13.12.2011

Grudzień 1981-dwunasty, trzynasty, czternasty....


Dwunasty grudnia 1981 roku wypadał w sobotę. Nagle zrobiło się mroźno. W Akademii Sztuk Pięknych trwał Kongres Intelektualistów. Tego dnia, po południu, miał wrócić ze Sztokholmu Ryszard. Skrócił swój pobyt, żeby jeszcze zahaczyć o Kongres. Jak zwykle, chciał być wszędzie. Czekałam na niego w domu. Spóźnił się ponad trzy godziny. Podobno na Okęciu zgasło światło. Odprawy pasażerów odbywały się w ciemnościach - przy latarkach i ... świecach. Aż dziw, że nie mieli tam żadnych zapasowych agregatów.


 Ryszard przywiózł upominki świąteczne, czekoladę i pomarańcze. Czyli luksusy, w tamtym czasie niewyobrażalnej nędzy. Nagle zapach pomarańczy wdarł się w ciężką atmosferę, która ogarnęła Warszawę i całą Polskę, i przypomniał o istnieniu normalnego świata, w którym ludzie przygotowują się do świąt. Ten świat był daleko od nas i zdawał się coraz bardziej oddalać. W powietrzu wisiało oczekiwanie czegoś nieodwracalnego. Już od wiosny pytaliśmy się siebie nawzajem: wkroczą czy nie wkroczą? Rozsądek i analiza polityczna wskazywały, że nie wkroczą. Złe podszepty syczały - a co będzie, jeśli wkroczą?

Na drugi dzień miałam wracać porannym ekspresem do Bydgoszczy. Dlatego od jedenastej wieczorem zaczęłam dzwonić do zegarynki, by zamówić automatyczne budzenie. Długo trwało, zanim odebrano moje zamówienie. Głos w słuchawce był profesjonalny, ale zamiast standardowej formułki, do jakiej byłam przyzwyczajona, usłyszałam ku swemu zaskoczeniu, że „usługa nie jest gwarantowana". Poprosiłam zdziwionym tonem o powtórzenie. Telefonistka powtórzyła poprzednie zdanie wymawiając z naciskiem i osobno każde słowo, tak, jakby chciała mi dać coś do zrozumienia. Nie miałam pojęcia, o co jej może chodzić. Nagle poczułam w okolicy splotu słonecznego potworny lęk, który nie opuścił mnie do rana i nie pozwolił zasnąć. Telefon zadzwonił potem dwukrotnie: około pierwszej i trzeciej w nocy. Za pierwszym i drugim razem odezwał się w słuchawce męski głos z głupim pytaniem: „kto mówi?". Pytaniu towarzyszył śmiech. Odebrałam to jako durny żart podchmielonych żołdaków. Dlaczego właściwie tak to odebrałam? O szóstej telefon nie zadzwonił, ale i tak już dawno siedziałam na krześle ubrana i spakowana. (Dopiero kilka godzin później pojęłam, że centrala telefoniczna została przejęta przez wojsko). Czekałam, aż Ryszard się obudzi. Miałam wrócić do Warszawy za tydzień, dlatego postanowiłam zostawić pomarańcze i prezenty, żeby moje dziecko nie odkryło przed czasem niespodzianki pod choinkę.

Jechaliśmy o ciemnym świcie jego niebieską ładą z Żoliborza na Dworzec Centralny. Ulice pokryte były warstwą szronu i śniegu. Na ulicach zdumiał nas widok wojska. Zobaczyliśmy samochody opancerzone. Manewry? Demonstracja siły? Coś takiego w pojedynczym egzemplarzu widywałam już w pierwszych dniach września na Krakowskim Przedmieściu. Tym razem uderzyły nas ogromne ilości wojska. Przyglądaliśmy się, wytężając wzrok w ciemności. Nasi. W pobliżu Dworca Centralnego stały czołgi. Wtedy pojęliśmy, co się stało. Ryszard klął na głos, ja byłam porażona. Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa.

 Pociąg odjechał punktualnie. Jego rytm co chwila wpędzał mnie w drzemkę. Nocne czuwanie dało o sobie znać. Musiało to być już za Kutnem, gdy przez szczelinę ciągle uchylających się drzwi doszła do mnie i wybiła mnie kompletnie ze snu wymiana zdań dwóch mężczyzn w średnim wieku. Dolatujące słowa były dziwne: „...listy proskrypcyjne...oni mieli przygotowane listy proskrypcyjne....zaznaczali nasze drzwi. Miał pan znaczek na drzwiach? Ja miałem. Taka kreska ... Mieli nas wymordować.... To wszystko było przygotowane z Zachodem. Oni im pomagali....Nam broń rozdali. Ale co znaczy jeden pistolet?.... Teraz ..w więzieniu...Internowani... "

 Najpierw zdawało mi się, że śpię i śnię jakiś koszmar. Potem, gdy o istnieniu rozmawiających mężczyzn przekonałam się naocznie, szczelnie zacisnęłam powieki, żeby nikt ze współpasażerów nie zobaczył wyrazu, jaki się w moich oczach niewątpliwie malował. W głowie mi szumiało. Zdawałam sobie coraz mocniej sprawę z tego, co i jak się stało, ale i tak rzeczywistość miała mi pokazać, że nie doceniałam przeciwnika.

 Wysiadłam z pociągu na pierwszej miejskiej stacji, nie dojeżdżając do dworca głównego. Stąd normalnie miałabym autobus prosto do mamy, która mieszkała na drugim końcu miasta. Tym razem autobusu nie było. Zauważyłam, że nie było żadnego autobusu.

 Na przystanku stał jakiś emeryt, który informował nas, że „prawdopodobnie strajk w zajezdni, trzeba wziąć taksówkę". Dopiero później, w trakcie dnia, gdy najdziwniejszymi drogami dochodziły do mnie wiadomości, zrozumiałam, że emeryt nie stał tam przypadkowo. Byłam mu wdzięczna, że nie musiałam marznąć na przystanku, wypatrując na darmo autobusu. Taksówek zresztą też nie było. Nie dlatego, że strajkowały, wręcz odwrotnie - te, które miały jeszcze paliwo, jeździły po mieście. Był to wówczas jedyny środek komunikacji, dopóki komisarze wojskowi nie przybyli do zajezdni autobusowych i tramwajowych, i nie przejęli tam rządów, trzymając prawą rękę kowbojskim gestem na kaburze pistoletu. Ci dwaj mężczyźni z pociągu - to byli jedni z dziesiątków wysłanych w teren takich komisarzy. Zrozumiałam to już po dwóch lakonicznych zdaniach taksówkarza, który podjechał pod przystanek i zabrał mnie, jakiegoś mężczyznę oraz dwie kobiety - matkę i córkę.

Ja jechałam najdalej. Mężczyzna, który usiadł obok taksówkarza, nie odezwał się słowem. Natomiast matka i córka okazały się moimi znajomymi. Z córką chodziłam niegdyś do szkoły podstawowej. Była głupia jak but, którym obrywała w domu regularne cięgi po głupiej głowie od ojca za brak jakichkolwiek postępów w nauce. Teraz była dorosła. Nie widziałam jej dobrych piętnaście lat i przez głowę przemknęła mi banalna refleksja, że z głupich dzieci wyrastają potwornie głupi dorośli. Głupie dzieci śmieszą, ale głupich dorosłych należy się bać. Tak było i w tym przypadku. Nie wiedziałam i nie chciałam pytać, co owa Danka Kaczmarek zawodowo porabia, bo obie z matką były zajęte wykrzykiwaniem coraz większych obelg na „Solidarność" i na społeczeństwo, co traktowały zamiennie. Używały ciągle słowa „oni" i byłam pewna, że gdyby ktoś im w tym momencie włożył w ręce kałacha, to prułyby na ślepo wokół siebie, mnie nie omijając, ze złości na ten kretyński naród, któremu zachciało się przemian w jego nędznej egzystencji. Podobnie musieli chyba reagować wobec powstańców styczniowych chłopi, którzy oddawali „durnych panów" w łapy rosyjskiego carskiego „czarnosieciństwa". Taksówkarz, zamiast cieszyć się z niespodziewanego dodatkowego zarobku, milczał ponuro. Poza dwoma, trzema zdaniami, na wszelki wypadek nie mówił nic, ale czułam, że jesteśmy po tej samej stronie.


