06.04.2017

Smoleńska zmowa milczenia 

Z Leszkiem Misiakiem, ekspertem w sprawie katastrofy

smoleńskiej i współautorem książki Musieli zginąć, rozmawia

dr Leszek Pietrzak, były analityk BBN. (Warszawska Gazeta; (31 marca 2017)


Powołując podkomisję do
zbadania od nowa przyczyn
katastrofy smoleńskiej na początku
2016 r. Antoni Macierewicz
powiedział: Mija sześć lat
od momentu, który nazwano
największą tragedią po drugiej
wojnie światowej. Była to
największa tragedia lotnicza
w dziejach lotnictwa światowego.
Dziś okazuje się, że wokół
tej największej tragedii
było krótkie ożywienie i znowu
zapanowała cisza. Czy to nie
dziwne?

To nie jest cisza, to zmowa milczenia.
Pomijam pojawiające się
deklaracje, że NATO powinno pomóc,
że będziemy walczyli o zwrot
wraku itd. Nikt nie pyta obecnej
władzy, dlaczego nie prowadzi
transparentnego śledztwa.
Nikt nie pyta Antoniego Macierewicza,
dlaczego podległe mu
służby, zwłaszcza Służba Kontrwywiadu
Wojskowego, od półtora
roku ukrywają kluczowe dowody
w sprawie katastrofy, m.in. zapis
monitoringu lotu Tu-154M 101, zapisy
depesz systemu ACARS, czyli
tzw. wirtualnej czarnej skrzynki,
zapisy radarowe lotów z 10 kwietnia
2010 r. Nikt nie upomina się
o bieżące informacje o przebiegu
i stanie śledztwa z prokuratury,
która także posiada zapisy radarowe,
wiedzę o ACARS, zdjęcia satelitarne,
otrzymane z USA. Nikt
nie żąda odpowiedzi, dlaczego
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
2 lutego 2010 r. a więc
przed katastrofą, uzyskała dostęp
do kontroli radarowej lotów z Okęcia
i lotów nad całą Polską, choć nie
ma w zakresie swoich ustawowych
obowiązków monitorowania przestrzeni
powietrznej. Zapanowała
jakaś dziwna zmowa milczenia.
Milczą również „niepokorni” dziennikarze,
którzy przed dojściem do
władzy PiS-u zarzucali administracji
Tuska ukrywanie informacji na
ten temat, a nawet kolaborację
z Rosją.
Może zastój w śledztwie, także
dziennikarskim, jest spowodowany
tym, że temat katastrofy
nie jest już gorącym tematem
debat politycznych.
Jeśli interes polityczny przesądza,
czy wyjaśnia się przyczyny takiej
tragedii, czy nie, wystawia to
straszne świadectwo politykom,
nie mówiąc o dziennikarzach.
W kwietniu i grudniu ub.r.
wskazaliśmy na łamach „Warszawskiej
Gazety”, co naszym
zdaniem powinna zrobić prokuratura,
czego dotąd nie
zrobiła, co ukrywa SKW i jakie
informacje powinien upublicznić
Antoni Macierewicz
oraz prowadząca to śledztwo
prokuratura. Nikt nie zakwestionował
tych bardzo poważnych
zarzutów i pytań i nikt się
do nich nie odniósł. Wciąż słyszymy,
że katastrofa powinna
zostać wyjaśniona. Jednak gdy
zadajemy konkretne pytania
w tej sprawie, napotykamy na
prawdziwy mur milczenia. Jak
to można wytłumaczyć?
– Dla tysięcy Polaków, którzy zapalali
po katastrofi e znicze pod Pałacem
Prezydenckim, jak również
dla tych, którzy śledzili te wydarzenia,
a teraz obserwują kolejne
smoleńskie miesięcznice oraz organizowane
w całej Polsce rocznicowe
marsze pamięci, jest to
całkowicie niezrozumiałe, a nawet
wręcz szokujące. Nie tak bowiem
wyobrażali sobie „dobrą zmianę”.
Byli przekonani, że po dojściu PiS-u
do władzy poznamy całą prawdę
na temat katastrofy w Smoleńsku,
gdyż tak obiecywano. A jednak po
prawie półtora roku rządów PiS-u
prawdy tej nie znamy.
Co Pana najbardziej dziwi
w działaniach służb obecnej
administracji państwowej
w aspekcie wyjaśniania
katastrofy?
Ukrywanie kluczowych dowodów.
Jednak najbardziej zdumiewa
mnie milczenie samego
Jarosława Kaczyńskiego, dopuszczanie
przez niego do całkowitego
zastoju w śledztwie smoleńskim
i nieinformowanie w tej sprawie
społeczeństwa. Sądzę, że bez przyzwolenia
Kaczyńskiego czy tolerowania
przez niego takiej sytuacji
nie mogłoby to mieć miejsca, i to
aż przez półtora roku. Zastanawiam
się, jakie racje spowodowały,
że człowiek, tak boleśnie został doświadczony
przez tragedię smoleńską,
w której, przypomnijmy,
stracił brata-bliźniaka, milczy?
Mam na myśli przede wszystkim
całkowity brak reakcji Kaczyńskiego
na ukrywanie dowodów,
jak również zaniechanie wielu
działań, jakie mogłyby zostać w tej
sprawie podjęte. Ten dystans Jarosława
Kaczyńskiego jest naprawdę
zdumiewający. Tak jakby poznał
już prawdę o katastrofi e smoleńskiej
i ta prawda na tyle go przeraziła,
że całkowicie zamknęła mu
usta. Jak straszna musiała być ta
prawda? Na pewno tą prawdą nie
było poznanie szczegółów, w jaki
sposób ludzie Putina dokonali zamachu
na polską delegację, lecącą
do Smoleńska. Bo wówczas mówiłby
o tym głośno na cały świat.
Tą prawdą nie były również związane
z katastrofa zaniechania i zaniedbania
ekipy Donalda Tuska. Bo
gdyby tak było, Jarosław Kaczyński
od razu obwieściłby to opinii
publicznej. Powstaje więc pytanie,
co tak naprawdę jest powodem
spuszczenia zasłony milczenia
nad Smoleńskiem? Dlaczego katastrofa
smoleńska stała się dzisiaj
dla PiS-u przysłowiowym „gorącym
kartofl em”?
Jarosław Kaczyński przez cały
czas jednoznacznie wypowiadał
się, że sprawa katastrofy
musi zostać wyjaśniona. W jednym
z wywiadów powiedział:
musimy bez żadnych wątpliwości
ustalić, czy doszło do zamachu.
W cywilizowanym świecie
nie było takiego wydarzenia,
jak likwidacja całego przywództwa
jakiegoś państwa. Jednak
do zbadania tego konieczne jest
uchwalenie odrębnej ustawy.
Jarosław Kaczyński zawsze
krytykował PO za sposób prowadzenia
śledztwa w sprawie
katastrofy w Smoleńsku.
– Ale dziś władzę ma Jarosław
Kaczyński, a nie PO. Jego ludzie
uzyskali dostęp do wszelkiej wiedzy
i dokumentacji, także tej najbardziej
tajnej. Jednak specjalnej
ustawy, którą zapowiadał Kaczyński,
nie ma, a zamiast prawdziwego
przełomu, śledztwo zostało
de facto utajnione. Jest jasne, że
milczenie i ukrywanie kluczowych
informacji ze śledztwa oznacza po
prostu osłanianie sprawców zaniedbań,
czy wręcz zamachowców,
jeżeli oczywiście był to zamach,
bo w śledztwie – co warto przypomnieć
– nie odrzucono tej hipotezy.
To, jak można sądzić, daje czas
tym sprawcom na zatarcie dowodów
ich winy oraz na mataczenie.
Czas to przecież ważny czynnik
w każdym śledztwie.
Ani prokuratura, ani MON
nie upubliczniły nagrań monitoringu
lotu z 10 kwietnia
2010 r. wykonanych przez
służby wojskowe. Lot Tu-
-154M 101 był lotem wojskowym,
w jego planie było
wyraźnie określone, że miał
status HEAD, tj. z najważniejszymi
osobami w państwie
na pokładzie, a takie loty zawsze
są monitorowane. Polskie
służby specjalne wciąż
ukrywają dokumentację prowadzonego
przez nie monitoringu
lotu Tu-154M 101?
Tak rzeczywiście jest. Rodzi się zasadnicze
pytanie: kogo w ten sposób
polskie służby ochraniają?
MON dawno zapowiadało upublicznienie
nagrań z nasłuchu
polskiego samolotu rządowego,
uzyskanych z Łotwy i Szwecji,
a tymczasem od półtora roku
ukrywa własne nagrania. Przypomnijmy,
że zgodnie z instrukcją
służby wojskowe korzystają w lotach
HEAD z tajnej stacji nasłuchowej,
z radiostacji HF, która służy do
prowadzenia korespondencji radiowej,
co umożliwia łączność na
bardzo dalekich zasięgach, przesyłanie
danych, faksów, obrazów,
szyfrowanie i transmitowanych
danych. Radiostacje wojskowe
VHF/UHF zapewniają bezpieczną
łączność także z ośrodkami sojuszniczymi
z NATO. Zapis tego monitoringu
jest ukrywany, podobnie
jak wiedza o systemie ACARS,
który wysyłał do 36. SPLT (Specjalnego
Pułku Lotnictwa Transportowego)
szczegółowe depesze
o położeniu maszyny, stanie urządzeń,
parametrach lotu, decyzjach
załogi. ACARS bazuje na sieci przekaźników
satelitarnych rozsianych
po całym świecie, informacje są
automatycznie przesyłane do bazy
na ziemi co kilka minut. W 36. SPLT
był dyżurny koordynator lotów
(DKL), który, oprócz prowadzących
samolot kontrolerów cywilnych,
monitorował loty Tu-154,
odbierał depesze ACARS. Informacje
na ten temat są od półtora
roku przez MON utajnione. Nie
podano, że ACARS był zainstalowany
w polskim samolocie, nawet
po tym jak ujawniłem, że jest to
przez MON ukrywane (!). Informacji
o ACARS brak było też w raporcie
Millera. Ale w anglojęzycznych
raportach sporządzonych przez
Universal Avionics System Corporation
– amerykańskiego producenta
awioniki zainstalowanej
w Tu-154M 101, znaleźliśmy informacje,
że ACARS był na jego pokładzie.
Jeśli ten rejestrator przed
tragicznym lotem do Smoleńska
jakaś „niewidzialna ręka” wymontowała,
tak jak odłączono
radiostacje ratunkowe, czyli lokalizatory,
świadczyłoby to o działaniu
„wspólnym i w porozumieniu”
w celu ukrycia, w jakim dokładnie
miejscu i o jakiej dokładnie godzinie
samolot zaginął. Prokuratura
dotąd nie upubliczniła również informacji
o logowaniach włączonych
na terenie Rosji telefonów
23 ofi ar, które pozwalają odtworzyć
czas i miejsce urwania się
łączy telefonicznych, a także informacje
SMS, rozmów, nagrań
poczt głosowych itp. Wszystkie
one są nadal utajnione, podobnie
jak wiedza dotycząca zapisów radarowych
lotu Tu-154, począwszy
od startu z Okęcia aż do momentu
krytycznego, która jest w posiadaniu
prokuratury, służb wojskowych
oraz ABW. To są przecież bardzo
ważne dowody na to, co naprawdę
stało się w Smoleńsku. Przy dzisiejszym
monitorowaniu lotów
przez wiele rejestratorów (zwłaszcza
w przypadku samolotów
typu Air Force One) wrak nie jest
niezbędny do ustalenia tego, co
stało się w dniu 10 kwietnia 2010 r.
Wydawało się, że po przejęciu
władzy przez PiS ruszą postępowania
prokuratorskie
i procesy sądowe dotyczące
Smoleńska. Ale czy tak się rzeczywiście
stało?
Prokuratura nie informuje nas
na bieżąco o postępach prowadzonego
śledztwa w sprawie katastrofy
w Smoleńsku. Jedna
ogólnikowa konferencja to zdecydowanie
za mało. Nic nie wiemy
o przesłuchaniach kluczowych
świadków, o tym, czy dokonano
np. aresztowań „punktowych”,
które po nitce do kłębka mogłyby
doprowadzić do głównych
winowajców, a więc np. osób
odpowiedzialnych za wymontowanie
lokalizatorów ratunkowych
w Tu-154 przed 10 kwietnia 2010 r.,
osób odpowiedzialnych za ACARS,
za nasłuch, za monitoring samolotu
prezydenckiego, za nadzór
nad tymi ludźmi, a także innych
ważnych świadków. Polacy powinni
wiedzieć, kto i o co jest podejrzewany
w tej sprawie. Słowem,
mamy brak konkretów i ciągle
tylko same ogólniki. Wyjaśnienie
tragedii smoleńskiej jest sprawą
publiczną, powinno toczyć się
przy otwartej kurtynie. Niedawna
informacja, że SKW złożyło zawiadomienia
do prokuratury w sprawie
przetargu na remont Tu-154
w Samarze to odwracanie uwagi
od wyjaśnienia momentu samej
katastrofy. To tak, jakby po śmierci
pacjenta, zamiast najpierw przeprowadzić
sekcję zwłok, zajmowano
się zapaleniem migdałków,
które przechodził w młodości.
Nie mamy komunikatów o stanie
śledztwa podkomisji ani
prokuratury, nie została ujawniona
wiedza, jaką w tej sprawie
dysponuje SKW. Za to
pojawiają się kolejne deklaracje,
obietnice, które bardzo
szybko podchwytują media
i komentują. Nikt nie sprawdza,
czy ma to pokrycie w rzeczywistości
albo istotne znacznie
w całej sprawie.
Właśnie tak to wygląda. Opinia
publiczna dostaje w ten sposób
fałszywy obraz, wskazujący, że
w sprawie katastrofy smoleńskiej
rzeczywiście „coś się dzieje”. Gdyby
dotyczyło to innego wydarzenia,
