nie mogłam pozbyć się uczucia, że odkryłam istotę Grzechu Pierworodnego. Spożycie Owocu z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego popchnęło Adama do samodzielnego nazywania rzeczy. Ukradł Bogu jego boskie kompetencje i zaczął Akt Tworzenia według własnego widzimisię.A mówił podobno po teutońsku.


 

Berlin-Madryt, październik 2000