W domu mama - zaprawione Powstaniem Warszawskim dziecko wojny - przywitała mnie z ogniem w oczach. W telewizorze Jaruzelski wygłaszał na okrągło swoje przemówienie i spikerzy w mundurach tłukli w kółko napuszone frazesy o stanie wojennym i dekretach. Mama przyniosła mi z sypialni plakat - obwieszczenie o stanie wojennym. Zdjęła go z jakiegoś muru, wracając wczesnym świtem z kościoła. Później obwieszczenie to było najbardziej chronionym przed esbekami, buszującymi po mieszkaniu podczas rewizji, dokumentem; ale któregoś razu chyba nie wytrzymała i ze strachu wyrzuciła ten kawał papieru. Wtedy jednak, w niedzielę 13 grudnia, z szybkością lawiny docierała do mnie prawda o polskiej rzeczywistości.
  
Dziś zastanawiam się - jak? Najważniejsze było radio. Czyli w tym momencie zagraniczne rozgłośnie: Free Europe, Głos Ameryki, Radio France International. Potwornie zagłuszane, przedzierały się jednak z wiadomościami do milionów Polaków spragnionych informacji, jak tlenu.
  
Moje najwcześniejsze wspomnienie o dziadku, ojcu mojego ojca, to siedzący z uchem przy radiu i z ręką na jego gałce siwy, ślepy starzec, wyławiający słowa spośród trzasków i buczenia. To było w 1957 roku, latem. Mój dziadek nie miał jeszcze 60 lat. Oślepł wskutek przeżyć na Wołyniu, skąd z babcią i ich dziećmi wyjechali w 1945 roku. Mieli szczęście, że na Zachód, choć tylko z jedną poduszką, o czym Babcia ciągle powtarzała.
  
Wyławiając spośród trzasków i buczenia słowa Wolnej Europy w grudniu 1981 roku, tkwiąc z uchem przy odbiorniku i ręką na pokrętle, nie mogłam nie myśleć o moim dawno już nieżyjącym dziadku, któremu ukradziono ojczyznę i który dlatego stracił sens życia. Teraz mnie ukradziono ojczyznę. Bałam się, że Historia zatoczyła kolejne koło. Tymczasem Historia nawet porządnie nie drgnęła z miejsca. Dopiero dziś to wiem.

 Telefony były głuche. Dopiero po jakimś czasie je włączono - nota bene sterowane były ręcznie, jak za króla Ćwieczka. Zadzwonienie z miasta do miasta („rozmowa kontrolowana") wymagało zamówienia na centrali i czekania godzinami na jego zrealizowanie. Już na drugi dzień wiedziałam, jak pracuje nasza centrala telefoniczna i ile w niej siedzi wojska. Wszyscy do kontroli. Znajomi biegali do siebie nawzajem przez cały dzień i znosili oraz porównywali wiadomości. Było to zdumiewające doświadczenie: oto wojskowa samozwańcza junta usiłuje wprowadzić organizm państwowy w śmierć kliniczną - blokuje komunikację, która - i ta dosłowna, mechaniczna i telefoniczna - jest dla organizmu państwa układem krążenia. Tymczasem organizm jest silniejszy, więc broni się w najbardziej pomysłowy sposób. Komórki tego organizmu - ludzie - potrzebują wiadomości. Im bardziej odcinani od nich, tym bardziej są ich głodni. Tak samo, jak ciałka hemoglobiny w układzie krążenia, potrzebują tlenu.

 Dziwne było to, że mój redakcyjny kolega Zdzisław, wiedział więcej ode mnie. Niby dlaczego? Czy pobiegł do rozgłośni już w niedzielę? Powiedział mi, że do pracy mogą pójść tylko wybrani, a inni są zawieszeni. Wybrani według jakich kryteriów i przez kogo? Nie wiedział. W każdym razie on był wybrany. Co do mnie - to nie miał pewności, ale chyba nie. Postanowiłyśmy z mamą, że w poniedziałek idę normalnie do pracy, a ona udaje się do komendy miasta, która zakwaterowała się w Urzędzie Miejskim, po przepustkę do Warszawy.
  
Szkoda było tych pozostawionych pomarańczy. Tym bardziej, że nie wiadomo było, kiedy zamienią się w kupę zgnilizny. I co wtedy? Stan wojenny przecież nie będzie trwał wiecznie, ale nie wiadomo, co tej bolszewii do głowy wpadnie ... Jednak żeby kupić bilet kolejowy, trzeba było mieć przepustkę. Emeryci dostawali. Młodzi mężczyźni - nie. Przynajmniej w pierwszych dniach, gdy nie wiedzieliśmy jeszcze o wydarzeniach w kopalni „Wujek".
  
Rano pojechałam do pracy. Znowu taksówką, bo tramwaje jeszcze nie jeździły. Okazało się, że kolega Zdzisław miał rację. Nie należałam do „wybranych". Przed wejściem stali dwaj wartownicy pod bronią, na której - jak dotąd tylko podczas parady 22 Lipca - nasadzone były bagnety. W teatralnym geście, który mnie rozweselił, skrzyżowali przede mną bagnety bez jednego słowa czy spojrzenia. Musieli dostać przedtem moją fotografię? Nie byłam zatem „wybrana", lecz poczułam się wyróżniona.
  
Dzięki temu miałam czas, żeby pomagać mamie w zdobywaniu środków spożywczych. Nie było praktycznie co jeść. Bolszewia ograniczała produkcję chleba całkiem świadomie przez całe lato. Mąka była na kartki. Ale do mąki potrzebne były jajka. Te nie były na kartki. Trzeba było je „wystać" w kolejce. Ciekawe, że nie było świeżych jajek. Albo kury strajkowały z powodu stanu wojennego, albo świeże jajka szły dla rządu i wojska, które teraz zarządzało całym krajem. Stało się w kolejce od piątej rano trzy godziny na mrozie, żeby dostać pięć jajek „wapiennych" na głowę. Nigdy nie zapomnę smrodu i obrzydliwego smaku jajek konserwowanych w wapnie. Robiło się z nich w domu kluski. A czasem dodatkowo z twarogiem - to były leniwe. Albo z kartoflami i wtedy były to dla odmiany kopytka. Więc jedliśmy robiony ręcznie makaron albo leniwe, albo kopytka. I kartofle. Rząd, zgodnie z zapowiedzią Urbana, „wyżywiał się" lepszymi frykasami.

 Na 24 grudnia zaplanowany był ślub mojego brata. Dziwny był to ślub i wesele. Każdy z przybyłych weselników musiał mieć przepustkę, bo obowiązywała godzina milicyjna. Nikomu nie chciało się specjalnie weselić, ale robiliśmy dobre miny ze względu na Młodą Parę. Upić też się nie można było, bo ze względu na stan wojenny ograniczono sprzedaż alkoholu nawet na zaświadczenie o weselu. Robert pracował w Pogotowiu Ratunkowym i był coraz bardziej załamany. W końcu w marcu rzucił pracę po tym, jak patrol wojskowy na rogatkach miasta nie wypuścił ich karetki „R" do mieszkającego dwa kilometry dalej pacjenta z zawałem.