można byłoby to zignorować.
Ale w tym wypadku chodzi o tragedię
ofi cjalnej polskiej delegacji
z prezydentem RP na czele. Wyjaśnienie
jej winno zatem być absolutnym
priorytetem polskiego
państwa. Takie były zresztą zapowiedzi
polityków PiS-u, gdy partia
ta była jeszcze w opozycji. Wypowiedzi
Macierewicza, że „najwyższy
czas, by NATO włączyło się
w wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej”,
a potem kontra szefa MSZ
Witolda Waszczykowskiego, że takich
instrumentów, aby udzielić
Polsce pomocy w tym śledztwie,
„Kwatera Główna NATO nie ma”,
czy też wypowiedź szefa MSZ, że
jest przygotowywana skarga do
Międzynarodowego Trybunału
Sprawiedliwości w Hadze w sprawie
zwrotu Polsce wraku, która zostanie
wniesiona, o ile (sic!) będzie
decyzja polityczna rządu, tylko potwierdzają
tezę o grze pozorów.
Oświadczenie rzecznika rządu Rafała
Bochenka z 20 lutego 2017 r., że
sprawa katastrofy smoleńskiej powinna
zostać wyjaśniona, „bo to,
co zrobili nasi poprzednicy, woła
o pomstę do nieba” i jego stwierdzenie,
że raporty komisji Millera
zostały stworzone pod „dyktando
Rosjan” również wpisują się w tę
trwającą od półtora roku smoleńską
propagandę sukcesu, jaką
karmi Polaków rząd PiS-u. Obecna
władza, zamiast wyjaśnić przyczyny
katastrofy w Smoleńsku,
„zastępczo” koncentruje emocje
i uwagę Polaków w sprawie Smoleńska,
budując pomniki ofiar,
upamiętniając ich nazwiskami
ulice i skwery oraz organizując
miesięcznice, rocznice i apele poległych,
tak jakby ci ludzie zginęli
na froncie walki. A jednocześnie
ta sama władza pozostawia wyjaśnienie
przyczyn ich śmierci jako
sprawę wciąż otwartą. To już nawet
nie kabaret, to jest tragifarsa.
Opinia publiczna oczekiwała,
że Antoni Macierewicz opublikuje
białą księgę, w której zamieściłby
tę wiedzę, którą, co
wiele razy publicznie zaznaczał,
ukrywała ekipa Donalda
Tuska. Jak pamiętamy, będąc
jeszcze w opozycji, Macierewicz
publikował raporty zespołu
parlamentarnego, nawet
te cząstkowe. Ale nie słychać
o publikacji.
Skoro wiedza jest ukrywana,
trudno oczekiwać na książkowe
publikacje nowych faktów. Powołana
przez Macierewicza
podkomisja jak dotąd nie przedstawiła
żadnych ważnych ustaleń,
a kosztowała w 2016 r. podatników
ponad 3,5 mln zł (jej członkowie
zarabiają miesięcznie od
2 do 8 tys. zł.). A przecież odziedziczyła
gotowe, kilkuletnie ustalenia
Zespołu Parlamentarnego.
Są zapowiedzi ministra, że niebawem
podkomisja przedstawi zbiór
dawnych ustaleń plus nowe, nieujawniane
dotąd informacje, ale
biorąc pod uwagę półtoraroczne
milczenie i ciągłe obietnice, powstrzymałbym
apetyty do czasu
poznania wymiernych, a nie propagandowych,
efektów.
Zespół Parlamentarny Antoniego
Macierewicza za rządów
PO miał być przeciwwagą dla
stronniczej prokuratury, powielającej
rosyjskie tezy i ustalenia.
Ale dziś w prokuraturze
rządzi PiS. Po co tak naprawdę
jest ta podkomisja?
Obawiam się, że została ona utworzona
raczej dla efektów wizerunkowo-
propagandowych. Bo jeśli
mnożenie bytów miałoby zwiększać
szanse na wyjaśnienie katastrofy,
to dlaczego PiS storpedował
utworzenie sejmowej komisji
śledczej ds. katastrofy? W komisji
sejmowej trudniej pozorować
działania z uwagi na starcia posłów
z różnych opcji. Wymusza
to zresztą publiczny przekaz TVP
– gdyż taki być powinien, jak w komisji
Rywina. Tworzy się sejmową
komisję ds. wyjaśnienia afery Amber
Gold, a odmawia się utworzenia
sejmowej komisji śledczej ds.
wyjaśnienia największej tragedii
od czasu drugiej wojny światowej,
tragedii 96 Polaków, w tym
nomen omen parlamentarzystów.
Cóż za paradoks? Brak zgody Jarosława
Kaczyńskiego na powołanie
sejmowej komisji śledczej
w sprawie Smoleńska demaskuje
Kaczyńskiego. Dlaczego Jarosław
Kaczyński nie chciał, by publicznie,
tak jak było w aferze Rywina,
„przyciśnięto do muru” dziesiątki,
a nawet setki polskich świadków,
w tym ludzi rządu Tuska, których
sam obwiniał w sprawie katastrofy?
Jeśli nie wierzy w skuteczność
komisji sejmowej, dlaczego
zgodził się na komisję ds. Amber
Gold? Tylko sejmowa komisja śledcza,
której obrady byłyby na żywo
transmitowane, przesłuchując na
oczach milionów Polaków wszystkich
świadków, mogłaby po nitce
do kłębka obnażyć tę mroczną
tajemnicę. Niepowołanie jej tak
naprawdę obnaża prawdziwe intencje
PiS-u.
Nie powołano sejmowej komisji
śledczej, ale jednak obecna
prokuratura podjęła decyzję
o przeprowadzeniu ekshumacji
wszystkich zwłok ofi ar,
poza tymi, które zostały skremowane.
Już są tego pierwsze
efekty – stwierdzono kolejny
przypadek zamiany ciał.
Ekshumacje są potrzebne, bo musimy
wiedzieć, czy we wszystkich
trumnach spoczywają właściwe
zwłoki i wykorzystać wszelkie
możliwości uzyskania informacji
o przyczynach ich śmierci. Jednak
po 7 latach, jak powiedziała
w rozmowie z „Rzeczpospolitą”
Ewa Klonowski, światowej sławy
antropolog sądowy, ekshumacje
te mogą odpowiedzieć wyłącznie
na pytanie, czy ciała ofi ar złożone
zostały we właściwych grobach.
W trumnach znajdują się już niemal
wyłącznie kości, co, w jej
ocenie, uniemożliwia znalezienie
śladów materiałów wybuchowych,
bo w kościach takich śladów
już nie będzie. Jej zdaniem nawet
doświadczony medyk sądowy po
tak długim czasie może nie być
w stanie na podstawie szczątków
określić właściwej przyczyny
śmierci. Obawiam się, że ekshumacje,
które mogą potrwać wiele
miesięcy, może kilka lat, jeśli nie
będą połączone z innymi wymiernymi
działaniami prokuratury,
mogą być wykorzystywane propagandowo
jako dowód aktywności
w wyjaśnianiu prawdy o katastrofi
e. Zastanawia mnie również to,
dlaczego w starannie dobranym
przez prokuratura krajowego
Marka Pasionka 14-osobowym
międzynarodowym zespole biegłych
medyków sądowych, którzy
uczestniczą w badaniach ekshumowanych
szczątków ofi ar, nie ma
ani jednego profesora z Polski, jest
natomiast aż czterech profesorów
z zagranicy, choć mamy w naszym
kraju prawdziwe sławy profesorskie
w tej dziedzinie?
Za czasów rządów PO temat
katastrofy nie schodził z łamów
„Gazety Polskiej” i pozostałych
mediów. Tak naprawdę katastrofa
smoleńska była przewodnim
tematem większości
polskich mediów, zwłaszcza
tych tzw. niepokornych. Czy
ten temat dla mediów już „się
wypalił”?
Nie, w tej sprawie nie ma mowy
o wypaleniu, zbyt ważna to
sprawa. To znamienne, że „niepokorni”
dziś ucichli, nie licząc nagłośnienia
wypowiedzi MON, że
resort liczy na pomoc NATO itp.
Prawdziwe oblicze „partyzanta
prawdy” Tomasza Sakiewicza i innych
„niepokornych”, także w sprawie
Smoleńska, opisałem w mojej
książce Prawicowe dzieci, czyli blef
IV RP. Obywatelskie śledztwo smoleńskie
w sprawie katastrofy zeszło
de facto do podziemia, toczy się już
tylko w blogosferze. Ale i tu zostało
w dużej mierze rozproszone, albowiem
portal Salon24, gdzie odbywały
się ważne dyskusje blogerów
prowadzących własne śledztwa
w sprawie Smoleńska, ograniczył
dostęp do komentarzy. To ucięło
wiele tych dyskusji, ponieważ dla
części blogerów takie potraktowanie
było nie do zaakceptowania,
więc zrezygnowali z pisania na
tym portalu. Dzisiaj jednak to nie
dziennikarze, lecz właśnie blogerzy,
tacy jak FYM (Free Your Mind)
i skupiona wokół niego grupa,
czyli MAREK TOMASZ, STAN35, Albatros
z lotu ptaka, TEODOR49,
NASZ WOJTEK, Rolex, Kisiel, KIZAK
i wielu innych, których nie wymieniłem,
próbują przebić tę skorupę
milczenia wokół katastrofy
w Smoleńsku.
To wszystko, o czym mówimy,
nieuchronnie prowadzi nas do
pytania, o co chodzi z ukrywaniem
wiedzy, pozorowaniem
działań, ciszą medialną wokół
smoleńskiej katastrofy.
Samolot rządowy państwa-
-członka NATO z generalicją
NATO i prezydentem tego państwa
nie znika przecież bez śladu.
Przyczyny jego tragedii są monitorowane
poprzez rozmaite rejestratory
w wielu ośrodkach, także
tych, które są usytuowane w krajach
sojuszniczych. Te przyczyny
są znane służbom wielu krajów,
ale, jak widać, one je ukrywają.
Gdyby chodziło o delegację prezydenta
USA czy Rosji, wówczas
dawno znalibyśmy odpowiedź,
milczenia
– Dziś władzę ma Jarosław Kaczyński,
a nie PO. Jego ludzie uzyskali dostęp do
wszelkiej wiedzy i dokumentacji, także
tej najbardziej tajnej. Jednak specjalnej
ustawy, którą zapowiadał Kaczyński, nie
ma, a zamiast prawdziwego przełomu,
śledztwo zostało de facto utajnione. Jest
jasne, że milczenie i ukrywanie kluczowych
informacji ze śledztwa oznacza po prostu
osłanianie sprawców zaniedbań, czy
wręcz zamachowców, jeżeli oczywiście
był to zamach, bo w śledztwie – co
warto przypomnieć – nie odrzucono tej
hipotezy. To, jak można sądzić, daje czas
tym sprawcom na zatarcie dowodów ich
winy oraz na mataczenie. Czas to przecież
ważny czynnik w każdym śledztwie.
26 rocznica zamachu w Smoleńsku 31 marca – 6 kwietnia 2017 r.
bo jej brak ośmieszałby potęgę
każdego z mocarstw. Śmierć delegacji
prezydenta małego kraju
można przemilczeć w imię tzw.
interesów geopolitycznych. Ale
dlaczego w to przemilczanie wpisują
się działania elity politycznej
PiS-u? Jak wytłumaczą oni Polakom,
że przez półtora roku ukrywają
prawdę, osłaniając własnym
milczeniem cynizm tych, których
obarczają winą?
Jak tę sytuację oceniać w kontekście
ustaleń rosyjskiej komisji
MAK i wniosków zawartych
w amerykańskich raportach
TAWS i FMS?
W ustaleniach dotyczących ostatnich
chwil lotu do Smoleńska, ale
nie tylko, wersje rosyjsko-polska
i amerykańska są sprzeczne, i jest
w nich wiele niejasności, swoistych
„furtek”. W raporcie Millera nie ma
nic na temat systemu ACARS, z kolei
w ustaleniach Amerykanów jest
wymienione, że oprogramowanie
ACARS zainstalowano w Tu-154M
101 w dniu 28 października 2008 r.
Amerykanie nie napisali jednak,
co wynika z tych zapisów, a to jest
przecież najważniejsze, bo tam
jest zawarta prawda, co rzeczywiście
stało się z polskim samolotem.
Szczegóły te mogą być w części
nieodszyfrowanej przez amerykańskiego
producenta, której Polska
prawdopodobnie nie ma. Czy
nie zwróciła się o to, czy też amerykański
producent odmówił jej
wydania, czy je po prostu zniszczono
– tego nie wiemy. Ani Antoni
Macierewicz, ani członkowie
podkomisji MON ze Stanów Zjednoczonych,
mający znakomite
kontakty w sferach lotniczych
USA, ani obecna polska prokuratura
krajowa jak dotąd nie wyjaśnili
tego Polakom.
Kolejna sprzeczność ustaleń rosyjskich
i amerykańskich polega na
tym, że w raporcie amerykańskim
czytamy, iż według zapisów TAWS
nie było komendy załogi o odejściu
na drugi krąg. Tymczasem
według zapisów rozmów z kokpitu,
które znamy z raportu Millera,
nawet dwukrotnie padła taka
komenda. Następna sprzeczność
jest taka, że w wersji amerykańskiej
zapis z czujnika na podwoziu
samolotu „on ground” w raporcie
FMS oznacza, że podwozie dotknęło
podłoża. Natomiast według
raportów MAK i komisji Millera samolot
dachował. Autorzy amerykańskiego
raportu FMS umieścili
w nim zapis nawigacji Tu-154 dopiero
od granic Białorusi. Na to
niedopatrzenie mogłyby rzucić
światło zapisy radarowe lotu,
które są w posiadaniu polskiej
prokuratury, SKW i ABW. Pokazałyby
bowiem, którędy samolot,
począwszy od startu na Okęciu leciał
i gdzie rzeczywiście „zniknął”
z monitorów i nasłuchu. Dopóki