 Nikt nie policzył nigdy tych osób - dużych i małych, które nie otrzymały wówczas pomocy. Nikt nie zastanowił się nad statystykami śmierci niemowląt, zamarzających w szpitalnych inkubatorach z powodu codziennych wyłączeń prądu. Nikt nie wspomina o śmiertelnych infekcjach w szpitalach, w których nie działały, wskutek braku prądu pompy wodociągowe, a światło gasło na sali operacyjnej bez ostrzeżenia. Niepoliczone są ofiary stanu wojennego.

Zima rozszalała się sroga. Mówiło się, że to zima stulecia. Wszystko się przeciw nam sprzysięgło. Nawet przyroda. Wtedy też zachorowało moje dziecko. Zapalenie krtani. Chłopak dusił się i natychmiastowa pomoc była z minuty na minutę niezbędna. Udało mi się zamówić lekarza do domu. Po czterech godzinach czekania przyjechał wojskowym gazikiem doktor Wróbel - lekarz wielkiego serca, który leczył niegdyś moich braci. Doktor Wróbel potwierdził moją diagnozę, ale nic nie mógł zrobić. Po antybiotyk musiałam iść sama. Była 12 w nocy. Do jedynej otwartej apteki w centrum miasta miałam przynajmniej osiem kilometrów. Oblodzone drogi i patrole, które mają prawo strzelać. Popatrzyłam na niego z przerażeniem, a on powiedział, nie patrząc mi w oczy, że stan wojenny stanem wojennym, ale ludzkie życie wciąż jest wartością najwyższą. Pytanie tylko dla kogo, dodałam.

 Do apteki biegłam środkiem ulicy w nadziei, że zatrzymam jakiś patrol i może mnie nawet kawałek podrzucą. Biegłam z powrotem modląc się, żeby dziecko przeżyło. Był to mój największy maraton. Tym trudniejszy, że powrotna droga wznosiła się dosyć mocno. Patrole zjeżdżały na bok. Żaden się nie zatrzymał, choć machałam rękoma.

 Kilka tygodni później przyszło pismo, wzywające mnie do powrotu do pracy. To znaczy miałam przybyć na tak zwaną weryfikację. Przybyłam. Wzięłam ze sobą druty i włóczkę i czekając z kolegami na wezwanie przed wysoką komisję, robiłam na drutach szalik. Skupianie się na ściegu oszczędziło mi nerwów, które były udziałem wszystkich pozostałych.

W komisji siedzieli nasi dwaj dyrektorzy: Urbanek i Klimek oraz szef miejscowego urzędu cenzury ryży Favre i jeszcze jakiś supertajny esbek z miną śniętej ryby, którego widywałam w gabinecie naczelnego już kilkakrotnie w ciągu ostatniego roku. Zapytali mnie przebiegle czy mam zamiar być wierna linii dyrekcji rozgłośni, linii przywódców państwowych (Orła WRONA nie pokona!) i przestrzegać dekretów. Na co odrzekłam, że przecież moim obowiązkiem jest służenie polskiej demokratycznej racji stanu, bo jestem przecież w służbie społecznej w imię egzystencji niezawisłego państwa polskiego, ściśle określonej konstytucją. Czy konstytucja została zniesiona, proszę pana? Pozostaje mi wierzyć, że zarówno dyrekcja, jak i decydenci rozumieją swoją służbę dla społeczeństwa w ten sam sposób. A jeżeli w ten sam sposób, to znaczy, że jesteśmy zgodni co do meritum. A jeżeli pan, panie redaktorze naczelny, pojmuje swoją misję inaczej, to proszę mi wytłumaczyć, jak Pan ją pojmuje? Chciałabym dowiedzieć się, czy istnieje różnica pomiędzy pojmowaniem naszej pracy przez pana i przeze mnie i na czym ona polega?
    
Komisja nie miała do mnie więcej pytań i naczelny nie pragnął mi niczego tłumaczyć. Zostałam odwieszona. Niestety, na czas krótki.


6.12.2011

Szaleństwo włosko-niemieckie: Bugatti L'Or Blanc


To lubię! Luksusowe szaleństwo najwyższego stopnia w czasach kryzysowego dołowania! Hopla, jeszcze żyjemy!
I kto by się spodziewał? Włosi? Wiadomo! Ale Niemcy? Tymczasem ten cud powstał dzięki zjednoczonym siłom włosko-niemieckim i to w zupełnie odwrotnej kolejności ról, aniżelibyśmy myśleli: oto włoska myśl inżynierska i niemiecki design. Politycy się kłócą, a fachowcy współpracują. 

Fani wiedzą już od listopada, kiedy go odsłonięto, niektórzy od lipca tego roku, kiedy go ukończono – Mesdames et messieurs – et voilà! Bugatti L’Or Blanc – Bugatti Białe Złoto! Dzieło sztuki, które rozwija szybkość ponad 400 km/h zaprojektowane na bazie legendarnego modelu Veyron przez projektanta firmy Bugatti Achima Anscheidta. Cała karoseria, także częściowo w środku, wykonana jest z PORCELANY przez berlińską firmę z najlepszymi tradycjami KPM (Königliche Porzellan-Manufaktur Berlin). I to właśnie krucha porcelana nazywana od początku (kto wie, dlaczego?) Białym Złotem i jej nowe właściwości stanowią to coś cudownego, co zachwyca.

Fachowcy z KPM w Berlinie przeszli samych siebie. Choćby tylko dlatego, że porcelana traci w trakcie jej wypalania ok. 20% masy. Podczas wypalania poszczególnych precyzyjnych elementów trzeba było ten fakt uwzględnić. Za którym razem się udało? Tego twórcy nie zdradzają. Zastosowanie porcelany zaplanował i przeprowadził rzeźbiarz Rembrandt Bugatti oraz jego brat Ettore, który współpracował przy stworzeniu zachwycającej maskotki pochodzącej z modelu Bugatti Royal – stojącego na jednej nodze słonia z podniesioną trąbą, który został wmontowany na porcelanowej tablicy oddzielającej oba białe skórzane fotele. Nigdzie nie spotkałam informacji, ile to cudo waży....
Cena? 1,65 miliona euro. Drobiazg! Dla chcącego nic trudnego! Tym bardziej w czasach kryzysu i inflacji!
Popatrzeć można za darmo.



4.12.2011

Zapomnieni dawno, wyrośniem kwiatami





Wszystko jest bez sensu,
Wszystko pogmatwane,
Jak te winorośle,
Gąszcze cmentarniane.

1.12.2011

Charles Craftword napisał Sikorskiemu berlińskie wystąpienie?



Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć samemu. Wystarczy pobrać ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych zamieszczone tam wytąpienie pana ministra Sikorskiego, co radzę natychmiast uczynić, bo zapewne zaraz zniknie:


Proszę otworzyć dokument, następnie kliknąć nań prawym klawiszem, następnie kliknąć na "Properties" (Właściwości) i przyjrzeć się uważnie. Widzicie Państwo to samo, co ja? Prawidłowo sporządzony dokument w dziale „Properties“ posiada tytuł oraz autora. Mowa Radosława Sikorskiego została zatytułowana „More Europe“, a jako autor figuruje Charles Crawford. Kim jest spin-doktor Sikorskiego?
Jak sam podaje w biograficznym wpisie na Wikipedii , jest to były ambasador wielkiej Brytanii w Polsce (do 2007 roku), przedtem dwukrotny ambasador w Belgradzie, a jeszcze przedtem zawodowy pisarz przemówień na służbie Jej Królewskiej Mości. Przede wszystkim najogólniej mówiąc – jest to wesoły chłopak, który dobry dowcip ceni sobie nade wszystko. I tak – wedle własnych słów-wsławił się tym, że w Belgradzie przybył na pewne przyjęcie biznesowe w towarzystwie dwóch kangurów, które wypożyczył z miejscowego ZOO, jak ten hollywoodzki dobry szeryf ściągał podobno na siebie lokalne gromy walcząc zawzięcie w Belgradzie, Sarajewie i Podgoricy z zorganizowaną przestępczością, a jego największe dyplomatyczne osiągnięcie, to zaproszenie do swojej rezydencji sporej grupy brytyjskich kiboli, którzy przyjechali na mecz Newcastle United – Partisan Belgrad, a którym miejscowa policja zabroniła (nie bez kozery) opuszczać hotel.
Charles Crawford po swoim przejsciu na emeryturę w r. 2007 dorabia sobie jako konsultant i spin-doktor (m.in. całego rządu Malty)w dziedzinie dyplomacji

Sprawa autorstwa berlińskiego wystąpienia Radosława Sikorskiego wzbudziła spore zainteresowanie zachodnich mediów. Charles Crawford zapytany wprost, odpowiedział na Twiterze zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji:

Did I write Radek Sikorski's awesome Berlin speech?!? No. He
did. 
http://t.co/E5f4N6MF

Czy to ja pisałem wspaniałe przemówienie Radka Sikorskiego w Berlinie? Nie.
To on pisał.

No doubts. I dlatego zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki dyplomacji wierzymy tylko informacjom zdementowanym.
I jeszcze zupełnie nieistotny drobiazg na koniec.
Obowiązkiem niemieckich polityków jest używanie w publicznych wystąpieniach macierzystego języka. Nie chodzi tu nawet o szacunek do własnego języka, ale przede wszystkim o polityczną odpowiedzialność urzędników państwowych, którzy w pierwszej kolejności mają powinności wobec własnego narodu. Mało kto w tych sferach tak doskonale włada obcym językiem, aby nie zaistniało niebezpieczeństwo błędnego jego użycia. A wtedy trudno się wyłgać. Jeśli natomiast coś we własnym języku powiedziane jest niezbyt zgrabnie, idzie to zawsze na konto tłumaczy.
Podobny obowiązek mają politycy francuscy, brytyjscy, amerykańscy, rosyjscy i... długo by jeszcze wyliczać. Mowa Radosława Sikorskiego wygłoszona została po...angielsku. Jakie są rządowe przepisy w tym względzie? To nie jest sprawa protokołu dyplomatycznego. Polski Minister Spraw Zagranicznych jest - zdaje się - wciąż jeszcze na służbie narodu polskiego. Pensję płacą mu polscy podatnicy. Czy ktoś płaci mu więcej?




22.11.2011

Sasin- Święta Krowa III RP?- korespondencja z prokuraturą


W dniu 9 września wysłałam do prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa
z art. 128 k.k.§ 1 i 2 oraz z art. 231 §1 (nadużycie władzy) przez ministra Jacka Sasina w Smoleńsku w dniu 10 kwietnia 2010 r. (do przeczytania tutaj)
Sprawa została przekazana do rozpatrzenia do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście. Nieznany z imienia i nazwiska prokurator przysłał mi poniższą  odpowiedz, na która wystosowałam cytowane jeszcze niżej zażalenie.

Zawiadomienie
o odmowie wszczęcia śledztwa

Sekretariat Prokuratury zawiadamia Panią, jako osobę, która złożyła zawiadomienie o przestępstwie, ze postanowieniem Prokuratora Rejonowego Warszawa Śródmieście w warszawie z dnia 31 października 2011 pod sygnatura akt 1 Ds 1004/11 MG
ODMÓWIONO WSZCZĘCIA ŚLEDZTWA
w sprawie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia  obowiązków przez ministra w kancelarii Prezydenta RP Jacka Sasina, poprzez podanie do publicznej wiadomości w dniu 10 kwietnia 2010 roku, po niedługim okresie czasu po ujawnieniu katastrofy samolotu TU-154M, informacji o śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii Kaczyńskiej., tj. O czyn z art. 128 § 1 kk.

Referent Prokuratury Rejonowej
Sylwia Tuszyńska


Prokuratura Rejonowa Warszawa Srodmiescie
Krucza 38/2
00 512 Warszawa
Faxem nr.004822 6213857


Zażalenie
na decyzje odmowy wszczęcia śledztwa
 z dn.31 października 2011, sygn. Akt 1 Ds 1004/11/MG


Wielce Szanowny Panie Prokuratorze (nazwisko niestety nieznane),
Pańska decyzja o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie tak ewidentnie burzącej poczucie prawa u każdego dorosłego, dojrzałego i pozostającego przy zdrowych zmysłach człowieka jest kompletnie niezrozumiała.
Faktem jest, ze na wiele godzin przed odnalezieniem ciała śp. Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego (sic!) oraz na kilkadziesiąt godzin (sic!) przed odnalezieniem ciała śp. Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej pan Jacek Sasin dysponował wiedza o śmierci Pierwszej Pary Rzeczypospolitej.

Jak do tej wiedzy doszedł i wskutek jakich czynności medycznych ustalił fakt zgonu Pary Prezydenckiej, o czym powiadomił osobiście i przy świadkach opinie publiczna – pozostaje jego ponura tajemnica.

Odmowa wszczęcia śledztwa w tej sprawie każe wątpić o tym, ze Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa i leży w Europie.
Pańska decyzja niweczy wysiłki Pańskich kolegów – prokuratorów zajmujących się śledztwem w sprawie wypadków 10 kwietnia i jest równoważna z przyjęciem koncepcji zamachu z zamiarem likwidacji Głowy Państwa.

W związku z tym domagam się jej niezwłocznego i rzeczowego uzasadnienia.

Na wypadek odmowy przyjęcia tego zażalenia z jakichkolwiek powodów formalnych sygnalizuje już teraz, ze sprawę skieruje do instancji wyższej w celu skontrolowania zachowania norm unijnych.
Z poważaniem


19.11.2011

Nigel Farage- jedyny demokrata w Parlamencie Europejskim?


Źle się dzieje w Polsce, źle się dzieje w Grecji, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji, Belgii, w Niemczech, na Litwie, Łotwie i w państwie duńskim. W całej Europie źle się dzieje. Tymczasem w Parlamencie Europejskim, który liczy sobie 736 członków  zauważa to jeden jedyny człowiek – Nigel Farage z Wielkiej Brytanii.Inaczej niż  większość europoslow,  Nigel Farage traktuje swoja funkcje posła jako misje. Warto go posłuchać z uwagą. Znany jest on wielu Polakom. Łatwo znaleźć jego wystąpienia, nawet z polskimi tłumaczeniami na YouTube.
Poniżej zamieszczam dwie i pół minuty jego  wystąpienia z 16 listopada włącznie z polskim tlumaczeniem. Mam nadzieje, ze  czytelnicy będą w stanie docenić zawartosc tego nabrzmiałego trescia wystąpienia, w którym odbija się najlepsza tradycja brytyjskiego parlamentaryzmu oraz głos obywatelski zatroskanego Europejczyka. 
  