ich nie poznamy, nie wolno lekceważyć
żadnej hipotezy, także inscenizacji
katastrofy w Smoleńsku,
choć może wydawać się to teorią
z gatunku science fi ction. Niestety,
strona internetowa z materiałami
komisji Millera, wraz załącznikami
amerykańskich raportów została
przez rząd PiS-u zlikwidowana,
i to zaraz po przejęciu władzy. Pytana
o to premier Beata Szydło na
konferencji prasowej odpowiedziała:
Ta strona została zamknięta
i będzie zamknięta po prostu. Myślę,
że to jest ta odpowiedź jedyna, którą
mogę w tej chwili udzielić. W raporcie
rosyjskim są też inne szokujące
ustalenia, których dotąd nie wyjaśniono,
np. na stronie 149 raportu
MAK poinformowano: Na miejscu
zdarzenia lotniczego był odnaleziony
certyfi kat zdatności do lotu
samolotu nr 101, którego ważność
wygasła 20 maja 2009 r., a także aktualny
certyfi kat zdatności do lotu
innego statku powietrznego (nr 102),
który w momencie zdarzenia lotniczego
[katastrofy w Smoleńsku
– przyp. L.P.] przechodził kapitalny
remont. Zaświadczenie o zdatności
do lotu jest obowiązkowym
dokumentem, który powinien
znajdować się na pokładzie samolotu.
Czy odnalezienie certyfi katu
samolotu nr 102 oznaczać może, że
nie był on w tym czasie w remoncie
w Samarze, lecz… leżał w Smoleńsku?
A może ktoś certyfi kat sto
dwójki wykradł z Samary i podrzucił
na wrakowisko w Smoleńsku?
Jeśli tak, to po co to zrobił, w jakim
celu? Powyższe sformułowania
w raporcie MAK brzmią jak publiczne
postawienie pytania przez
rosyjską komisję właścicielowi rosyjskich
zakładów remontowych
w Samarze. Pytanie, dlaczego postawiono
je publicznie, a nie wyjaśniono
tego przed publikacją
raportu?
Dlaczego dzisiaj, kiedy
świat zachodni toczy z Rosją
wojnę informacyjną nie tylko
w aspekcie Ukrainy, ale także
Syrii, nie wykorzystuje się wiedzy
na temat katastrofy w Smoleńsku
w tej wojnie?
Mamy nawet sytuację odwrotną,
Smoleńsk, zamiast stać się kartą
przetargową w rozgrywce Zachodu
z Rosją, stał się prawdziwym
tematem tabu. Nie chodzi oczywiście
o wydawanie komunikatów
rządowych wyjaśniających wydarzenia
z 10 kwietnia 2010 r. Mogą na
przykład pojawić się tzw. przecieki
do mediów. Może jest zatem tak,
że w przypadku smoleńskiej katastrofy
prawda jest znacznie bardziej
skomplikowana niż sądzimy?
Dlaczego zachodni świat milczy
w tej sprawie, choć wie z całą pewnością,
co wówczas faktycznie się
stało? Jakie siły na Zachodzie mają
taką moc, aby tak skutecznie wymusić
ponadpaństwową zmowę
milczenia na ten temat?
– Jeżeli mówimy o milczeniu,
które, jak Pan zaznaczył, jest
równoznaczne z ukrywaniem
prawdy, to co w takim razie
stało się w Smoleńsku?
– Co dokładnie stało się w Smoleńsku,
nie wiem. Jednak każdy ze
specjalistów od płatowców, z którymi
rozmawiałem, twierdził, że
nie ma możliwości, aby taki samolot,
lecąc z tak małą prędkością,
na tak małym pułapie, nie pikując
w dół z dużej wysokości, mógł ulec
tak olbrzymiemu rozdrobnieniu
bez ingerencji człowieka. W ocenie
tych osób wielu pasażerów
samolotu powinno przeżyć jego
upadek. Uznając ich racje, stajemy
przed logiką zasadniczego wyboru:
jeśli nie był to wypadek losowy,
to musiał nastąpić wybuch,
a jeżeli nie było wybuchu, to znaczy,
że była to wyrafi nowana inscenizacja
wypadku. To z kolei stawia
pytania o przebieg, fi nał tego lotu,
los ludzi itp. Zajmując się katastrofą
smoleńską od początku,
będąc współautorem około 350
artykułów śledczych na ten temat,
a także książki, nie potrafi ę przesądzić
jednoznacznie, jaki był przebieg
wypadków 10 kwietnia 2010 r.,
jednak wiedza, jaką mam, wskazuje,
że nie był to wypadek losowy.
Jeżeli rozważamy, że mógł
to nie być wypadek losowy,
trzeba zadać zasadnicze pytanie,
kto miałby interes, by dokonać
tak okrutnej eliminacji
ludzi ze szczytu naszego państwa
i to niemal przy odłoniętej
kurtynie?
Rzecz w tym, że ja nie widzę takich
sił, które miałyby interes w tym, by
likwidować prezydenta Kaczyńskiego
czy inne osoby z jego delegacji
i w dodatku zrobić to w tak
okrutny sposób, na oczach całego
świata, podejmując jednocześnie
tak ogromne ryzyko, że
to wszystko wcześniej czy później
wyjdzie na jaw. Lech Kaczyński
nie miał aż takiego wpływu na
światową politykę, by jakieś siły
chciały go z niej wyeliminować
jako największe dla niej zagrożenie.
Wystąpienie antyrosyjskie
Lecha Kaczyńskiego na wiecu
w Tbilisi 12 sierpnia 2008 r. nie mogło
stać się tego powodem. Do
takiej retoryki, jaką zaprezentował
wówczas Kaczyński, światowe
mocarstwa są przyzwyczajone.
Zaś porozumienie z USA w sprawie
rozmieszczenia w Polsce elementów
amerykańskiej tarczy
antyrakietowej, której Rosja była
przeciwna, w sierpniu 2008 r. fi nalnie
podpisał przecież już rząd Donalda
Tuska.
Jeżeli to był zamach i jeżeli
przyjmiemy, że stała za nim Rosja
i Putin, musiał zatem istnieć
dla nich strategiczny polityczny
cel, by wciągnąć w pułapkę
i brutalnie zamordować na
swoim terenie prezydenta RP
i towarzyszącą mu delegację.
Taki zamach, gdyby został udowodniony,
sprzymierzyłby całą
opinię międzynarodową przeciw
Rosji, ale i personalnie przeciw samemu
Putinowi. Jeśli Rosja miałaby
już wtedy w planie aneksję
Krymu, wywołanie tak wrogiego
wokół niej klimatu politycznego
wydaje się politycznie irracjonalnym
celem. A nawet jeśli przyjąć,
że stała za tym Rosja i Putin,
to bomba w polskim samolocie
mogłaby przecież wybuchnąć
wcześniej, np. podczas lotu Kaczyńskiego
do Pragi lub w innym
miejscu, a cel zostałby i tak osiągnięty,
jednak wówczas podejrzenia
zostałyby odsunięte od
Putina. Taki plan można określić
samobójczym, choć w polityce
wszystko jest możliwe. W każdym
razie nie ma w tym logiki, chyba że
zamach ten byłby elementem rozgrywki
pomiędzy GRU i FSB, do jakiej
mogło dojść przed wyborami
prezydenckimi w Rosji. Zamach
na terenie Rosji bez udziału rosyjskich
służb miałby wątpliwe
szanse powodzenia, a jeśliby nawet
do niego doszło, Rosja natychmiast
oddałaby Polsce wrak,
czarne skrzynki i śledztwo, by odsunąć
od siebie jakiekolwiek podejrzenia.
Z kolei udział rosyjskich
służb w zamachu na samolot
z polskim prezydentem musiałby
być „legitymizowany” przez jakiś
ośrodek w Rosji, bo specsłużby
nie działają przecież w zupełnym
oderwaniu od rosyjskiego państwa.
Określone służby w Rosji, co
powszechnie wiadomo, są powiązane
z różnymi ośrodkami władzy,
nie tylko z obozem prezydenckim,
premiera, ale też z posiadającymi
ogromne wpływy oligarchami.
Na pewno zamach mógłby mieć
duży, kto wie czy nie decydujący,
wpływ na wynik wyborów
prezydenckich w Rosji w 2012 r.
Jakie siły mogłyby spowodować
międzynarodowy klincz
i całkowite przemilczenie
prawdy w tej sprawie?
Według mnie określenie faktycznych
sygnatariuszy tego przemilczenia
jest punktem wyjścia tego,
co wydarzyło się 10 kwietnia
2010 r. Działa przecież globalny
nasłuch elektroniczny Echelon,
są satelity wywiadowcze, jest
wreszcie Wikileaks. To świadczy
o tym, jak bardzo silne musiałoby
być przekonanie tych sygnatariuszy,
że są w stanie wymusić
tak szczelną zasłonę milczenia.
Jeśli jakaś zmowa milczenia w tej
sprawie byłaby możliwa, to tylko
sił ponadpaństwowych, które usiłują
wpływać na politykę rządów
i narodów wszelkimi możliwymi
sposobami, wymuszając na nich
określone działania polityczne,
także zbrojne, w kierunku pożądanym
przez te siły. Zamachy
na głowy państw, przewroty rewolucyjne
jak najbardziej mieściłyby
się w tych działaniach.
Przyjmując taką hipotezę, trzeba
mieć świadomość, że jest również
wysoce prawdopodobne
wykorzystanie przez te właśnie
ponadpaństwowe siły ich związków
z ludźmi określonych służb
specjalnych, także w Rosji, oraz
posłużenie się lokalnymi urzędnikami,
również tymi w Polsce,
do przeprowadzenia operacji zamachu
na polskiego prezydenta.
To oczywiście snucie trudnej do
wyobrażenia dla przeciętnego
śmiertelnika „spiskowej teorii”,
i to w sytuacji gdy władze PiS-
-u same zablokowały dostęp
do wiedzy na temat katastrofy
w Smoleńsku.
Rozważając tę hipotezę, musimy
zadać pytanie, jaki cel
chciałyby osiągnąć służby,
przeprowadzając zamach na
polskiego prezydenta, który
leciał do Katynia, aby tam, na
miejscu uczcić pamięć polskich
ofi ar zbrodni katyńskiej, która
na opinię publiczną w Polsce
oddziałuje przecież niezwykle
silnie?
Być może w grę wchodziła kalkulacja,
że zamach taki wywoła nastroje
antyrosyjskie w Polsce, ale
to jakby efekt dodatkowy. Być
może liczono na wywołanie w ten
sposób określonych skutków
międzynarodowych. Wówczas,
jak pamiętamy, miała miejsce polityka
tzw. resetu pomiędzy USA
a Rosją. Prezydent Obama wycofał
się z zamiaru budowy w Polsce
tarczy antyrakietowej. W zamian
Rosja poczyniła ustępstwa, ułatwiając
zaopatrywanie wojsk
USA i NATO w Afganistanie z baz
na terenie republik poradzieckich
oraz odstąpiła od dostawy systemów
antyrakietowych do Iranu,
co dla USA miało ważne znaczenie
w kontekście rozbudowy programu
nuklearnego Iranu. Ten
plan administracji Obamy mógł
się nie podobać z przyczyn zarówno
światopoglądowych, jak
i z powodu nakręcania intratnej
dla tych sił ponadpaństwowych
spirali zbrojeniowej, obliczonej
na zaostrzenie sytuacji na Bliskim
Wschodzie. Zamach na terytorium
Rosji, w oczywisty sposób
dowodzący nie tylko antydemokratycznego
nastawienia, ale
wręcz „zdziczenia”, mógł spowodować
wycofanie się już wówczas
z polityki resetu i zmiany polityczne
w Rosji i USA. Rosja jednak
„zaanektowała” śledztwo, czarne
skrzynki, wrak, od razu przyjęto
wersję wypadku losowego i winy
polskich pilotów, mimo ewidentnych
wskazań, że mogło to być celowe
działanie. Nawet późniejszy
zastanawiający „przeciek” o trotylu
i jego nagłośnienie nie zdołało
zmienić przyjętej przez Putina
narracji wypadkowej. To uniemożliwiło
oficjalne oskarżenie
Rosji o udział w zamachu. Reset
trwał nadal. Skończył się dopiero
wówczas gdy Putin stanął po stronie
prezydenta Syrii Assada i gdy
nie udał się inspirowany przez ww
siły przewrót rewolucyjny na Majdanie,
gdyż Putin zajął Krym.
Fakt, że po tych zdarzeniach
nie wykorzystano argumentu
Smoleńska przeciw Rosji, nie
wyciągnięto na światło dziennie
dowodów winy, wskazuje,
że może istnieć jakieś
„podwójne dno” tajemnicy
smoleńskiej.
Jest to wręcz symptomatyczne.
Wrak i czarne skrzynki polskiego
samolotu, które mogłyby pomóc
w rozwikłaniu zagadki, czy i kto
w Rosji mógł za tym stać, są do
dziś przetrzymywane przez Putina
(pomijam tu inne dowody,
dostępne tylko dla specsłużb, nie
tylko Rosji, czyli zapis nasłuchu,
monitoringu, wiedzę z satelitów
wywiadowczych). Przetrzymywanie
ich siłą rzeczy obciąża Putina
i stawia otwarte pytanie, jaki
naprawdę jest tego powód. Może
jest to „as w talii” przed wyborami
prezydenckimi w Rosji w 2018 r.?
Dopóki tego nie poznamy, dopuszczalne
są różne scenariusze.
Ujawnienie z kolei wiedzy tajnej
specsłużb mogłoby obciążyć
te siły ponadpaństwowe, które
stoją za zmową milczenia. Mamy
więc hipotetyczną sytuację,
w której wszyscy, ukrywający
mroczną prawdę o Smoleńsku
mogli stać się zakładnikami niepisanej
zmowy milczenia, każdy
z innych powodów. Być może
właśnie dlatego dotąd nie poznaliśmy
prawdy o tym, co wydarzyło
się 10 kwietnia 2010 r.
w Smoleńsku

16.10.2016

SPROSTOWANIE SŁÓW ADAMA MICHNIKA DLA TYG: "DER SPIEGEL"

W związku z buńczuczną wypowiedzią Adama Michnika w reportażu Navida Kermaniego w "Der Spiegel" (nr 41/2016) z dnia 8 października, że jego rodzice zginęli w holokauście wystosowałam nastepujące sprostowanie do redakcji tygodnika.
Podaje poniżej oryginał oraz polskie tłumacznie.

Szanowni Państwo,
niestety ze smutkiem trzeba się przyglądać, jak niektórzy z Państwa kolegów czy tez nawet ulubionych publicystów popadają w demencję z powodu nadmiernej konsumpcji alkoholu. Najnowszy przykład: nadredaktor Adam Michnik z Warszawy, który w reportażu Navida Kermaniego w wydaniu nr 41 z 8 października przypuszcza, że jego rodzice stracili życie w holokauście i to jeszcze przed jego spłodzeniem. 
70-letni Adam Michnik urodził się 17 października 1946 roku. A jak było z jego rodzicami? 
Jego w roku 1969 roku zmarła matka Helena Michnik urodziła się w Krakowie 19 lipca 1903 roku jako  Hinde Michnik. Jego ojciec Ozjasz Szechter ur. 23 sierpnia 1901, zmarł 20 sierpnia 1982 r. w Warszawie.  Oboje rodzice byli przez całe swoje życie przekonanymi komunistami i stąd też szczególnie w czasach stalinowskich byli uznanymi beneficjentami systemu. Należeli  do najwyższej kasty i mieszkali w luksusowej enklawie dla sług państwa w Warszawie, gdzie pan Michnik nadal zamieszkuje. 
Można zapytać - ile warte są wypowiedzi Adama Michnika, jeżeli myli się on w tak elementarnych faktach? Z drugiej strony  nie można pozbyć się poczucia, że dla niektórych wypowiedzenie  nawet najprostszej prawdy jest niedościgłym aktem heroizmu. Szczególnie dla tych, którzy uczciwego postępowania z prawdą nigdy nie ćwiczyli.  