Uploaded by europarl on Nov 16, 2011
• European Parliament, Strasbourg, 16 November 2011
• Speaker: Nigel Farage MEP, UKIP, Co-President of the EFD Group in the European Parliament (Europe of Freedom and Democracy) 
• Debate: EU Economic Governance - Statements by the Presidents of the European Council (Herman Van Rompuy), the Commission (José Manuel Barroso) and the Eurogroup (Jean-Claude Juncker) - [2011/2902(RSP)]:
........................................................................
Transcript (EN) Tlumaczenie (PL):

"Here we are on the edge of a financial and social disaster and in the room today we have the four men [going by name of Rompuy, Barroso, Juncker, Rehn] who are supposed to be responsible. And yet we have listened to the dullest, most technocratic speeches I've ever heard. 
Znaleźliśmy się na skraju finansowej i społecznej zapaści. Tu, w tej sali mamy dziś czerech mężów [nazwiska to Rompuy, Barroso, Juncker, Rehn], którzy mieli być odpowiedzialni. Tymczasem słuchaliśmy ciemniackich, najbardziej technokratycznych mów, jakie znam.
You are all in denial [of responsibility]. By any objective measure the Euro is a failure. And who is actually responsible, who is in charge out of your lot? Well, of course the answer is "none of you" - because none of you have been elected; none of you actually have any democratic legitimacy for the rôles that you currently hold within this crisis. 
Wy się wszyscy wypieracie [odpowiedzialności]. Według wszelkich obiektywnych miar, Euro jest kompletną klęską. Kto właściwie jest za to odpowiedzialny, kto z was tu rzadzi? Odpowiedź brzmi - nikt z was, ponieważ żaden z was nie został nigdy wybrany ; żaden z was nie otrzymał jakiejkolwiek demokratycznej legitymacji dla funkcji, jakie aktualnie pełni w tym kryzysie. 
And into this vacuum, albeit reluctantly, has stepped Angela Merkel. And we are now living, we are now living, in a German-dominated Europe -- something, that the European Project was actually supposed to stop! Something that those who went before us actually paid a heavy price in blood to prevent. I don't want to live in a German-dominated Europe, and nor do the Citizens of Europe. 
W te próżnię, choć  niechętnie, weszła Angela Merkel. I tak oto żyjemy w Europie zdominowanej przez Niemców - czyli w układzie, któremu ów europejski projekt miał ZAPOBIEC. Aby układ taki wykluczyć, nasi przodkowie zapłacili najwyższą cenę przelanej krwi. Nie chcę żyć w Europie zdominowanej przez Niemcy. Ani ja, ani obywatele Europy - my nie chcemy żyć pod dominacją niemiecką. 
But you guys have played a rôle, because when Mr Papandreou got up and used the word 'referendum' - oh Mr Rehn, you described it as 'a breach of confidence'. And your friends here got together like a pack of hyenas, rounded on Papandreou, had him removed, and replaced by a puppet government. What an absolutely disgusting spectacle that was!
Tutaj wy, ziomale, daliście popis. Gdy tylko pan Papandreou wstał i wypowiedział słowo "referendum', to pan, panie Rehn, nazwał to "złamaniem zaufania". Wtedy pan i pańscy kumple rzuciliście się jak stado hien na Papandreou, otoczyliście go, usunęliście go i zastąpiliście go jakimś marionetkowym rządem. Cóż to był za obrzydliwy spektakl! 
And not satisfied with that, you decided that Berlesconi had to go. So he was removed and replaced by Mr Monti, a former European Commissioner, a fellow architect of this Euro disaster and a man who wasn't even a Member of the Parliament. 
Tego było wam jeszcze mało, więc zdecydowaliście, ze Berlusconi musi odejść. Został więc usunięty i zastąpiony panem Monti, byłym komisarzem europejskim, współarchitektem klęski Euro, człowiekiem, który nie był nawet członkiem parlamentu. 
It's getting like an Agatha Christie novel, where we're trying to work out who is the next person that's going to be bumped off. The difference is, we know who the villains are. You should all be held accountable for what you've done! You should all be fired! 
Rozwija się to jak akcja w powieści Agathy Christie, gdzie zgadujemy, kto następny dostanie w łeb. Z ta różnicą, ze my wiemy, kto jest przestępcą. Wy wszyscy powinniście odpowiedzieć za to, co narobiliście! Powinniście wszyscy zostać wywaleni!
I have to say, Mr Van Rompuy, 18 months ago when we first met, I was wrong about you. I said you would be the quiet assassin of nation states' democracy. But not anymore. You are rather noisy about it, aren't you? You, an unelected man, went to Italy and said: 'This is not the time for elections, but the time for actions'. What, in God's name, gives you the right to say THAT to the Italian people?!
Muszę cos powiedzieć panu, panie Van Rompuy. Półtora roku temu, kiedy spotkaliśmy sie po raz pierwszy, pomyliłem sie co do pana. Mówiłem wtedy, że będzie pan cichym zabójcą demokracji państw narodowych. Już tak nie uważam. Pan robi wokół tego kupę hałasu - pan, niewybrany uzurpator jedzie do Włoch, i oświadcza: "nie pora na wybory, pora na akcję". Co takiego, na Boga, daje panu prawo do wydawania takich nakazów Włochom?
 Leszkowi K. skladam wielkie dzieki za pomoc w opracowaniu transkrypcji i tlumaczenia. 

9.11.2011

Jak obalaliśmy berliński Mur


Oficjalnie Berliński Mur „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989 roku po 28 latach istnienia,

Ósmego sierpnia 1988 roku wjechaliśmy do Berlina, o którym wiadomo było, że jest podzielony na sektory amerykański, brytyjski i francuski i poza tym stoi w nim wschodnioberliński Mur. Za nim znajduje się sektor sowiecki czyli Berlin Wschodni. W polskich gazetach nie było nigdy zdjęcia Muru, więc trudno było go sobie wyobrazić. Szczerze mówiąc, nie było takiej potrzeby.Wschodni Berlin nas nie interesował, nawet wręcz przeciwnie…Jak śpiewał kiedyś Leonard Cohen: „first we’ll take Manhattan, then we’ll take Berlin...” Westberlin, oczywiście.

1.
Najpierw była była jednak stacja Ostbahnhof, gdzie wysiedli podróżni udający się do NRD. Pociąg musiał na niej swoje odstać, choć według rozkładu jazdy przystanek miał tam trwać kwadrans. Trwał jednak około dwóch godzin, które ciągnęły się niemiłosiernie. Do wagonu wdarli sie umundurowani osobnicy płci obojga z formacji Bahnhofpolizei – policji dworcowej i zaczęli gwałtowne przeszukiwanie. Opukiwali, oświetlali latarkami wszystko: przedziały, ściany, sufity, podłogi. Wprawnymi ruchami rozbierali wagon na części pierwsze, zaglądali pod ławki, zdejmowali tapicerkę. Robotnicy kolejowi na zewnątrz opukiwali cały skład, sprawdzali podwozia. Wszystko to w umiarkowanym pośpiechu, z lekkimi pokrzykiwaniami. Nawet mysz nie miała prawa z własnej woli opuścić Niemiecką Republikę Demokratyczną – jedyną słuszną ojczyznę niemieckiej klasy robotniczej, żołnierzy i sportowców. Wreszcie pociąg drgnął i zaczął przesuwać się jak żelazny wielki ślimak wzdłuż szarej ściany, która wydawała się nie mieć końca, ani nie było widać jej górnej krawędzi. W ciemności oświetlało ją z góry brunatno-czerwone światło niewidzialnych reflektorów. Po kwadransie takiej jazdy zapytałam naszą młodą współpasażerkę, która wracała z wakacji u polskiej babci, co to takiego ta ściana. „Dimała” –odpowiedziała znudzonym tonem szesnastolatka. „Co to jest ta dimała?” – borowałam jej dziurę w brzuchu. „Dimała to jest die Mauer” odpowiedziala pół po polsku, pół po niemiecku. Nie miała w głowie polskiego odpowiednika tego slowa. Domyśliłam się go sama.
Tak właśnie otoczono Berlin Zachodni murem. Po stronie północnej, zachodniej i południowej za murem były laski i pola Brandenburgii, po stronie wschodniej Wschodni Berlin z czarnymi oczodołami pustych budynków w strefie "ochronnej". 
2.
Chris Gueffroy – młody przystojny chłopak z jasnymi lokami i błękitnymi oczami, kelner z zawodu, głównie zawodnik wschodnioberlińskiej drużyny „Dynamo”, nad którą miała swoją kuratelę niemiecka SB-cja czyli StaSi przeszedł do historii, jako ostatnia ofiara Muru. Mur pochłonął oficjalnie 136 ludzkich istnień, w większości młodych mężczyzn pomiędzy 18 i 30 rokiem życia. Jednak tak naprawdę liczba ofiar Muru, nieznanych z imienia i nazwiska jest o wiele dłuższa, bowiem osoby te zostały zastrzelone po stronie NRD-owskiej na wewnętrznym pasie granicznym. Nie zostają do liczby 136 wliczone równieżci, którzy wskutek nieudanej próby ucieczki popełnili samobójstwo.
Najmłodsza ofiara Muru to 15-miesięczny Holger H., który udusił się w bagażniku auta, w którym szmuglowali go rodzice. Najstarsza ofiara Muru, 80-letnia Olga Segler we wrześniu 1961 nieszczęśliwie skoczyła z drugiego piętra swojego mieszkania na zachodnią stronę i zmarła wskutek odniesionych obrażeń. Przedostatnia ofiara, Winfried Freudenberg, w dniu 8 marca 1989 r. dokonał spektakularnej ucieczki balonem do Berlina Zachodniego, jednak nie udało mu się szczęśliwie wylądować.