Z przyjaznymi pozdrowieniami 
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Berlin

An: lesebriefe@spiegel.de

Sehr geehrte Damen und Herren, 
es ist immer wieder traurig erleben zu müssen, wie manche Ihrer Kollegen und sogar Lieblingsautoren wegen des notorischen übermäßigen Alkoholkonsums in Demenz verfallen. Das jüngste Beispiel: Oberredakteur Adam Michnik aus Warschau, der in Navid Kermanis Reportage vom 8. Oktober in der 41. SPIEGEL-Ausgabe behauptet, seine Eltern  wären im Holocaust umgekommen, und dies noch vor seiner Zeugung. Der 70-jährige Adam Michnik wurde am 17. Oktober 1946 geboren. Und wie war es mit seinen Eltern? Seine 1969 gestorbene Mutter Helena Michnik wurde am 19. Juli 1903 als Hinde Michnik in Krakau geboren. Sein am 23. August 1901 geborener  Vater Ozjasz Szechter starb am 20. August 1982 in Warschau. Beide Eltern waren ihr Leben lang überzeugte Kommunisten und deshalb im stalinistischen System ausgewiesene Nutznießer des Systems.Sie gehörten der höchsten Kaste an und lebten in der Luxus-Enklave für Staatsdiener in Warschau, wo Herr Michnik bis heute lebt.  Wie viel sind alle Aussagen Michniks wert, so darf man sich wohl fragen, wenn er sich bei solch elementaren Fakten irrt? Andererseits wird man das Gefühl nicht los, dass für manche das Aussprechen einer einfachen Wahrheit ein Akt des Heroismus ist. Ganz besonders jenen, die den redlichen Umgang mit der Wahrheit nicht geübt haben.

Mit freundlichen Grüßen
Joanna Mieszko-Wiórkiewicz
Berlin

12.08.2016

Sto przypadków 10 Kwietnia czyli Leszek Misiak stawia pytania

Z Leszkiem Misiakiem rozmawia Leszek Pietrzak



- Minęło pól roku od objęcia władzy przez PiS, a wciąż nie wiemy nic więcej o katastrofie smoleńskiej ponad to, co wiedzieliśmy za czasów, gdy u władzy była PO. Czy powinniśmy oczekiwać konkretnych efektów, czy może jest to zbyt mała cezura czasowa?

- Nie jest zbyt mała. PiS ma pełnię władzy, dostęp do wszelkiej dokumentacji. Zamiast ujawnienia wiedzy z własnych źródeł, zwłaszcza Służby Kontrwywiadu Wojskowego, co chciałbym rozwinąć dalej, mamy informacje o chęci niesienia pomocy Polsce w ujawnieniu prawdy a to przez Łotyszów, którzy zapowiedzieli, że mają nagrania rozmów załogi z rosyjską wieżą kontroli lotów, a to Szwedów, którzy też oferowali takie nagrania. Wygląda na to, że wszyscy wkoło nagrywali rozmowy załogi polskiego tupolewa rządowego, albo prowadzili nasłuch elektroniczny prezydenckiego pokładowego telefonu satelitarnego, jak Dania, o czym mówił w lipcu 2011 r. były szef NPW gen. Krzysztof Parulski, oprócz polskich służb kontrwywiadowczych. My mamy tylko to, co dali Rosjanie. Przecież to kabaret. SKW nie działa na zasadzie, że w razie katastrofy pyta 36 Specpułk, odpowiedzialny za loty najważniejszych osób w państwie, lub inne podmioty, co takiego się stało, tylko musi wiedzieć na bieżąco, co się dzieje z samolotem prezydenckim, do tego zresztą obligują SKW przepisy MON. Na tym polega istota działania tych służb. Minister Jerzy Miller, którego PiS w okresie, gdy partia ta była w opozycji, obwiniała za zaniedbania urzędnicze związane m.in. z kolejnymi kopiami nagrań z czarnej skrzynki, wciąż nie został pociągnięty do odpowiedzialności, nie słyszałem też zapowiedzi takich konkretnych działań. Jednocześnie tzw. podkomisja smoleńska, „dziecko” A. Macierewicza, zapowiada, że konstruktorzy zbudują nam miniaturowy model Tupolewa do badań nad katastrofą. Podczas kolejnych miesięcznic, rocznic smoleńskich, otwierania kolejnych pomników ofiar, słyszymy ogniste deklaracje o zdeterminowaniu obecnej władzy w dochodzeniu do prawdy, o wolności słowa, tymczasem mamy de facto cenzurę, tyle, że ukrytą za swego rodzaju smoleńską propagandą sukcesu. Proszę zauważyć, że media, zwłaszcza te „niepokorne”, rzekomo najbardziej niezłomne w walce o prawdę smoleńską, nie zadają pytań, wątpliwości dotyczących choćby spraw, o których mówię. Przeciwnie, są tubą, przez którą ta propaganda jest wylewana. Jest to wyrafinowany rodzaj cenzury. Niestety, także rodziny ofiar tych pytań nie zadają, może dlatego, że ci najbardziej zdeterminowani w dochodzeniu do prawdy zostali przez PiS politycznie zagospodarowani, tym samym zamknięto im usta. Myślę też, że część rodzin ofiar, część dziennikarzy i całe rzesze Polaków pogubiło się w tym, co w sprawie Smoleńska się dzieje. Bo jeśli PiS, który poniósł największe straty ludzkie w katastrofie 10 kwietnia 2010 r., miałby wprowadzać swoistą cenzurę posmoleńską, kto ma prawdy dociekać?

- Minęło już ponad 6 lat od katastrofy. Czy z wyjaśnieniem jej przyczyn będzie podobnie jak z katastrofą gibraltarską, których do dziś nie znamy?

- Prawda o tragedii smoleńskiej jest znana wielu osobom i instytucjom na świecie, zarówno na Zachodzie jak Wschodzie, także w Polsce. Nie jest możliwe, by w XXI wieku, w środku Europy, na terenie śledzonego przez satelity wywiadowcze lotniska wojskowego, należącego do mocarstwa światowego, gdy nawet samochody mają nawigację, czyli satelita śledzi każdy ruch auta, gdy dzięki satelitom określa się u Kowalskiego w zabitej dechami wiosce straty w uprawach po gradobiciu czy powodzi, gdy mamy globalny nasłuch elektroniczny Echelon, by samolot rządowy z prezydentem państwa członka NATO z tej globalnej wioski był wyłączony. Dzisiaj ukrycie czy wymazanie przyczyn takiego wydarzenia jak katastrofa samolotu dodajmy wojskowego, rządowego, nie wnikając, kto był jej winny i w niuanse techniczne tego wydarzenia, jest niemożliwe. Dodajmy, że z lotniska Smoleńsk Siewiernyj korzystał rosyjski handlarz bronią Wiktor But, pisał o tym m.in. Witold Gadowski i mówił mec. Stefan Hambura. But został w wyniku działań USA zatrzymany w 2008 r. w Bangkoku, odbyła się jego ekstradycja do USA i w 2012 roku został skazany przez sąd w Nowym Jorku na 25 lat pozbawienia wolności oraz 15 milionów dolarów grzywny. But sprzedawał broń do Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu i Ameryki Południowej, wspierał nawet Amerykanów w Iraku. W marcu 2016 r. agencja Interfax podała, że na Kremlu rozważano wymianę Ukrainki Nadii Sawczenko, skazanej w Rosji na 22 lata łagru, na dwóch obywateli rosyjskich, jednym z nich miał być właśnie Wiktor But. Takie miejsce jak Siewiernyj, skąd m.in. wysyłał on broń, musiało być pod stałą obserwacją satelitów wywiadowczych naszego sojusznika USA. 29 lipca 2011 r. nieżyjący już gen. Sławomir Petelicki powiedział: „Amerykanie mają klatkę po klatce to, co się stało. Mają wszystkie rozmowy i znają prawdę.”

- Co zatem trzeba konkretnie zrobić, byśmy dowiedzieli się, co stało się z delegacją prezydencką?

Pierwszym niezbędnym ruchem powinno być ujawnienie pełnej wiedzy o katastrofie jaką posiada Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Nawet, jeśli ma ona klauzulę tajności, to z uwagi na tzw. dobro publiczne, wagę sprawy i szacunek dla rodzin ofiar wiedza ta powinna być po objęciu władzy przez PiS niezwłocznie ujawniona. Tu 154 M 101 był maszyną wojskową, służby wojskowe korzystały z tajnej stacji nasłuchowej – co reguluje instrukcja HEAD, zatwierdzona przez ministra MON, określająca procedury bezpieczeństwa przewozu najważniejszych osób w państwie. Według tej instrukcji do obowiązków informatora służby informacji powietrznej FIS (Flight Information Service) należy monitorowanie lotu statku powietrznego o statusie HEAD. Polskie służby wojskowe wiedziały na bieżąco jak przebiegał lot, także ostatnie chwile Tu-154. Zgodnie z instrukcją HEAD podczas lotu statku o statusie HEAD za granicę wykorzystuje się radiostacje HF do prowadzenia korespondencji radiowej, co umożliwia prowadzenie łączności na bardzo dalekich zasięgach, przesyłanie danych, faxów, obrazów, szyfrowanie transmitowanych danych. Radiostacje wojskowe VHF/UHF wykorzystywane są do kontroli ruchu lotniczego, a nawet (co można przeczytać na stronie polskiej firmy MAW Telecom, której technologie wykorzystywane są w polskich Siłach Zbrojnych oraz służbach podległych MSWiA) „do monitorowania częstotliwości ratunkowych oraz innych aplikacji związanych z łącznością lotniczą. Są w pełni kompatybilne operacyjnie z wyposażeniem sojuszniczych statków powietrznych, zapewniają bezpieczną łączność w trybie ziemia-powietrze oraz ziemia-ziemia”. Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Centrum Operacji Powietrznych muszą więc posiadać niezbędną dokumentację o katastrofie, nagrania rozmów pilotów samolotu z rosyjską wieżą kontroli lotów, co pozwoliłoby zweryfikować kilkakrotnie „poprawiane” przez Rosjan nagrania z czarnej skrzynki. Te nagrania istnieją, takich informacji się nie kasuje. Zaraz po katastrofie w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł informujący, że SKW monitorowała lot. Potem była na ten temat cisza i tak jest do dzisiaj. Praktycznie już same te nagrania SKW powinny dać odpowiedź, co się stało 10 kwietnia 2010 r. Nie chodzi o to, by SKW podawała nam klucz szyfrujący, ale o podanie szczegółowego przebiegu lotu, punktów nawigacyjnych, nad którymi przelatywał Tu-154 M 101 od wylotu z Okęcia aż do momentu krytycznego i nagranych treści rozmów.