Muzeum Muru znane powszechnie jako Checkpoint Charlie (tuz za budynkiem znajdowało się przejście graniczne, przez które z pomocą przepustek trwał ruch dla Niemców i obcych) zebrało najpełniejszą, nawet dziś budzącą często gęsią skórkę dokumentację w tym zakresie i niewątpliwie warte jest odwiedzin.

3.
Mieszkaliśmy w odlegości 300 metrów od Muru w dzielnicy Neuköln w miejscu, które widać na filmie, który cieszył się w Polsce niemałym powodzeniem, bo był bardzo śmieszny: „Goodbye Lenin”. My mieszkalismy po zachodniej stronie Sonnenallee – Alei Słońca. Inaczej niż w filmie, nic tam nie było do śmiechu.Świadomosczony czyli strefy Muru była dojmująca. Czasem w biały dzien dawały się słyszeć suche wystrzały i wtedy spożywane akurat spaghetti bolognese stawało w gardle i nie dawało się połknąć. To strzelali nudzący się na platformach obserwacyjnych żołnierze NRD. Podobno strzelali tylko tak sobie, w powietrze. W końcu każdy żołnierz musi sobie trochę postrzelać. Może mieli określoną ilość naboi do wystrzelania? Mówiło się jednak, że celują czasem do ludzi po zachodniej stronie, dlatego tureckie matki (mieszkania w pobliżu Muru były najtańsze) nie pozwalały dzieciom bawić się na chodnikach na oczach uzbrojonych znudzonych żołnierzy NRD-owskich.
Nie mogliśmy jednak słyszeć strzałów, jakie oddano do 22-letniego Chrisa Gueffroya 5 lutego 1989, bo stało się to jakieś 2 kilometry od naszego miejsca zamieszkania. Chris, młody przystojny kelner z zawodu, a głównie zawodnik „Dynamo” został źle poinformowany. Zaprzyjaźniony oficer StaSi powiedział mu, że odwołano rozkaz strzelania do osób przekraczających Mur, dlatego Chris zdecydował się z kolegą na ucieczkę do wolnego świata i zginął. Strzelało do niego czterech żołnierzy, którzy dwa lata później, w świecie, którego się nie spodziewali, stanęli za to przed sądem. W trakcie przewodu okazało się, że morderca dostał 150 marek (wschodnich) premii. Odsiadkę w areszcie przygotowawczym zaliczono mu na poczet niewielkiej kary, jaką go symbolicznie ukarano. W końcu wykonywał tylko rozkazy. W Niemczech rozkaz to rozkaz.
Po Chrisie został biały symboliczny krzyż, jakimi pewne zachodnioberlińskie stowarzyszenie upamietniało ofiary Muru, ku wielkiemu niezadowoleniu władz Zachodniego Berlina oraz pamięć obolałej matki. Szkoda, że nie poczekał jeszcze pół roku. Z po-okrągłostołowej Warszawy wiał wiatr niosący rewolucyjny nastrój zadekretowanej na Kremlu „pierestrojki”, który kazał dotąd w swojej masie posłusznym i praworządnym obywatelom NRD w lecie masowo wyjeżdżać na „wczasy” do Warszawy, a potem Budapesztu i Pragi i tam kempingować w ambasadach zachodniej bratniej republiki.
4.
Kto nie widział, ten nie potrafi sobie wyobrazić, jak wygladał berliński Mur. Najlepiej znane jego zdjęcia pochodzą z tzw. East Side Gallery. Jest to 1316-metrowy kawałek Muru latem 1990 roku, a więc wtedy, kiedy dawno zniknęli już uzbrojeni żołnierze, zamalowany przez 102 artystów z wielu krajów podczas wspólnego workshopu. Najchętniej fotografowany kawałek to obraz całujących się w usta towarzyszy kom-partii Breżniewa i Honeckera. Fresk nosi tytuł: „ Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelną miłość”, a jego autorem jest Dmitri Wrubel. Jednak sam mur był szary i zbudowany z solidnego betonu. Jedyną jego dekoracją był drut kolczasty na zwieńczeniu. A i on jednak widoczny był tylko od wewnętrznej strony.

5.
Już latem 1945 r. częściowo za pomocą żółto-białych drewnianych słupów albo blaszanych tablic wytyczono linie demarkacyjne pomiędzy strefami okupacyjnymi w Berlinie.Dla rolników i pieszych wprowadzono mały ruch przygraniczny za okazaniem specjalnych przepustek. Na rozkaz sowieckiej administracji wojskowej (SMAD) w sowieckiej zonie wprowadzono uzbrojoną policję graniczną, która podjeła służbę od 1 grudnia 1946 roku z rozkazem strzelania do wszystkiego, co się na granicy może poruszać. Podróżujący pomiędzy sowiecką i zachodnimi strefami okupacyjnymi musieli przedstawić stosowne przepustki. W lasach dokoła otaczających zachodnie strefy okupacyjne Berlina Sowieci kazali oznaczyć granicę za pomocą drutów kolczastych i zasieków. Pierwsze strażnice graniczne powstały również po wschodniej stronie Berlina – nie tylko w lasach i na polach, ale przede wszystkim na ulicach.
Ustanowienie NRD w 1949 r. spowodowało paniczne i często filmowo spektakularne ucieczki mieszkańców nowego państwa do zachodnich Niemiec. Fakt ten zmobilizował komunistyczne władze do obwarowania granic dookoła Berlina Zachodniego płotami, zasiekami, instalacjami alarmowymi i wieżami strzelniczo-obserwacyjnymi i to od razu w podwójnej ilości. Utworzono bowiem pięciokilometrowej szerokości specjalny pas graniczny, a potem jeszcze 500-metrowy „pas ochronny“ tuż przed samą granicą, a wreszcie pomiędzy dwoma „nitkami“ granicy 10-metrową „szosę“, kontrolowaną nieustannie przez wojskowe jeepy.
Obywatele nowej krainy reglamentowanej według sowieckich wzorów powszechnej szczęśliwości stali się jej więźniami.
Tylko w samym mieście zastanawiano się, jak wybrnąć z problemu ryglowania granic. Nie był on prosty, bo obie części miasta – wschodnia i zachodnia – znajdowały się dosłownie w ślepej uliczce – transport miejski i kolejowy krzyżował się bowiem niezależnie od ideologii i z tego powodu potrzebny był konsensus . Dlatego ponad 40-kilometrowa granica miedy zachodnimi sektorami, a strefą sowiecką pozostawała jeszcze jakiś czas bez zdecydowanej kontroli. Szacuje się, że od roku 1945 do sierpnia 1961 uciekło ze strefy sowieckiej przez nieszczelne granice ponad 3,5 miliona obywateli niemieckich. Poza tym dla Polaków i Czechów Berlin Zachodni był także bramą na zachód. Około 50.000 wschodnich berlińczyków pracowało w latach pięćdziesiątych w Berlinie Zachodnim jako tzw. „pogranicznicy“. Wobec różnicy siły nabywczej marki wschodniej i zachodniej był to wymarzony job. Takiej niesprawiedliwosci nie mogly jednak tolerowac komunistyczne wladze wschodniego Berlina dłużej. Od 4 sierpnia 1961 „pogranicznicy“ zostali odpowiednim ukazem magistratu zmuszeni do płacenia za mieszkania w twardej walucie. Jednocześnie nasiliły się kontrole Volkspolizei czy „policji ludowej“ na ulicach wschodniego Berlina prowadzących na zachód. Podejrzani byli wszyscy, których można było posądzić o chęć ucieczki albo o szmugiel. A ten był koniecznością życiową. Przy kursie obu walut 1:4 i chronicznym braku produktów przemysłowych przy jednocześnie tanich środkach żywnościowych „socjalistyczna ojczyzna robotników i chłopów“ postanowiła zaryglować ostatnie bramy prowadzące na zachód.

Mimo utrzymywania tego planu w tajemnicy nie stanowiło to dla nikogo tajemnicy. Zaskoczeniem dla aliantów była jednak błyskawiczna realizacja powziętego postanowienia o wprowadzeniu „drastycznych kroków”, jak się to w politycznej nowomowie nazywało. W dniu 7 sierpnia 1961 obradujacy w Paryżu ministrowie spraw zagranicznych trzech sił alianckich okupujących Berlin wraz z ministrem SZ Bundesrepubliki uzgodnili wspólną reakcję na spodziewane działania rządu stalinowca Waltera Ulbrichta.
W raporcie niemieckiej agencji wywiadowczej BND z dnia 9 sierpnia, tuż po wizycie Ulbrichta u Chruszczowa na Kremlu w dniach 3-5 sierpnia znalazła się następująca informacja:„Według otrzymanych meldunków reżym wschodnioniemiecki stara się uzyskać w Moskwie zezwolenie na zastosowanie skutecznych blokad, szczególnie 
Zamknięcia granic do sektorów i przerwanie ruchu metra i kolei nadziemnej.”

Już 7 sierpnia 1961 Chruszczow w przemówieniu radiowym zakomunikował wzmocnienie sowieckich wojsk na granicy niemiecko-niemieckiej i powołanie dodatkowych rezerwistów. W sobotę 12 sierpnia niemiecka służba BND otrzymała z poufnego źródła informację, że wobec wciąż rosnącego strumienia uciekinierów w najbliższych dniach nastąpi ostateczne zamknięcie wszelkich dostępnych przejść na Zachód.
Tej samej nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 na rozkaz Ericha Honeckera żołnierze NVA, do tego 5000 członków wschodnioniemickiego WOPu, 5000 członków policji ludowej – zarówno oddziałów ochotniczych, jak i skorzarowanych i do tego 4500 członków tzw. oddziałów obrony fabryk (Betriebskampfgruppen) wysłano na ulice i tory kolejowe, aby zagrodzić wszelkie możliwe drogi ucieczki. Przerwano także trakcje tramwajowe i trakcje metra, w tym także naziemnego (S-Bahn). Zachodnioberlińskie pociągi metra od 13 sierpnia 1961 miały odtąd przez najbliższe 29 lat przejeżdżać przez wschodnioberlińskie, księżpcowo puste stacje bez zatrzymywania się na nich. Jeździe tej towarzyszyło za każdym razem nieprzyjemne uczucie.Kto tego nie przeżył – nie wie, o czym mówię.

6.
W propagandzie NRD-owskiej Mur miał stanowić antyfaszystowską ochronę przed „wywędrowaniem, szpiegostwem, sabotażem, szmuglem, wyprzedażą i agresją z zachodu“. Działania te były skierowane przeciwko własnym obywatelom i jak to pokazano w procesie pokazowym przeciwko Gottfriedowi Strympe w 1962 roku – mogły kończyć się mordem w majestacie prawa.
Według legendy Mur miał być rzekomo wzniesiony w ciągu 24 godzin. Prawda wylądała inaczej. Przede wszystkim wyznaczono granice. Dopiero potem spektakularnie zabrano się za wznoszenie betonowego muru, ale przede wszystkim w najbliższych dniach i tygodniach zabrano się w w wyznaczonym „pasie ochronnym“ za usuwanie mieszkańców z nadgranicznych domów, zamurowywanie klatek schodowych i okien. To z tych dni pochodzą dramatyczne zdjęcia ludzi skaczących z okien na drugą, zachodnią stronę, zjeżdżających po związanych prześcieradłach czy przeskakujących zasieki.
Przez najbliższe dwa tygodnie zdezerterowało w ten sposób co najmniej 85 żołnierzy i oficerów z oddziałów doglądających budowę Muru i zanotowano 216 udanych ucieczek ponad 400 osób.
Kanclerz Konrad Adenauer nawoływał przez radio do zachowania spokoju, tak, jakby obywatele Bundesrepubliki mieli zamiar chwycić za broń w obronie ogrodzonego murem i zasiekami Berlina Zachodniego. Jego ówczesny burmistrz – przyszły kanclerz Willy Brandt złożył u komenndantów poszczeglnyhc sektorów protest, co jednak nie wywołało żadnej reakcji. Cztery dni później przed ratuszem Schöneberg, gdzie urzędował Willy Brandt doszło do demonstracji, w której wzięło udział ponad 300 tysięcy zamurowanych zachodnich berlińczyków. Dopiero 72 godzin później nota protestacyjna komendantów trzech alianckich sektorów Berlina dotarła na Kreml. Dramatyczna historia miasta podzielonego Murem zaczęła pisać nowe strony... „Niezbyt piękne rozwiązanie, ale tysiąc razy lepsze niż wojna“ – miał podobno stwierdzić prezydent USA – John F. Kennedy, który dwa lata później wystękał w Berlinie swój najbardziej znany i wielokroć powtarzany przez innych bon-mot: „Ich bin ein Berliner“ – Jestem berlińczykiem.
7.
Do bezpośredniej konfrontacji pomiędzy siłami amerykańskimi i sowieckimi doszło 27 października 1961 na przejściu zwanym Checkpoint Charlie na Friedrichstraße, gdzie stanęło naprzeciwko siebie z każdej strony 10 czołgów. Napięcie trwało niecałe 24 godziny i rozeszło się po kościach. Ważne jednak było przy tej okazji udowodnienie światu, że to nie NRD-owcy, lecz Sowieci byli panami we wschodnim Berlinie.
Od początku lat 1970-tych dzięki „polityce zbliżenia“ jaką uprawiał wobec Ericha Honeckera Willy Brandt granice pomiędzy obu częściami Berlina, jak i między RFN i NRD stały się nieco bardziej „przepuszczalne“ . Na początek dla tzw. osób nieproduktywnych, czyli rencistów, emerytów i dzieci. Potem przyszedł czas na artystów, pisarzy i muzyków, a za nimi na coraz większą ilość „przypadków wyjątkowych“. Dzięki temu wzrastała też liczba informantów i agentów NRD-owskiej Stasi po jednej stronie i nieco mniejsza liczba informatorów zachodnioniemieckiej BND.