- A jeśli tych informacji w SKW nie ma?
- Myślę, że gdyby te wszystkie elementarne procedury zostały złamane, czy też te wszystkie informacje w SKW zostałyby zniszczone, PiS po objęciu władzy natychmiast poinformowałoby o tym fakcie, bez najmniejszej zwłoki. Bo są o wiele istotniejsze niż zniszczone notatki dyżurnych Służby Operacyjnej Sił Zbrojnych Sił Zbrojnych, o których tyle rzecznik MON mówił w mediach. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby odważyć się nie wykonać tak kluczowych dla życia prezydenta i jego delegacji procedur, lub zniszczyć tyle tak ważnych informacji, bo to jest jak postawienie się przed „plutonem egzekucyjnym”, dla wykonawców i ich zwierzchników, czy zleceniodawców. Od wyjaśnienia publicznego tej kwestii, ale także kilku innych, powinniśmy w ogóle zacząć. Dopiero potem mówić o nowych komisjach, debatować o wybuchu w centropłacie, wadach silnika, bo to może okazać się przysłowiowym gonieniem króliczka, czy zawracaniem kijem Wisły, nie kończącymi się targami polityczno-medialnymi nad grobami. Najpierw trzeba wyłożyć fakty na stół, które stanowiłyby podstawę - w którą stronę iść. Tego nikt, także PiS, nie chce zrobić.

- O jakich faktach mówimy?

- Danych technicznych. Wyjaśnianie katastrofy moim zdaniem powinno odbyć się dwutorowo. Najpierw szczegółowe udokumentowanie z wykorzystaniem wszelkich w tym kontrwywiadowczych źródeł informacji dotyczących przebiegu lotu od wejścia pasażerów na pokład aż do krytycznego momentu, gdy samolot zniknął z monitorów i nasłuchu. Drugie to wyjaśnienie co stało się z tą maszyną. Gdy wyjaśnimy pierwsze, drugie też może stać się jasne. Oczywiście zawsze uwaga skupia się na miejscu tragedii, finale dramatu. Proponuję odwrócić tok myślenia i działania, skupić się najpierw na wyjaśnieniu przebiegu lotu, czyli zostawić na chwilę na boku zerwane nity, brzozę i wstrząsy TAWS, a zrobić techniczny bilans otwarcia - co wiemy o całym locie do tragicznego momentu, zwłaszcza z własnych kontrwywiadowczych źródeł, czego nie, a jeśli nie wiemy, to dlaczego dotąd tak jest i kto za tym stoi. To może otworzyć nowe pole poszukiwań zarówno od strony technicznej jak personalnej.
Tu-154, jak wskazuje jego awionika, miał na pokładzie urządzenie, którego zapisy dokumentują precyzyjnie przebieg lotu. Urządzenie to posiadają nawet rejsowe samoloty, tym bardziej „Air Force One” jakim był Tu-154 M 101. Chodzi o urządzenie systemu ACARS lub jego wojskową odmianę (szyfrowaną) PACARS, współpracujące z komputerem pokładowym FMS i systemem ostrzegania przed zderzeniem z ziemią TAWS. Wyposażenie polskiego samolotu wskazuje, że ACARS musiał być. Raport Millera o nim nie wspomina, ale na stronie 39 raportu napisano, że samolot był wyposażony w wielofunkcyjny wyświetlacz MFD-640. Właśnie w tym urządzeniu znajduje się wejście (port) ogólnoświatowego operatora ACARS. Jest wprost niemożliwe, by ten samolot nie posiadał ACARS, bo to tak jakby w mercedesie klasy S nie zamontować ABS. ACARS posiada funkcje planowania lotu, nawigacji, zarządzania paliwem, oblicza prędkości wznoszenia, zniżania, magazynuje dane nawigacyjne, w tym systemy podejść, pasy różnych lotnisk, drogi lotnicze, pozwala na wymianę danych z kontrolą ruchu, pozyskiwanie zezwoleń, informacji pogodowych. Alarmuje załogę o wielu błędach, wysyła zdalnie na ziemię dane dotyczące stanu klap, podwozia, parametrów pracy silników. System ACARS bazuje na sieci naziemnych przekaźników, rozsianych po całym świecie. Można je porównać do wykorzystywanych przez operatorów telefonii komórkowej. ACARS podobnie, jak system telefonii komórkowej, „śledzi” swoje urządzenia. Trwa to w ciągu całego lotu maszyny i odbywa się całkowicie automatycznie. Z kolei urządzenie w samolocie przez cały czas lotu monitoruje stacje na linii jego drogi. Dzięki temu służby rządowe, lotniskowe lub centrale linii lotniczych wiedzą, kiedy samolot wylądował i czy nie miał po drodze awarii. Zapisy systemu ACARS pomagają w wyjaśnieniu okoliczności wielu katastrof. Informacje z systemu ACARS musiał odbierać dyżurny w 36 Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Co istotne, z instrukcji obsługi zestawu satelitarnego AERO-HSD+, firmy Thrane & Thrane, który był na pokładzie TU154 M 101, wynika, iż zestaw ten w pełni współpracuje z systemem ACARS. Telefon satelitarny jest całkowicie zintegrowany z awioniką samolotu. Satelita i telefon muszą po prostu się „widzieć” by móc skutecznie zrealizować połączenie. A jak wiemy bracia Kaczyńscy rozmawiali przed tragedią przez telefon satelitarny. Z moich ustaleń wynika, że komputer ACARS był na pokładzie. Znamienne, że nikt z MON, SKW nie chce na temat ACARS wypowiedzieć się jednoznacznie. A do wyjaśnienia tej sprawy nie potrzebujemy Rosji, odpowiedź jest przecież w Polsce.
6 czerwca 2011 r., w wypadku dwóch polskich awionetek, do którego doszło w Asturii, na północy Hiszpanii, jak pisały media, zginął m.in. znany polski architekt Stefan Kuryłowicz. O tym nie pisano, że jedną z ofiar był były pracownik działu łączności LOT, który znał bardzo dokładnie działanie systemu ACARS w Polsce. Nie twierdzę, że był ofiarą tzw. seryjnego samobójcy, ale na pewno jego wiedza bardzo by nam dziś była pomocna.

- Jakie są inne dane techniczne, które mogłyby doprowadzić nas do punktu krytycznego?

- Sprawa boi ratunkowej czyli lokalizatora. Kiedy samolot uderzy w wodę lub ziemię, czy nastąpi w nim wybuch, boja ratunkowa automatycznie włącza sygnał nadawczy (pilot też to może zrobić). Niestety, samolot rządowy pozbawiono lokalizatora, co jest rzeczą bez precedensu w lotnictwie. Miesiąc przed katastrofą w Tu-154 wyłączono radiostacje ratunkowe. W swoim raporcie komisja Millera napisała, że radiostacje przenośna ARM – 406 AC 1 oraz ARM – 406P, zamontowana na stałe w samolocie, zostały wyłączone, bo zakłócały pracę odbiorników GPS1 i GPS2. To tak jakby np. w spadochronie pilota przed startem stwierdzono zepsutą sprzączkę i zamiast ją wymienić lub naprawić usunięto by spadochron. Sprawdzenie, czy radiostacja ratownicza zakłóca działanie pokładowego GPS trwa pół godziny. Samolot, jeśli istnieje podejrzenie takiej usterki, kieruje się na tzw. płytę kompensacyjną, specjalnie wydzielone miejsce na lotnisku do kalibrowania przyrządów nawigacyjnych. Na warszawskim lotnisku Okęcie są dwa takie miejsca. Tego nie uczyniono. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy w bajki, że w elitarnym 36 SPLT nie zdawano sobie sprawy, że usterka jest prosta do usunięcia i z katastrofalnych skutków usunięcia boi ratunkowej. Co było prawdziwym powodem tego – nie obawiam się użyć tu stwierdzenia - sabotażu, czy wręcz dywersji? To możemy ustalić bez pomocy Rosjan.

- Pozbawienie prezydenta szansy na skuteczną i szybką akcję ratunkową w przypadku katastrofy to poważny zarzut. Przecież samolot mógł spaść np. w Puszczy Białowieskiej…

- Dlatego lokalizatory są niezbędnym wyposażeniem wszystkich samolotów, zarówno cywilnych, jak wojskowych. Gospodarzami światowego systemu ratunkowego lotniczego i morskiego są USA, Rosja i Francja. Jeśli w polskim Tu-154 byłaby aktywna radiostacja ratunkowa, państwa, które odebrałyby sygnał tej boi, znałaby czas wypadku co do sekundy, m.in. Rosja, Białoruś, Estonia, Litwa, Finlandia, Polska, ale i wiele innych państw. W Polsce centrum ratownictwa, które odebrałoby ten sygnał, znajduje się w Gdyni. Sygnał, emitowany przez boję ratunkową zawiera dane identyfikujące statek powietrzny i określa jego położenie według GPS. W styczniu 2012 roku w Lęborku na Pomorzu, jak pisał „Fakt”: „Polscy złomiarze ściągnęli pomoc z kosmosu rozbierając radionadajnik używany w samolotach. Kontrolerzy satelitów w Kanadzie i w Rosji odebrali sygnał z Polski, zaalarmowano Ośrodek Koordynacji Poszukiwań i Ratownictwa Lotniczego. Ten na równe nogi postawił policję i Marynarkę Wojenną. Z lotniska w Gdyni Babich Dołach wystartował śmigłowiec marynarki Wojennej „Anakonda” , którego załoga zlokalizowała źródło emisji sygnału pod Lęborkiem. Gdyby w Tu-154 nie wyłączono boi lokalizacyjnej, 10 kwietnia 2010 r. dyżurny w Gdyni Babich Dołach odebrałby wołanie o pomoc polskiego samolotu. Usunięcie lokalizatora spowodowało, że stało się niemożliwe do ustalenia przez stacje, które odebrałyby sygnał, miejsca i dokładnej godziny katastrofy. Także ACARS umożliwia odtworzenie trasy, miejsca i dokładnej godziny katastrofy. Kolejny przykład: jak twierdziła prokuratura wojskowa na pokładzie Tu-154 M101, 23 karty SIM telefonów ofiar były zalogowane w sieciach telefonii Federacji Rosyjskiej. A więc po stacjach przekaźnikowych ulokowanych na terytorium Rosji można odtworzyć trasę przelotu, a także godzinę katastrofy, czyli na jakiej stacji przekaźnikowej i kiedy precyzyjnie łącza się urwały. Nie potrzebujemy do tego Rosjan, bo wszystkie połączenia w roamingu są autoryzowane w sieci macierzystej, w tym przypadku polskiej. Te bilingi, także konkluzje do jakich ich analiza doprowadziła prokuraturę, są od 6 lat nieujawnione. Pojawia się naturalne pytanie, czy właśnie ukrycie ww. informacji na temat czasu i miejsca nie leżało u źródeł tych technicznych zagadek? Bo jakie inne może być wytłumaczenie? I drugie pytanie, jeszcze ważniejsze – jeśli na mokradłach pod Siewiernym miał miejsce losowy wypadek, jak utrzymuje MAK i komisja Millera, a nawet jeśli samolot został tam rozerwany w wyniku wybuchu, po co ukrywać czas tego zdarzenia? Teoretycznie nie można wykluczyć przypadkowości tych zdarzeń, ale zbyt wiele w sprawie tragedii smoleńskiej było przypadków, ja naliczyłem blisko sto, by przyjąć jako pewnik ich losowość. Następny przykład - na pokładzie Tu-154M 101 znajdowało się urządzenie – KLN89B, które zapisywało trasę lotu, czyli współrzędne, podobnie jak TAWS i FMS. KLN to w uproszczeniu FMS, tylko nie podłączony do awioniki Tu154. Polscy prokuratorzy je obejrzeli, ale, jak stwierdzili,… nie badali. Zaginął też TCAS II – pokładowy system zapobiegający zderzeniom statków powietrznych i przechowujący dane o operacjach samolotu, oraz moduły GPS z jakich korzystał komputer pokładowy FMS.

- Brak postępów w ustaleniu prawdy sprawia, że analizowane są teorie, np. że samolot nie doleciał do Smoleńska, że doszło do maskirowki, czyli zbrodniczej inscenizacji.

- Że Tu-154 zamiast na Siewiernym, wylądował np. w Briańsku. Chodzi o nowoczesną bazę wojskową Sieszcza (Sioszcza) położoną w lasach w obwodzie briańskim, w odległości około 150 km od Smoleńska (to z Briańska transportowano do Polski rzeczy ofiar tragedii). Tak uważają zwolennicy teorii „dwóch samolotów”, według której 101 został przechwycony elektronicznie, a na Siewiernym były podrzucone szczątki innej maszyny i niektóre ciała. Jeśli Antoni Macierewicz chce udowodnić, że jest to teza nieprawdziwa, powinien podać do publicznej wiadomości oficjalnej, potwierdzone, szczegółowe dane techniczne nt. trasy przelotu nad konkretnymi punktami nawigacyjnymi, aż do momentu krytycznego. Nie wystarczy stwierdzenie, że to absurdalna teoria. Nic nie jest absurdalne, także wybuch, jeśli się tego nie wykluczy, albo nie potwierdzi empirycznie. A jeśli w Smoleńsku nie było eksplozji, a mimo to widzieliśmy tak duże rozdrobnienie maszyny, która spadła z wysokości, na jakiej puszcza się latawce, to przecież tym bardziej zagadkowa sytuacja. Wbrew pozorom teza o eksplozji jest dla Rosji mniej przerażająca niż inscenizacja, która z oczywistych powodów świadczyłaby o bezwzględności ich działania i jednoznacznie dowodziłaby ich winy. Drobiazgowość takiego planu nie mogłaby się przecież powieść bez wiedzy rosyjskich służb. Natomiast zamachowi w wyniku eksplozji można przypisać różnych autorów i różne miejsca podłożenia ładunku, nie koniecznie Rosję. A jeżeli to był losowy wypadek, jak twierdziła komisja Millera, dlaczego tych kwestii i ukrywanych informacji, o których mówiliśmy, nie upubliczniono za rządów PO, skoro, jak rozumiem, potwierdziły by wersję Millera?

- Nie znamy żadnych nagrań, żadnych szczegółów jak wyglądała odprawa pożegnalna prezydenta i jego delegacji.

-To dziwna sytuacja. Na płycie nie było, co zastanawia, dziennikarzy z kamerami telewizyjnymi, które zarejestrowałyby odlot pierwszej pary. Brak relacji TV z odlotu to też prawdziwa zagadka. Dokładne przesłuchania świadków wniosłyby do wyjaśnienia wszystkich ww. kwestii i całej zagadki Smoleńska dodatkową wiedzę. Dziwne też, że powołano podkomisję, nie zaś komisję sejmową, co uchroniłoby przed podważeniem tych ustaleń w przyszłości i oskarżeniami o stronniczość polityczną czyli narzucanie jednej narracji, jednej tezy. Gdyby, tak jak to miało miejsce np. podczas sejmowej komisji śledczej w tzw. sprawie Rywina, przesłuchano przed kamerami telewizji publicznej wszystkich świadków, uczestniczących bezpośrednio lub pośrednio w przygotowaniu, zabezpieczeniu wizyty, także jej obsłudze medialnej, z całą pewnością nasza wiedz na temat okoliczności katastrofy by się poszerzyła. Taka komisja sejmowa powinna przesłuchać m.in. tych, którzy byli wówczas w Smoleńsku, także dziennikarzy, szczególnie telewizyjnych i radiowych, którzy powinni przekazywać relację z przylotu prezydenta na żywo, nawet (a może zwłaszcza), jeżeli w czasie katastrofy byli w hotelu, czy w innym miejscu zamiast na lotnisku. Bo tam, w Rosji, odbył się tragiczny finał. Także publicznie odpytać przed komisją sejmową, szefostwo, obsługę techniczną i pilotów 36 specpułku m.in. na temat ACARS, lokalizatora, samolotu rezerwowego, którego nie podstawiono łamiąc instrukcję HEAD. W smoleńskiej grze przypadków uczestniczyło wiele osób, różnego szczebla, z różnych branż, także z mediów. Duża ilość osób związanych z tą dziwną przypadkowością zwiększa szansę na ujawnienie prawdy.

- Ustalenia komisji Millera jednoznacznie wskazują, że tragedia w Smoleńsku była losowy zdarzeniem.

- Dopóki nie zostaną wyjaśnione wszystkie najważniejsze kwestie, nie można uznać tego za ostateczne ustalenia, bo mamy do czynienia ze zbyt dużą ilością zagadek. Już sam fakt, że po 6 latach nie znamy nagrań radiostacji HF, nie mamy wiedzy o ACARS, nie mamy prezydenckiego telefonu satelitarnego, nie mamy informacji z boi ratunkowej, nie znamy bilingów telefonów ofiar, zaginął w zasadzie niezniszczalny tzw. rejestrator lotu KZ-63, którego zapisów nie da się sfałszować (komisja Millera stwierdziła, ze nie został odnaleziony), skoro nie znamy zapisów KLN89B, zaginął TCAS II, to pytanie o ukrywanie prawdy staje się retoryczne. W sprawie katastrofy smoleńskiej możliwe są, jak napisałem w swojej książce „Prawicowe dzieci czyli blef IV RP”, różne scenariusze, na przykład mogła to być tzw. operacja pod fałszywą flagą, metoda stosowana przez różne służby specjalne w świecie - podszywanie się jednych służb pod inne. Nie wystarczy twierdzenie, że Rosja ukrywa prawdę. To nie daje odpowiedzi, dlaczego Polska też ją ukrywa. Zwłaszcza zaś brak stanowiska MON, którym kieruje były szef Zespołu Parlamentarnego ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, wobec kwestii, o których powiedziałem, jest niezwykle zagadkowy. Nie da się wyjaśnić katastrofy poprzez utajnianie faktów jej dotyczących.


(Chudsza wersja tej rozmowy ukazała się w "Warszawskiej Gazecie" w szóstą rocznicę zamachu)




16.09.2013

Koszerne ubijanie prof. Chodakiewicza

końcu lipca br,w czas najgorszych upałów w środkowej Europie i środkowych stanach Ameryki Północnejprzez nieliczne media w Polsce i w USA przemknęła się informacja, którą mało kto zauważył: oto z jakiejś konferencji dla polonijnej młodzieży wyproszono uprzednio zaproszonego na nią profesora Marka Chodakiewicza. W tym czasie między Polską a Izraelem trwała burza z wyładowaniami w eterze na temat uchwalonego przez Sejm zakazu koszernego uboju zwierząt. Okazało się nagle, że od dziesięcioleci egzystencja Izraelczyków, szczególnie tych najbardziej mięsożernych, bo z izraelskiej armii zależy od know-how polskich rzezaków i wysokowartościowych protein polskich krów. Kogomiałabyobchodzić jakaś lokalna impreza w  dla polonijnej, nawet nie polskojęzycznej młodzieży i jakiś profesor historii, któremu nie dane będzie wygłosić do tej młodzieży wykładu? Burza w szklance wody?I to w dodatku sprzed dwóch miesięcy?