8.
Jak wiadomo „dimała“ czyli Berliner Mauer „upadł“ w nocy z czwartku 9 listopada , na piątek 10 listopada 1989, po 28 latach istnienia.

Oficjalnie uważa się, że do otwarcia Muru przyczyniły się tzw. „poniedziałkowe“ demonstracje w Lipsku i Berlinie oraz trwające od wakacji letnich masowe ucieczki obywateli Wschodnich Niemiec do Warszawy, Budapesztu i Pragi. Od 11 września rząd Węgier otworzył granicę do Austrii.
W związku z tym rząd Honcekera przygotował projekt nowego prawa wyjazdowego, które zawierało pasaż o wizytach obywateli NRD w RFN. Projekt ten potwierdziło oficjalnie Biuro Polityczne SED w dniu 9 listopada. Prawo miało obowiązywać już od następnego dnia., co zostało ogłoszone na konferencji prasowej wieczorem o godz. 19.00.
Po kilku minutach informację podały wszytskie agencje informacyjne RFN oraz główne wydania dziennika telewizyjnego. Regulacja była ważna od zaraz. Trudno było wierzyć własnym uszom. Niektórzy jednak uwierzyli i udali się w kierunku przejść granicznych. I to zarówno ze strony zachodniej jak i wschodniej. Ci z zachodu przychodzili z butelkami szampana. Na przejściach natychmiast zjawiły się kamery telewizyjne i filmowały historyczne dziś zdjęcia oszalałych ze szczęścia ludzi. Pierwszy obywatel NRD został przepuszczony przez przejście na moście Bornholmskim o godz.21.20. Wobec naporu tłumu godzinę później odstąpiono w ogśle od sprawdzania i stemplowania paszportów.

Nie chciało się odchodzić od telewizora. Smak wolności nabrał smaku szampana. Piwo w knajpach dokoła przejść granicznych lało się strumieniami. I to za darmo dla obywateli NRD. Wystarczyło pokazać swój paszport.
9.
I choć Mur był w następnych tygodniach i miesiącach nadal tak samo był pilnowany, po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej zbierali się na nocne pikniki z szampanem młodzi ludzie. Z czasem zaczęli przystawiać drabiny i piknikowali siedząc okrakiem na Murze. Po kilku tygodniach zjawili się inni z młotkami i zaczęli wzorem dzięciołów wybijać w twardym betonie małe dziurki. Dziurki były z początku zaklejane od wschodniej strony, ale to powodowało jeszcze większą pracowitość “dzięciołów”. Tak więc dziurki powiększały się z każdym dniem. Na dowód tych akcji istnieje wiele zdjęć. Berlin nagle zaczął przyciągać wielu turystów. “Dzięciołowanie” na Murze stało się nagle ulubionym zajęciem młodzieży, w tym mojego nieletniego syna i turystów. Każdy chciał mieć swój udział w rozbijaniu Muru. Szary Mur nagle zaczął pokrywać się kolorowymi sprayami. Jeśli ktoś nie miał czasu lub ochoty na wybijanie z Muru pamiątkowego kawałka, mógł go obok za grosze kupić.
Trzymanie straży w tamtych dniach w tamtym miejscu było najgłupszym zajęciem świata. Nic dziwnego, że NRD-owscy strażnicy fotografowani wtedy w tamtym miejscu mają takie głupie miny.

10.
Pierwszego lipca 1990, w dniu, w którym nastąpiło ujednolicenie waluty niemieckiej w stosunku 1:1 (autorem tego pomysłu był obecny prezydent Niemiec Horst Köhler) odwołano także straże z linii granicznej między dwoma państwami. Mur stał się zwykłym zawalidrogą. Było to przedziwne uczucie, szczegślnie dla ludzi ze wschodu i to nie tylko Niemców. Należało koniecznie samemu przekonać się, czy prawdą jest to, co piszą gazety i o czym mówi telewizja. Tysiące berlińczyków, szczególnie ze wschodniego Berlina, zaczęło przybywać do straszących teraz dla odmiany pustymi wieżami byłych przejść granicznych, by podążać spacerowym krokiem z psem i wózkiem dziecięcym wzdłuż byłego „traktu śmierci“. Nagle zona stała się magnetycznie przyciągającym obszarem wolności.
Już kilka dni wcześniej zczęto na moście Bornholsmskim rozcinanie i rozbieranie Muru. Uczestniczyło w tym 300 NRD-owskich wopistów.
11.
Usuwanie Muru w samym tylko Berlinie trwało oficjalnie do końca listopada 1990 r. Rok później zniknęły jego ostatnie fragmenty także w Brandenburgii. Szczególnie interesująco pomalowane fragmenty sprzedano na aukcjach sztuki w Berlinie i Monte-Carlo i są dziś rozproszone po świecie. Jeden wielki fragment zdobi kwaterę główną CIA w Langley (Virginia), inny stoi w ogrodach Watykanu oraz w Domu Historii w Bonn lub tzw. Ogrodzie Angielskim w Monachium, w Muzeum Pokoju we francuskim Caen, w Normandii oraz w Imperial War Museum w Londynie. Kilka kawałków wykutych rękoma mojego syna stało też na mojej półce, lecz dzięki przewijającym się przez te lata przyjezdnym z Polski został tylko jeden, a i to nie największy kawałek.


12.
Likwidacja betonowego Muru przebiegała równolegle z likwidacją komuny w samym NRD. Likwidacją przynajmniej we wstępnej fazie pozorną, lecz na szczęście nieodwracalną. Był to proces zaskakujący nawet dla samych „likwidatorów“. Może kiedyś znajdzie swśj wyraz w literaturze lub filmie. Jak dotąd, mało jest artystycznych przetworzeń tantych czasów. Sztuka bowiem z jednej strony potrzebuje dystansu, a z drugiej strony dotąd w wielu głowach trwa gorzki ból tamtych czasów, lecz nie tak dotkliwy, by można było się zeń uwolnić.

13.
Właściciele terenów, na których zbudowano berliński Mur walczą nadal o odzyskanie swojej własności. Politycy, którzy mówią o NRD jako państwie bezprawia nie widzą nic złego w tym, że ziemie i nieruchości zagrabione niegdyś przez rząd Ulbrichta i Honeckera zostały w „naturalny“ sposób zajęte przez RFN. Sądy wszelkich instancji uznają, że zarówno budowa Muru, jak i strzały do ludzi, którzy usiłowali go sforsować były uzasadnione.Dotąd nie znalazł się sąd, który uznałby prawa dawnych właścicieli do przeciwko tym, którzy wydawali rozkazy strzelania do ludzi usiłujących go sforsować. Byli mieszkańcy NRD według sporządzanych regularnie ankiet z roku na rok coraz bardziej życzą sobie wzniesienia Muru raz jeszcze. Pod warunkiem jednak, że będą dysponować obecną walutą i mieć sklepy zapełnione towarami według dzisiejszych standardów. Stawianie Muru nie jest nawet w sensie czysto fizycznym potrzebne. Mur ma bowiem swoje trwałe miejsce w głowach wielu Niemców – zarówno po wschodniej, jak po zachodniej stronie. I to nawet tych, którzy urodzili się już po jego zburzeniu.