Tymczasem to drobne, na pozór tylko towarzyskie wydarzenie jest kolejną przegraną potyczką w toczącej się ponad głowami Polaków batalii o ich przyszłość, oraz, co mało kto zdaje się dostrzegać- aktem wyraziście symbolicznym. Z perspektywy czasu widać to dokładnie.
Przypomnijmy sam fakt: oto od kilku lat w czasie wakacji na Central Connecticut State University (CCSU) odbywa się szlachetna z założenia impreza- ponadorganizacyjne, apolityczne forum młodej Polonii pod nazwą, której żadnemu Polakowi tłumaczyć nie trzeba: „Quo vadis?”. Dzieci i wnuki Polaków wypędzonych z Polski w różnym czasie i okolicznościach przez urzędujące reżymy otrzymują wspaniałą możliwość, aby przez parę dni spotkać się, poznać się, podyskutować o przeszłości i usłyszeć parę wskazówek i krzepiących słów na przyszłość. Podobne spotkania odbywają się w Australii i Kanadzie. Prof. Marek Chodakiewicz miał wygłosić odczyt na temat świadomości narodowej Polaków („Meaning of Polish identity”). Był jednym z kilkunastu panelistów, wśród których niewątpliwie był osobistością i osobowością najbardziej rozpoznawalną. Prof. Chodakiewicz został zaproszony nie tylko ze względu na swoje dokonania na niwie najnowszej historii, ale również dlatego, że jego własna droga życiowa – młodego emigranta , który potrafił ciężką pracą i zaangażowaniem zająć ważne miejsce w amerykańskiej nauce jednocześnie nie tracąc własnych korzeni – dobitnie dowodzi, że sukces w najtrudnieszych nawet obszarach społecznej stratyfikacji jest dla cudzoziemca możliwy.
Jednak okazało się, że nie wystarczy uznanie i akceptacja przez Amerykanów. Dokładnie tak samo, jak to było za czasów komuny – w sprawach Polonii decydujący głos ma ….rząd polski.
Do profesora Chodakiewiczawystosowano zaproszeniew piątek 12 lipca. Jednakjużw środę 17 lipca po burzliwej sesji komitetu organizacyjnego konferencji decyzję zmienionoi na żądanie pani konsul Juńczyk-Ziomeckiej ….profesora wyproszono. Podczas owej burzliwej sesji pani konsul twierdziła, żenaukowiec ten.... nie jest kompetentny.Najwidoczniej musiała przedstawić współorganizatorom argumenty nie do podważenia, skoro uznali oni, że wykształconyw USA, z doktoratem z Columbia University autor kilkunastu książek po polsku i angielsku jak również kilkuset artykułów naukowych i kilku tysięcy felietonówi niepodważalny autorytet w polskiej historii najnowszejnie jest kompetentny, aby mówić polonijnej młodzieży o tożsamości narodowej. Sekundował jej reprezentujący gospodarzy prof.Mieczysław Biskupski z Central Connecticut State University (CCSU), którego nazwisko tym samym weszło do polskiej rzeczywistości medialnej. Zbędne, bo oczywiste są w tym miejscu jakiekolwiek refleksje o pogwałceniu prawa do wolnego głosu instytucji akademickiej, w dodatku obcej. Co ciekawe, konsul Juńczyk-Ziomecka(tak, ta od hołdu lennego wobecB'nai B'rithw Warszawie w 2007r.)miała dowodzić, że zaproszenie tego historyka w danej chwili jest niemożliwe ze względu na toczące się pomiędzy rządempolskimi izraelskim kontrowersje dotyczące decyzji Sejmu zakazującej ….uboju rytualnego. Czyżby konsul Juńczyk-Ziomecka miała sugerować,że rząd Izraela czułby się urażony, gdyby prof. Chodakiewicz mówił przez pól godziny do młodzieży polskiej goszczącej w Connecticut o znaczeniu polskiej tożsamości z zemsty za decyzję Sejmu w sprawie koszernego uboju polskich krów dla izraelskiej armii? Tak przynajmniej zrozumieli to inni organizatorzy .Późniejsze pisemne, jeszcze bardziej pokrętne wyjaśnienia pani konsul nie tylko niczego nie wyjaśniły, ale dały asumpt do zastanowienia się, jak dalece urzędnik utrzymywany za pieniądze polskich podatników potrafi im szkodzić. Bo, że jest to działalność dla Polaków szkodliwa, co do tego nie może być już żadnych wątpliwości. Argumentacja, a choćby nawet tylko sugestia,jaką zaprezentowała pani konsul zasługuje na pilne odwołanie dyplomaty i obligatoryjne przebadanie go przez odpowiednich specjalistów na poczytalność. Nic takiego się jednak nie stało. Pani konsul nadal –jakby nigdy nic -sprawuje swoje obowiązki w USA,co wymownie świadczy o tradycyjnych celach i zadaniach polskiej rządowej dyplomacji w środowiskach polonijnych.
Oczywiście, konferencja „Quo vadis” się odbyła, zaproszona młodzież niczego nie zauważyła i miejmy nadzieję, że było jej obojętne, co jej mówi ambasador Ryszard Sznepf, dyrektor fundacji „Szalom”, syn KPP-owca, a później, po wojnie, pułkownika informacji wojskowej Maksymiliana Sznepfa, współodpowiedzialnego za prześladowania Polaków w ich ojczyźnie, bo przecież nie o swojej tożsamości i działalności opowiadał, choć doprowadziły go do spektakularnego zawodowego sukcesu w "wolnej Polsce".
Ambasador R.Sznepf w otoczeniu uczestników konferencji Quo vadis pt."Motywować, edukować & inspirować" 2-4 sierpnia 2013.
Ambasador Sznepf swoje „dyplomatyczne” szlify zdobywał – jak dobrze pamiętamy – w Urugwaju z zaangażowaniem i pasją zwalczający Prezesa USOPAŁ Jana Kobylańskiego . Wszystko razem – cały antypolski puzzle - ściśle ze sobą przylega i nawzajem się uzupełnia. I naturalnie, smutne, że pomimo tylu lat doświadczeń Polonia nadal daje sobą poniewierać przez manichejskie zagrywki z Warszawy. Jednak pomyłką byłoby sądzić, że był to tylko towarzyski wybryk . Przeciwnie. O tym, że toczy się batalia o Historię wiemy. Mówiło i mówi o tym wybitne grono nie tylko historyków, z prof. Markiem Chodakiewiczem włącznie, ale autorytetów z wszelkich dziedzin. Często wskazuje na ten fakt ks. prof. Waldemar Chrostowski. „Kto zna przeszłość, ten ma klucze do przyszłości”- ta znana prawda ma szczególne znaczenie w naszym kraju., gdzie Historia domaga się napisania od nowa i gdzie historyków wychylających głowę z bajora czerwonego Kłamstwa niszczy się programowo, a nawet fizycznie, szczególnie, gdy tkną tematu tabu – przestępstw żydokomuny wobec Polaków . Tu należy przypomnieć nazwisko śp. Dariusza Ratajczaka.
Prof. Chodakiewicz posiada luksus niezależności i chętnie z niego korzysta wygłaszając opinie, które przysparzają mu wdzięcznych słuchaczy i czytelników na prawicy, a wrogów na lewicy. Nic dziwnego, że w r.2008 znalazł się na czołowym miejscu na proskrybcyjnej „Liście Michnika”, na której nota bene znaleźli się wszyscy wybitni polscy historycy. Jednak sekowanie Chodakiewicza ma dłuższą historię, i – jak widzimy z ostatniego, wyżej opisanego przykładu – ma wymiar międzynarodowy, żeby nie powiedzieć – międzykontynentalny. Pisał o tym w nr 19/20 „Glaukopisu” już w r. 2010 inny amerykański historyk polskiego pochodzenia – John Radziłowski. Intryganci nazwani są tam po imieniu, a kulisy ich działań są oczywiste- chodzi o propagandową dominację „prawd” historycznych ogłaszanych w kolejnych pseudo-historycznych publikacjach przez socjologa Jana Tomasza Grossa. Kto za nim stoi i czyje interesy – nikomu nie trzeba tłumaczyć. Jednak byłoby skandalicznym nadużyciem posługiwać się argumentacją, której użyła polska konsul Juńczyk-Ziomecka w lipcu tego roku – że prof. Chodakiewicz jest uważany za kontrowersyjnego przez polskie MSZ . W związku z tym – dopowiedzmy myśl pani Juńczyk-Ziomeckiej – należy profesora Chodakiewicza spacyfikować, odebrać mu głos, a przede wszystkim wpływ na młodzież. Tylko tak można uchronić stosunki polsko-izraelskie przed szkodą... Nie wiem, czy pani Juńczyk-Ziomecka jest przy okazji również honorowym konsulem Izraela w USA, czy może tylko społecznym aktywistąhasbary. Może aktywistą hasbary jest sam minister Sikorski i wyproszenie prof. Chodakiewicza odbyło się na jego żądanie, kto – prócz niego to wie? Lecz jestem najgłębiej przekonana, że państwo Izrael jest mieszane do tego geszeftu bez swojej woli i wiedzy.
To potomkowie żydokomuny, którzy przejęli spadek po swoich ojcach i dziadkach, mordercach naszych ojców i dziadków, są żywotnie zainteresowani utrzymaniem swoich wpływów w Polsce. Ci, którzy są na miejscu i ci, którzy wracają po latach dyskredytowania Polski i Polaków we wszelki możliwy sposób, nagradzani są przywróceniem im polskiego obywatelstwa i wszelkich beneficjów. A ponieważ znany i dzięki m.in. wydawanemu także po polsku profesorowi Kevinowi McDonaldowi naukowo dobrze udokumentowany jest destrukcyjny potencjał żydowskiej mniejszości wynikający z ich w pierwszej kolejności antychrześcijańskiej postawy, oczywiste jest, że ktoś, kto publicznie wypowiada takie słowa, jak prof. Chodakiewicz w czerwcu tego roku w Polsce o zagładzie polskich elit, ten liczyć się musi z plemienną zemstą:
Żeby Kwaśniewski mógł brylować, czy żeby Michnik mógł być uważany za geniusza, trzeba było najpierw Katynia, Kołymy. Palmir, Auschwitz – rzezi polskich elit. Bo na bezrybiu i rak ryba. Pozostałe niedobitki zostały zniszczone. Co się stało z plejadą polskich profesorów, którym udało się przeżyć wojnę? Prof. Koneczny został wyrzucony z Uniwersytetu Jagiellońskiego.(Umarł z głodu- przyp. JMW)Podobny los spotkał prof. Konopczyńskiego, prof. Taylora na Uniwersytecie Poznańskim, prof. Kasznicę. Przypomnijmy profesora prawa Karola Pospieszalskiego, wybitnego znawcę zbrodni niemieckich.(W 1966 r. za nie przyłączenie się do rozpętanej przez PZPR nagonki na biskupów polskich,którzybyliautorami listu do biskupów niemieckich, został wyrzucony z Instytutu Zachodniego. Mimo że nadal pracował na UAM, nie miał już szans na karierę naukową- przyp.JMW),któremu komuniści w całej powojennej uniwersyteckiej pracy tylko raz i to przez omyłkę, pozwolili wydać jednä książkę. Długo moglibyśmy wymieniać.... Natomiast na ich miejsce wpychała się chamokomuna i ludzie proweniencji etnicznej, których prof. Śpiewak nazywa żydokomuną. I to była wymiana elit. Na miejsce polskich elit wchodzili prymusi selekcji negatywnej, ludzie, którzy w wolnej Polsce paśli by krowy. Z dnia na dzień stali się oni autorytetami, nagle zaczęli wykładać na uniwersytetach. I na tym polega polska tragedia.
Prof. Chodakiewicz w maju 2013 w Krakowie (z prof. Nowakiem)
Profesor Chodakiewicz nie jest wyjątkiem, choć ze względu na jego międzynarodowy zakres oddziaływania, jest obiektem szczególnej nienawiści. Cały szereg polskich wybitnych historyków z prof. Nowakiem i Żarynem na czele stoi pod obstrzałem. Do tego dochodzą socjologowie , filozofowie, naukowcy z wszelkich dziedzin. O artystach nie wspominając. Ci, którzy w jakikolwiek sposób mają dostęp do nielicznych otwartych na ten problem mediów – mówią o tym od czasu do czasu. Ci, którzy nie mają – cierpią w milczeniu. Traci jednak na tym – Polska. I to przy jednoczesnym świadomym procesie ogłupiania mas i odbierania narodowi tożsamości. (Znamienne- taki był właśnie temat niedoszłego wykładu prof. Chodakiewicza na konferencji „Quo vadis?”- O znaczeniupolskiejtożsamości)
Czy Polacy w tej bezpardonowej batalii stoją na z góry przegranych pozycjach? Jasne jest, że celuje się do pojedynczych osób i jak w szachach –figury te są jedna po drugiej utrącane. Wzorem NKWD-owskich i gestapowskich metod niszczone są odradzające się polskie elity. Będzie się tak działo, dopóki nie odwrócimy biegu zatrutych strzał.Najwyższy czas, aby wszyscy ci ludzie Dobrej Woli i Prawa Bożego, którzy mają jakikolwiek wpływ na świadomość społeczną zawiązali szeroką Koalicję Ducha. Nie trzeba do tego bębnów ani fanfar. Nie trzeba zjazdów, konferencji i wielkich słów. Wystarczy „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Nie głucha cisza nad kolejną utrąconą ofiarą z „Listy Michnika”, lecz głośny, wspólnymoralny ostracyzmmusi być odpowiedzią.Inaczej kolejne wschodzące pokolenia Polaków będą koszone przez bezwzględnego przeciwnika.
_____________
Prof. Marek Jan Chodakiewicz (ur. 15 lipca 1962 r. w Warszawie) – polski historyk, amerykański profesor, specjalizujący się w badaniu stosunków polsko-żydowskich oraz tematyki holokaustu. Od 2003 r. jest profesorem historii w Instytucie Polityki Międzynarodowej w Waszyngtonie. W kwietniu 2005 r. został przez prezydenta Busha powołany do amerykańskiej Rady Pamięci Holokaustu. Od 2008 jest kierownikiem Katedry Studiów Polskich im. Tadeusza Kościuszki (The Kosciuszko Chair of Polish Studies) w Waszyngtonie.